DPS

Kartki z podróży: “Peru”. Kasia Grzegorzewska

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

„Świat jest księgą – ktoś, kto nie podróżuje, czyta jedną jej stronę.” –  Św. Augustyn

Moja podróż do Peru była wręcz „Księgą Magiczną”, pełną zaklęć i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Bohaterowie pojawiający sie na mojej drodze to zwykli ludzie, którzy okazują się być czarownikami, dobrymi wróżkami
i niezwykłymi nauczycielami.
Oto kilka rozdziałów z tej księgi.

O tym, jak zrozumiałam tajemną mowę… hiszpańską

W podróż do Peru wybrałam się totalnie nieprzygotowana – właściwie, to jechałam z zamiarem odwiedzenia koleżanki w Limie. W stolicy Peru spędziłam weekend i tu stała się pierwsza przedziwna rzecz – znając kilka słów po hiszpańsku, rozmawiałam przez kilka godzin z dziewczyną z Argentyny, która znała zaledwie kilka słów po angielsku.

Mając do dyspozycji w sumie 12-15 słów opowiedziałyśmy sobie całe życie, a rozmowa zakończyła się o 3:00 nad ranem. Podczas tej rozmowy Nancy opowiedziała mi między innymi o swojej wizycie na Machu Picchu, czym zachęciła mnie do odwiedzenia tego magicznego miejsca. W ten sposób zapadła kolejna spontaniczna decyzja, aby niezwłocznie tam się udać.

Okazało się że, język nie jest żadną przeszkodą w podróżowaniu – wystarczy „dostroić swoje fale”, otworzyć serce i umysł i po prostu chcieć porozumieć się z drugim człowiekiem. Po tej niezwykłej konwersacji mój zasób słów z jezyka hiszpańskiego znacznie się powiększył, dlatego nie miałam większych obaw, aby dalej podróżować samotnie. I tak dotarłam na Machu Picchu. Dojechałam tam porannym pociągiem (wyjazd z miejscowości Ollantaytambo o 6:00 am), dzięki temu miałam okazję oglądać ruiny wyłaniające się z porannych mgieł, a chwilę później w blasku promieni słonecznych.

Jedyne co mi tam przeszkadzało to niezliczona ilość turystów… takich jak ja, poniekąd. I ciężko mi znaleźć słowa, aby opisać to miejsce – tam po prostu trzeba być! Jedyna rada, jakiej mogę udzielić, to rozsądne przygotowanie budżetu. Aby dostać się na Machu Picchu pociągiem, potrzeba w sumie okolo $160-$200 – co obejmuje bilet na pociąg, bilet autobusowy, który wiezie nas na górę, oraz bilet na ruiny. Inna droga prowadząca na Machu Picchu to Inca Trial – za 4 dni marszu przez Andy płaci się około $450.

Jak spotkałam mojego Anioła Stróża…

Pewnego razu, podczas pobytu w Cuzco, postanowiłam wybrać się do przepięknej miejscowości Pisaq, oddalonej od Cuzco o godzinę jazdy autobusem (cena biletu w jedną stronę wynosi .80 centów). Pisaq słynie z targowiska, gdzie można kupić wiele pamiątek o wiele taniej niż w typowo turystycznych miejscach.

Na miejscu wysiadłam z autobusu i stałam tak przez chwilę zastanawiając się w którą stronę powinnam się udać. Obróciłam się, żeby jeszcze rozejrzeć się i w tym momecie zobaczyłam stojącego przede mną młodego, białego mężczyznę, który zapytał mnie po angielsku, czy przypadkiem nie potrzebuję pomocy. Zdziwiłam się, bo nie było go w tym samym autobusie, którym ja przyjechałam. Również wcześniej nie widziałam nikogo czekającego na przystanku autobusowym, na którym wysiadłam.

Zapytałam o drogę na targowisko, a on nie dość, że mnie tam zaprowadził, to jeszcze towarzyszył mi podczas robienia zakupów. W związku z tym, że mówił perfekcyjnie po hiszpańsku, wynegocjował mi najniższe możliwe ceny. Poza tym przez cały czas nie odstępował mnie na krok, pilnując, żeby „księżniczka” przypadkiem się nie zgubiła i żeby nikt jej nie okradł… Okazało się, że Alexandro (tak miał na imię) przyjechał z Argentyny kilka dni wcześniej. Planował wybrać się na Machu Picchu, więc tym razem ja mogłam mu pomóc, dzieląc się swoimi doświadczeniami. Podziękowaliśmy sobie na wzajem za miłe towarzystwo i pożegnaliśmy się życząc sobie przyjemnej podróży, po czym poszliśmy – każde w swoją stronę.

Wkrótce okazało się, że nasze księgi mają więcej wspólnych kartek… Po pożegnaniu Alexandro, udałam się na inną część targu na przepyszny owocowy lunch i zaraz potem złapałam autobus powrotny. Do Cuzco dotarłam po południu i postanowiłam wracać do mojego hostelu trochę inną drogą, aby zwiedzić tę część miasta, której jeszcze nie miałam okazji oglądać. Po kilkunastu minutach spacerowania mniej znanymi, bocznymi uliczkami usłyszałam znajomy głos: ”How are you?”.

Podniosłam głowę – naprzeciwko mnie, jak spod ziemi, wyrósł nie kto inny – tylko Alexandro! „Kim ty jesteś chłopie?” – pomyślałam, i założę się, że on pomyślał o mnie to samo. Powiedziałam, że chciałabym jeszcze dzisiaj odwiedzić muzeum mojej imienniczki czyli Klasztor św. Katarzyny. Alexandro z ochotą przystał na tę propozycję i razem udaliśmy się w stronę muzeum.
I tutaj okazało się, że mój „Anioł Stróż” znowu pojawił się o właściwym czasie we właściwym miejscu, bo dzięki niemu weszłam do muzeum za połowę ceny – Alexandro wykorzystał swoją zniżkę studencką na nas oboje.

Po zwiedzaniu muzeum pożegnaliśmy się po raz kolejny. Do końca mojej podróży nie spotkałam go już więcej, ale spotkałam kilka innych osób w podobnych niespodziewanych okolicznościach, które pojawiały się nagle tylko po to, aby mi pomóc.

Tajemny język hiszpański – II stopień wtajemniczenia

Dnia następnego, spacerując po Cuzco, poczułam się nieco zmęczona – rozrzedzone powietrze
i brak tlenu na tej wysokości robią swoje. W związku z tym, że nie było wolnej ławki na skwerku, dosiadłam się do pewnego drzemiącego pana. Kiedy tylko usiadłam, ów gentelmen natychmiast obudził się i zaczął ze mną rozmawiać, jakby znał mnie od lat i właśnie na mnie czekał. Okazało się, że Juan Antonio jest urzędnikiem pracującym w miejscowym departamencie edukacji. I chyba, w związku ze swoim zawodem, postawił sobie za cel nauczyć mnie lepiej mówić po hiszpańsku.

Była to najtrudniejsza, najciekawsza i najbardziej przydatna lekcja w moim życiu. Przede wszystkim, wszystkie słowa i zwroty tłumaczone były z hiszpańskiego na hiszpański! W związku
z tym, do tłumaczenia trzeba było używać wszelkich możliwych zdolności aktorskich, wyczucia
i intuicji.

W czasie tej lekcji poruszyliśmy różne tematy, ale najciekawsze dla mnie było to, że Peruwiańczycy wiedzą tak dużo o Polsce – nie tylko z powodu Papieża – Polaka, ale pamiętają na przykład, że jakieś 30 lat temu na mistrzostwach świata w piłce nożnej słynny „król strzelców” – Grzegorz Lato – strzelił peruwiańskiej drużynie gola, w skutek czego Peru musiało pożegnać się
z marzeniami o medalu.

Poza ciekawostkami, jakimi uraczył mnie „Mistrz Mowy Tajemnej” – Juan Antonio, okazało się, że wszystkich tych zwrotów i „magicznych zaklęć” hiszpańskich, które włożył mi do głowy będę musiała użyć już następnego ranka. Po niezwykłym spotkaniu z Juanem, tego samego wieczoru wyjeżdżałam do Puno – miejscowości portowej nad jeziorem Titicaca, położonego jeszcze wyżej niż Cuzco (niecałe 4000 metrów n.p.m.).

Zaraz po przyjeździe, chciałam udać się na wycieczkę po jeziorze, aby zwiedzić słynne wyspy pływające i nie tylko. Gdy dotarłam na miejsce i wysiadłam z autobusu wraz z innymi podróżnymi, natychmiast okrążyli nas przedstawiciele agencji turystycznych, z których chyba nikt nie mówił po angielsku. Mną „zajęła się” kobieta o indiańskich rysach, która w odróżnieniu od innych białych agentów powoli i spokojnie odpowiadała na każde moje pytanie i tłumaczyła mi, jak zorganizowana jest taka wycieczka. Nagle zorientowałam się, że od ponad pół godziny rozmawiam z nią po hiszpańsku, używając dokładnie tych samych słów i zwrotów, które poprzedniego dnia „zainstalował” na moim „twardym dysku” Juan Antonio. Mało tego – udało mi się nawet wynegocjować niższą cene – (około $25 za dwu dniową wycieczkę z przewodnikiem, z noclegiem i jedzeniem).

O zaklinaczce deszczu z jeziora Titicaca

Podczas rejsu po jeziorze Titicaca miałam okazję poznać wspaniałych ludzi – podobnych do mnie podróżników – samotników pochodzących z rożnych zakątków świata. Swoją drogą, nie wiedziałam, że aż tyle osób podróżuje samotnie, a wśród nich zdecydowanie przeważa płeć piękna…

Jezioro Titicaca w połowie należy do Peru, a w drugiej połowie do Boliwii. Jego nazwa jest połączeniem słów pochodzących z dwóch języków indiańskich – Kechua i Aimara. W wolnym, lecz niezbyt precyzyjnym tłumaczeniu, Titicaca oznacza „Great Lion Mountain”. Faktycznie, zdjęcia satelitarne jeziora odzwierciedlają kształt pumy polującej na królika. Tylko skąd wiedzieli o tym rdzenni mieszkańcy tamtych terenów już tysiące lat temu, nie mając do dyspozycji takich cudów techniki, jakimi my dysponujemy? Zastanawiam się do czego właściwie potrzebna jest nam ta cała „nowoczesna” technologia?

Okazuje się, że my – współcześni ludzie budujemy super-maszyny tylko po to, aby potwierdzić to, co starożytni wiedzieli dawno temu – i to bez statków kosmicznych, teleskopów, satelitów itp. I że można żyć bez tego, jak i bez innych znanych nam udogodnień. Dowodem na to są ludzie mieszkający na wyspie Amantani na jeziorze Titicaca. Żyją tam od tysięcy lat bez prądu czy bieżącej wody, które to wynalazki – my uważamy za standard. Jednak ludzie ci są tak bardzo związani ze swoją ziemią i z naturą, że potrafią intuicyjnie odczytać znaki pochodzące z przyrody, i to bez używania specjalistycznych sprzętów.

Na wyspie Amantani zostałam zakwaterowana wraz z dwiema innymi koleżankami w domu miejscowej rodziny. Po całym dniu zwiedzania wyspy i wspinania się na najwyższy jej punkt (ponad 4000m n.p.m.) każdy miałby ochotę na długą gorącą kąpiel. Wiedziałam jednak o tym, że na wyspie nie ma czegoś takiego jak bierząca woda, a co dopiero łazienka… Zapytałyśmy więc nieśmiało gospodyni o odrobinę wody do umycia twarzy – „przecież muszą coś pić,  w końcu częstowali nas herbatą” – myślałam sobie. Matilda (tak miała na imię nasza gospodyni) uśmiechnęła się z przekąsem i popatrzyła w niebo. „Dzisiaj wody nie ma” – powiedziała, „ale jutro rano będzie”.

Byłam już tak zmęczona, że nie miałam siły zastanawiać się nad jej słowami. Zasnęłam zaraz po przyłożeniu głowy do poduszki. W nocy obudził mnie jednak odgłos bębniącego o dachówki ulewnego deszczu – w tym momencie zrozumiałam co miała na myśli Matilda. I faktycznie, rano czekały na nas przygotowane miski z wodą, w których można było dokonać porannej „ablucji”. Powietrze natomiast pachniało świerzutką miętą, która obficie porastała całą wyspę. Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki „miętowy oddech”, zanurzyłam dłonie i twarz w krystalicznej, aksamitnie miękkiej wodzie „prosto z nieba” – poczułam się jakbym była w luksusowym spa. Zaraz potem czekało na nas w 100% organiczne śniadanie oraz herbata ze świerzej mięty – „niebo w gębie”. Po śniadaniu przyszedł po nas przewodnik, aby zabrać nas spowrotem i… czar prysł.

O dobrej wróżce Edwinie

Następnego dnia wyruszyłam w drogę do Arequipy, skąd chciałam udać się na Kanion Colca. Jest on prawie trzy razy głębszy od Grand Canion w USA i uważany jest za drugi co do głębokości na świecie.
Arequipa to urocze miasteczko położone w południowej części Peru. Zakwaterowałam się tam w uroczym hostelu o nazwie „Home Sweet Home” (za jedyne $8 za noc ze śniadaniem). W związku z tym, że byłam nieco zmęczona podróżą, postanowiłam tego wieczoru zostać w hostelu, tym bardziej że miałam towrzystwo.

Jedna z mieszkających tam dziewczyn również postanowiła zostać na miejscu. Edwina była angielką o blond włosach i anielskim spojrzeniu. Planowała wybrać się do Puno, skąd ja właśnie przyjechałam. Bez zastanowienia dałam jej więc wszystkie moje mapki i broszurki, które stamtąd przywiozłam. Opowiedziałam jej również o moich planach wyjazdu na Kanion Colca i moim marzeniu, którym było zobaczenie przelatującego nad kanionem kondora. Nadmienić tu trzeba, że podróżując, przenosimy się do zupełnie innej rzeczywistości. Nikt nie rozmawia o swoim zwykłym życiu – o pracy czy szkole. Każdy tylko mowi o tym gdzie już był, co zwiedził, dokąd zamierza pojechać i co chce zobaczyć – życie pozostawione przed podróżą po prostu przestaje istnieć, zupełnie inne rzeczy stają się ważne…

Na Kanion Colca wyjechałam o 3:00 nad ranem. Kanion oddalony jest około 160 km od Arequipy, więc trzeba wyjechać bardzo wcześnie, żeby być tam nad ranem, wtedy są większe szanse na zobaczenie przelatującego kondora. Koszt jednodniowej wycieczki ze śniadaniem to około $20. Widoki po drodze zapierają dech w piersiach – tym bardziej że na tej wysokości brakuje tlenu…

Końcowy etap wycieczki satnowił punkt widokowy, skąd można podziwiać kanion i otaczające go góry oraz pospacerować po okolicy. Przez półtorej godziny włóczyłam się po różnych ścieżkach wypatrując kondora, jednak nie miałam szczęścia… Zrezygnowana, postanowiłam wrócić na taras widokowy, żeby ostatni raz rozejrzeć się za „andyjskim królem przestworzy”. Zbliżałam się powoli do tarasu z głową zwróconą ku niebu – dalej nic! Gdy opuściłam wzrok, zamurowało mni ze zdziwienia – obok mnie na murku siedziała sobie… Edwina.

„Cześć. Zrobić ci zdięcie?” – zapytała jakby nigdy nic. Odpowiedziałam ze smutkiem, że chciałabym zdjęcie przelatującego kondora, ale nie mam dziś szczęścia. Edwina powiedziała mi, że widziała dziś rano kondora. „I ty też napewno go zobaczysz!” – wypowiedziała zaklęcie Dobra Wróżka. „To dobrze.” – odrzekłam i pożegnałam przyjaciółkę, gdyż zbliżała się nasza pora wyjazdu. Odwróciłam się i zaczęłam powoli zmierzać w kierunku parkingu.

Nagle zobaczyłam, że wszyscy przebywający tutaj turyści łapią nerwowo za aparaty i kamery. Podniosłam głowę – Jeden…! Drugi…! Trzeci…! Kondor ma około 4 metry rozpiętości skrzydeł i lata z tak zawrotną prędkością, że ledwo udało mi się uwiecznić go na fotografii, na której jest on zaledwie małą plamką. Jednak nigdy nie zapomnę wrażenia, kiedy przez ułamek sekundy znalazłam się w cieniu jego skrzydeł…
Dziękuję ci Dobra Wróżko!

W tym miejscu kończy się peruwiańska część mojej księgi. Na szczęście przede mną jeszcze wiele nieprzeczytanych stronic. Podczas podróży zdarzają się różne historie, ale to my decydujemy, czy będą one sensacją, komedią, fantazy, a może romansem…

Bon voyage!

Fot. Katarzyna Grzegorzewska

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *