DPS

OCZAMI MAMY: “Kimberly jako selectee”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

20 sierpnia 2010 r.

Podróże kształcą, a szczególnie nasza ostatnia, przez Atlantyk, do domu w Ameryce.

Wszystko zaczęło się już na lotnisku w Gdańsku.
– Nie mogę was odprawić do Nowego Jorku, tylko do Kopenhagi – mówi pracowniczka SAS.
– Dlaczego?
– Gdy będzie przesiadka, jedno z pani dzieci musi przejść dodatkową kontrolę. A może też przyczyna tkwi w tym, że przy nazwiskach dzieci jest kod CNN.
– Owszem CNN oglądam, ale nie sądzę, że to przyczyna dla dodatkowej kontroli na lotnisku. Co CNN oznacza dla linii lotniczych? – pytam zdziwiona.
– Nie wiem co znaczy. Pani agentka z biura podróży nie wie co robi. Koduje na własny sposób – denerwuje się kobieta za biurkiem.

A ja denerwuję się po jego drugiej stronie.
– Mamy tylko 45 minut na przesiadkę, a lotnisko dużo. Czy zdążymy?
– Nie wiem.
Ale nie daję za wygraną.
– Niech pani poradzi się kogoś innego co zrobić, żebym tutaj dostała wejściówki do samolotu bez tracenia na to czasu w Kopengadze.

W końcu trafiamy do biura SAS-u na lotnisku. Pracowniczka linii długo stuka w klawiaturę. Wpatruje się w monitor komputera.
– Niech pani pożali się u was w Immigration, w Ameryce – stwierdza.
Patrzę na nią zdziwiona.
– Komputer wybrał pani jedno dziecko do dodatkowej kontroli.
– Kogo?
– Kimberly.

Coś mi zaczyna świtać w głowie, ale dopiero na lotnisku w Kopenhadze połączę wszystkie fakty. Na razie pojawia się dodatkowa trudność. Samolot jest opóźniony o 20 minut. Zostaje nam zatem 25 minut na przesiadkę i na tę ‘podejrzaną’ kontrolę w Danii.

W samolocie z Gdańska do Kopenhagi siedzę obok Polaka, który chyba wykąpał się w alkoholu. Kręci mi się w głowie od samego zapachu. Przesiąść się nie ma gdzie. Komplet pasażerów. Stewardessa tylko mnie przeprasza i rozkłada ręce.

Gdy wreszcie wychodzimy z samolotu na korytarz lotniska, z głośnika płynie komunikat, w którym wymieniają moje nazwisko i córek, by natychmiast zgłosić się do stanowiska C39.
Pędzimy.

Docieramy na miejsce.
– Selectee, selectee… – słyszę jak powtarzają pracownicy lotniska, gdy widzą mnie z córkami.
– Tutaj – woła mężczyzna w gumowych rękawiczkach. Przechodzimy za parawan.
– Która jest Kimberly?
Kimberly podchodzi do mężczyzny. Ten białym papierem dotyka jej dłoni. A potem kolejny kawałek papieru poleruje szybko córki torebkę.
– Co robisz? – pytam.
Mężczyzna odwraca się tyłem.
– Podejdź – mówi do Kimberly kobieta, też w rękawiczkach.
Córka wchodzi na schodek. Kobieta każe Kimberly podnieść ręce w bok i stanąć w rozkroku. Kontrola osobista.
– OK – słyszę od niej.
– OK – odzywa się mężczyzna.
– Co sprawdzałeś? – zaczynam się denerwować.
– To był test, czy córka nie miała w rękach materiałów wybuchowych.
Zatkało mnie.
– To też sprawdza się u dzieci – mówi mężczyzna, który widzi moją zdziwioną minę.
Ale nie mam czasu, by prowadzić dłuższą rozmowę. Pojawia się pracowniczka SAS-u i prowadzi nas do samolotu. Ostatnie brakujące pasażerki dotarły na pokład.

Podróż trwa prawie 8 godzin. Zbieram myśli. Przypominam sobie, że czytałam o selectee w gazetach amerykańskich.
To wybrani ludzie do drugiej, dodatkowej kontroli. Wybiera się ich z różnych przyczyn. Takich, którzy kupują bilety w jedną stronę. Albo płacą za nie gotówką, bez historii karty kredytowej. Albo kupują bilet w dniu odlotu. Lecą do miast wysokiego ryzyka ataku terrorystycznego. Albo komputer wybiera przypadkową osobę bez względu na jej wiek, kolor skóry, zawód…
Kimberly pasuje do przyczyny przypadkowej. Mam nadzieję, że to jednorazowe doświadczenie dla córki i naszej rodziny. Chociaż podobno jak raz trafi się na taką listę selectee, to ‘czuwanie’ nad taką osobą trwa dłużej. Zobaczymy co będzie następnym razem na lotnisku.

Podróż z Kopenhagi do Newark w końcu skończyła się. Ale długim i szarpanym lądowaniem.
Z ust Natalie wyskoczyła fontanna.
– Dobrze, że nie umarłyśmy – mówi córka, gdy samolot stanął na ziemi.
Natalie ma bladziutką twarz, ale szczęśliwe oczy. Nie pierwszy raz stwierdzam, że jestem stworzona do życia na ziemi, a nie w powietrzu. Pełnię szczęścia daje nam widok taty dziewczynek na lotnisku, no i nasze walizki, które jednak udało się przepakować w ekspressowym tempie w Danii.

Danuta Świątek

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *