DPS

“Zielona Polana”. Małgorzata Nowak

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Jak co roku latem rodzeństwo Marcel i Marcelina pojechali do babci i dziadka na wieś. Dom dziadków położony był na wzgórzu. Otaczały go ogrody i wiśniowy sad, a z jego okien widać było bardzo stary las i pobliską rzekę. Była to naprawdę ładna okolica z dala od miasta, pełna zielonych łąk, pól i rozrzuconych gdzieniegdzie domostw. Dzieci bardzo lubiły spędzać tutaj wakacje, które zawsze były wypełnione niezwykłymi przeżyciami i przygodami.

Wieczorem, gdy rodzeństwo udało się do swoich pokoi na poddaszu by iść spać, usłyszały na strychu dziwne szmery.
Marcel zapukał do pokoju siostry zaniepokojony.
– Słyszałaś te odgłosy?
– Właśnie miałam iść do ciebie i o to samo zapytać.
– Chodźmy zobaczyć co to może być

Marcel delikatnie otworzył drzwi na strych, a Marcelina zapaliła światło. Przed nimi otworzyło się niezwykłe miejsce. Dzieci prawie tutaj nie zaglądały, bo najczęściej spędzały czas w ogrodach przy domu lub w lesie i nad rzeką. Zupełnie o nim zapomniały. Wcześniej to miejsce było pełne pajęczyn, kurzu, starych mebli, pamiątek, obrazów, a dziś lśniło czystością i nowością. Światło lampy oświetliło każdy zakamarek tego niezwykłego królestwa. Dzieci wolno ruszyły naprzód i z zachwytem rozglądały się dookoła.
Nagle usłyszały głosy.
– Witajcie kochani!

Dzieci zatrzymały się na środku strychu zdziwione i spojrzały w stronę pięknej toaletki z lustrami, która ich powitała pierwsza. Była nie do poznania. Jak ją pamiętały, okrywała ją gruba warstwa pyłu i miała naderwane drzwiczki, a w jej lustrach nie było nic widać. Teraz po prostu lśniła jasnością. Podobnie było z innymi meblami i rzeczami, które przyjaźnie się teraz witały i spoglądały w ich stronę.

Nagle znów usłyszały ten dziwny dźwięk, który ich tutaj przywołał. Spojrzały w stronę okna skąd dobiegał. Była to maszyna do szycia jakiej jeszcze nigdy nie widziały. Wyglądała bardzo dostojnie. Miała czarne, metalowe nogi jakby koronkowe i poruszała z boku dużym kołem, które wprawiało w ruch mechanizm do szycia. Ten właśnie dźwięk słyszały dzieci.
Maszyna uśmiechnęła się do nich i przemówiła
– Witajcie. Cieszę się, że przybyliście do mojego królestwa. Należałam do Waszej pra pra pra babci i jestem tutaj najstarsza. Czeka was pewne zadanie do wypełnienia. Poprzednie dzieci z tej rodziny zawsze je wypełniały i dlatego to trwa nadal. Czy chcecie się tego podjąć i wy?

Rodzeństwo spojrzało na siebie z wielkim zaskoczeniem. Byli oszołomieni całą sytuacją. Niedowierzali ,że dzieje się to naprawdę.
– Czy to zadanie jest trudne? – zapytał Marcel.
– Łatwe nie jest, ale jestem przekonana, że jeśli będziecie mocno wierzyć w jego pomyślne wypełnienie i połączycie wspólnie wasze siły, to się wam uda. Nie możecie się tylko poddawać i tracić nadziei.

Naradzali się przez chwilę w końcu Marcelina powiedziała:
– Wprawdzie nie wiemy co to za zadanie i czy zdołamy je wypełnić, ale będziemy się starać z wszystkich sił, by nam się udało, aby nie zamknąć możliwości innym dzieciom z naszej rodziny, które tutaj przyjdą po nas.

– Bardzo się cieszę, że chcecie się tego podjąć. Posłuchajcie teraz uważnie: jutro, zaraz po śniadaniu, wyruszycie do lasu na Zieloną Polanę.
– Wiemy gdzie to jest, często tam chodzimy, więc na pewno szybko tam dotrzemy! – powiedział przejęty Marcel.
– Tylko to nie takie łatwe, nie będziecie tam szli w tej postaci.
– Czyli jak? – spytała zaciekawiona Marcysia.
– Otóż włożycie na siebie specjalne ubrania, które spowodują, że staniecie się bardzo mali.
– Jak Krasnoludki! – krzyknął Marcel.
– Tak, właśnie.
– A skąd je weźmiemy?
– Uszyłam je bardzo dawno temu i od tamtej pory każde z dzieci z waszej rodziny zakłada je na wyprawę. Są one w tej skrzyni obok mnie.

Wielkie wieko uniosło się, a dzieci zobaczyły tam przeróżne stroje.
– Te dla was zapakowane są w to kolorowe pudełko.
– A te pozostałe?
– To na inne wyprawy.

Dzieci wyjęły stroje i zauważyły na dnie pudełka małe, zielone buteleczki puste w środku.
– Zobacz Marcel jaką mam piękną sukienkę! Taką kolorową jak skrzydła motyli! – krzyknęła z zachwytu Marcysia.
– I moje przebranie jest niezwykłe, wygląda jak dawny strój rycerski! A po co są te buteleczki?
– Moi drodzy, gdy dotrzecie do Zielonej Polany to napełnicie je poranną rosą, która zbiera się o świcie na trawie. Musicie więc tam dotrzeć do wieczora, by zdążyć przed świtem,a o reszcie dowiecie się na miejscu. Jeśli wam się to nie uda, wszystko przepadnie.
– To znaczy, że jeśli nie dotrzemy tam na czas zadanie nie zostanie wykonane i nie odzyskamy swojej ludzkiej postaci?
– Postać ludzką odzyskacie, ale ubrania stracą swoją magiczną moc i inne dzieci już nie będą mogły z nich skorzystać i wybrać się na wyprawę.
– Na jaką wyprawę? – zapytała zaciekawiona Marcysia.
– Dowiecie się na Zielonej Polanie, gdy dotrzecie na czas.
– Ojej! Musimy się naprawdę postarać!
– Trzymamy za was kciuki! – rzekła wielka szafa z ubraniami, uśmiechając się do dzieci.

Rodzeństwo pożegnało się z wszystkimi i zaraz oboje poszli spać. Rano po śniadaniu, zapakowali sobie kanapki do plecaków i wyszli na łąkę obok domu gdzie włożyli swoje stroje.
Nagle poczuli, że ich ciała się kurczą, a wszystko wokoło staje się coraz większe.
– Ojej! Jakie drzewa giganty! Zobacz Marcel jaka wysoka trawa!
– Nie martw się, mam przy pasku duży nóż to będę ją ścinał.

Dzieci przedzierały się dzielnie przez gęstą trawę, aż dotarły do rzeki. Było południe, a rodzeństwo odczuwało już zmęczenie.
– Marcyś, usiądźmy tu nad brzegiem rzeki i posilimy się, bo już trochę zgłodniałem.
– Wiesz, martwie się – powiedziała Marcelina wyjmując kanapki.
– Czym?
– Tym strumieniem, ja nie umiem pływać. Gdybyśmy byli normalnego wzrostu przeszlibyśmy mostkiem, który w obecnej chwili oddalony jest od nas parę godzin stąd, a stamtąd mamy daleko do Zielonej Polany i nie zdążymy na czas.
– Stara maszyna mówiła, byśmy nie tracili nadziei, a wszystko się uda. Zobaczysz, coś wymyślę.

Nagle usłyszeli jakieś lamentowania. Marcelina podniosła się i otrzepawszy sukienkę z okruszków zaczęła rozglądać się dookoła.
– Co ja teraz biedny zrobię! Co ja zrobię!

Marcel też zerwał się na równe nogi, by zobaczyć co się stało. Oboje zauważyli bobra, który biegał wokół rozrzuconych kawałków drewna, ziemi i kamieni. Podbiegli zaraz do niego, by zapytać, co się stało. Od spotkania na strychu z maszyną nic już ich nie dziwiło, bo skoro meble mogły mówić, to dlaczego nie zwierzęta?

– Co się stało? Czy możemy w czymś pomóc? – zapytały dzieci.
Bóbr bardzo się ucieszył z ich widoku.
– Źli ludzie zniszczyli mój dom, ledwo z żoną udało mi się uciec. Spodziewamy się maleństwa i zaprowadziłem ją na chwilę do naszych przyjaciół. Dziś muszę pobudować nowy, bo u przyjaciół nie pomieścimy się wszyscy, tym bardziej, że lada chwila będzie maleństwo.

Bóbr był bardzo smutny i nie wiedział za co się zabrać.
– Nic się nie martw, my ci pomożemy i do wieczora będziesz miał nowy domek gotowy.

Rodzeństwo szybko zabrało się do pracy. Pomagali nosić bobrowi potrzebny materiał na nowy dom i choć dokuczało im zmęczenie, pracowali wytrwale, zapominając o upływającym czasie. Gdy skończyli, zaczęło się ściemniać i dzieci dopiero wtedy uświadomiły sobie, że zostało im niewiele czasu, by dotrzeć na miejsce. Nie miały pojęcia, jak przeprawić się przez rzekę.
Ale tutaj z pomocą przyszedł im bóbr, któremu rodzeństwo opowiedziało o wszystkim.
– Słuchajcie kochani, za to, że okazaliście mi serce i pomoc, nie zostawię was w potrzebie. Tutaj niedaleko w krzakach mam schowany kawałek wyżłobionego w środku pnia, który świetnie naddaje się na łódkę.

Dzieci powędrowały za bobrem i wyciągnęły pień z krzaków. Wsiedli do środka, a bóbr odepchnął ich od brzegu i pomógł przeprawić się przez rzekę pchając pień. Rodzeństwo znalazło dwa kije, które posłużyły im za wiosła. Cała trójka wspólnymi siłami dotarła na drugi brzeg.
– Bardzo dziękujemy za pomoc!
– To ja wam dziękuję za wszystko i życzę powodzenia!

Marcel z Marcysią uściskali bobra na pożegnanie i ruszyli w dalszą drogę. Byli bardzo zmartwieni, bo było już ciemno, a przed nimi jeszcze sporo drogi.
– Może usiądźmy i zjedzmy ostatni kawałek chleba przed dalszą wędrówką. Obyśmy tylko zdążyli.
– Dobrze Marcyś, odpocznijmy. Pamiętaj, że nie możemy się poddawać.

Gdy tak jedli w ciszy w ciemnościach usłyszeli szelest i zobaczyli wielkie, błyszczące oczy zbliżające się do nich. Musiało to być duże zwierze. Oboje zerwali się na równe nogi.
– Nie bójcie się! Pamiętacie, jak w zimie dokarmialiście z waszym dziadkiem sarny w lesie? Jestem jedną z nich. Dzięki wam przeżyliśmy zimę, a ja jestem wam szczególnie wdzięczna, bo uratowaliście mi życie gdy potrącił mnie samochód i leżałam nieprzytomna na poboczu.
– To ty jesteś tą sarenką, którą z dziadkiem pielęgnowaliśmy zimą? – dzieci były bardzo mile zaskoczone.
– Tak, to ja i teraz wam pomogę. Pamiętajcie kochani, że dobro powraca, a zło uderza ze zdwojoną siłą. Wiem o wszystkim. Ptaki mi opowiedziały, dlatego tutaj jestem. Wskakujcie na mój grzbiet, podrzucę was na Zieloną Polanę. Szybko wdrapali się na sarnę i w mgnieniu oka znaleźli się w lesie. Zwierze, mimo ciemności świetnie orientowało się w terenie i jeszcze przed północą dotarli na miejsce.

Las nocą był bardzo tajemniczy. Słychać było pohukiwania sowy, dziwne szmery, szumy nietoperzy przemykających gdzieś między drzewami. Dzieci były tak utrudzone, że pod głowy położyły plecaki i zasnęły szybko pod drzewem. Wczesnym rankiem obudził ich piękny śpiew ptaków i pierwsze promienie słońca. Rodzeństwo było tak szczęśliwe, bo udało im się dotrzeć na czas, że zapomniały o zbieraniu rosy do zielonych buteleczek. Rozejrzały się dookoła, a tam inne dzieci w podobnych ubrankach chodziły po polanie zbierając kropelki do swoich szklanych pojemniczków.
– Marcyś zobacz ile dzieci! Też udało im się tutaj dostać! Zbierajmy szybko rosę, bo wyparuje z promieniami słońca!
– Marcel, zobacz tutaj obok nas jest jej dużo!

Wszystkim dzieciom poszło to sprawnie i każde miało napełnioną buteleczkę. Nagle nad głowami usłyszały trzepot skrzydeł i zobaczyły bociany, które zaczęły lądować na polanie. Było ich bardzo dużo. Wszystkie na powitanie zaczęły znajomie klekotać, a dzieci z radości klaskały w ręce, bo to było niecodzienne widowisko.

Największy z bocianów przemówił do zebranych dzieci.
– Moi drodzy, cieszę się, że udało się wam tutaj dotrzeć na czas, choć wiem, że nie było to takie łatwe, bo zmniejszyliście się i wszystko stało się większe, a droga do pokonania dłuższa i trudniejsza. Cieszy mnie też to, że w drodze tej nie myśleliście tylko o sobie, ale potrafiliście pomóc innym w potrzebie i dlatego też i do was pomoc przyszła, bo ci, którzy byli samolubni, źli, nieufni, których opuściła wiara, nie dotarli tutaj. Odpadli już przy pierwszej próbie. Za wasze dobre serce i wytrwałość czeka was teraz nagroda. Polecicie z nami do pięknej krainy Baśniogrodu, gdzie spędzimy cały dzień. Z pewnością wam się tam spodoba. Napijemy się tylko rosy z buteleczek, którą zbieraliście. Ten zaczarowany płyn pozwoli nam was przenieść w to niezwykłe miejsce.

Wszystkie dzieci wlały rosę w dzioby ptaków i usiadły na ich grzbietach.
– Zobacz Marcel, ta para bocianów która nas przewiezie do Baśniogrodu, mieszka w gnieździe w pobliżu domu naszych dziadków!
– Rzeczywiście to oni! – krzyknął uradowany Marcel.
Para bocianów potwierdziła przypuszczenia rodzeństwa, więc powitanie było bardzo serdeczne. Dzieci ochoczo siadały między skrzydłami i wszystkie po kolei zaczęły odlatywać. Widok z góry był niesamowity. Las stał się dużo mniejszy, a pola i łąki jak różne kawałki ciasta ułożone na okrągłym talerzu. Gdy zbliżali się do obłoków dzieci wyciągały ręce, by dotykać ten miękki puch. Wiatr rozwiewał im włosy, a słońce swym ciepłem gładziło ich twarze. Wzbili się bardzo wysoko i wlecieli w gęste, białe chmury, w których czuli się jak we mgle. Powoli zaczęły one rzednąć i na horyzoncie ukazała się przepiękna wyspa zawieszona między ziemią a niebem. Otaczał ją krąg tęczowego, jasnego światła. Zniżając lot ku wyspie odczuwali wibracje niezwykłego ciepła i delikatny kwiatowo-owocowy zapach. Mijali koktajlowe strumyki, czekoladowe wodospady, kolorowe ogrody pełne niespotykanych roślin owoców i kwiatów, a wszystko tętniło takimi kolorami jakich dotąd dzieci nie widziały.

Wylądowali w ogrodzie gdzie było wesołe miasteczko, a w nim urocze zjeżdżalnie, baseny, karuzele, zamki z labiryntami, tunele z niespodziankami. W oddali na wzniesieniach były otwarte bramy do wszystkich bajek jakie dzieci znały, mogły tam wejść i uczestniczyć w każdej z nich. Była też brama do bajki, która miała dopiero powstać, a tworzyć mogło ją każde chętne dziecko. Dzieci miały pełną swobodę,. W ogrodzie przy fontannie stał ogromny stół z przeróżnymi potrawami, słodkościami, sokami i owocami. Było tu tysiące przeróżnych ptaków, motyli i zwierząt. Na łące czekały latające dywany, które przewoziły chętnych po wyspie, a w wypożyczalni czekały specjalne skrzydła, które umożliwiały fruwanie nad wesołym miasteczkiem. Nasze rodzeństwo i inne dzieci były zachwycone pobytem tutaj. Tak szybko minął czas, że żal było wracać.

Słońce pięknie zachodziło nad Baśniogrodem gdy bociany z dziećmi wyruszyły w powrotną drogę. Był wczesny ranek, kiedy znajome bociany Marcela i Marceliny wylądowały na łące, z której dzieci wyruszyły na wyprawę. Rodzeństwo zdjęło baśniowe szaty i powróciły do ludzkich rozmiarów. Dzieci szybko pobiegły na strych, który wyglądał jak dawniej. Rodzeństwo miało wrażenie jakby stare przedmioty pogrążone były w smacznym śnie. Gdyby nie ubrania, które z powrotem schowali do skrzyni myśleli by, że może to wszystko im przyśniło.

Zbiegli na dół do kuchni gdzie babcia przygotowała dla nich pyszne śniadanie.
– Babciu, dziadku przepraszamy, że nie było nas dwa dni!
– Jakie dwa dni? Wczoraj był czwartek, a dziś jest piątek rano więc coś musiało wam się przyśnić. Może Zielona Polana?
Babcia z dziadkiem znacząco uśmiechnęli się do dzieci. Marcel z Marcysią domyślili się, że dziadkowie też dotarli do Baśniogrodu.

Małgorzata Nowak

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *