DPS

“Ekwadorski Awatar” Katarzyna Grzegorzewska

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Do Ekwadoru wybrałam się za namową mojej ekwadorskiej przyjaciółki, która czynnie zaangażowała się w niesienie pomocy rdzennym mieszkańcom tamtego regionu. Osobiście miałam okazje odwiedzić jedną z wiosek indiańskich – SARAYAKU.

Było to niezwykle bogate i budujące doświadczenie, bo utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak
w dzisiejszym konsumpcyjno-skomercjalizowanym świecie można być wolnym, żyć w zgodzie z naturą,
a przy tym rowijać się. Z drugiej strony, mogłam się też przekonać, że konkwista jeszcze się nie skończyla
i że słynny film AWATAR to historia prawdziwa i wciąż żywa… niestety.

z mieszkańcami wioski

ANDY

Ekwador jest bardzo ciekawie położony – zawiera kawałek wybrzeża od strony Pacyfiku, przez środek kraju biegnie pas Andów, a na wschodzie “zachacza” o dżunglę amazońską. W związku z tym, zróżnicowany jest też kulturowo.

Po odebraniu nas z lotniska w Quito udaliśmy się na wycieczkę w ANDY, które zapierają dech w piersi
– nie tylko ze względu na piękno, ale także na niską zawartość tlenu w rozrzedzonym powietrzu.
Oto widok przyprawiający o zawrót głowy – na krawędzi krateru wulkanu wypełnionego przez jezioro.

Właściwie, to nie ma co komentować – poezja sama ciśnie się na usta:

“W tej okolicy jest zbyt uroczyście
Jaskółki kreślą nad wodami freski
W dzbanie jeziora drzemie chłód niebieski
A usta milczą to, co widzą oczy”

Marek Grechuta

Mimo, że mieszkańcy tych okolic żyją w bardzo ciężkich warunkach, zawsze są uśmiechnięci i pogodni.
Na tej wysokości (okolo 6000 m npm) muszą zmagać się z zimnem, brakiem tlenu oraz niedostatkiem warzyw i owoców. Jednak Indianie andyjscy są świetnymi gospodarzami – żyją skromnie, ale ekologicznie, nic nie ma prawa się zmarnować.

Kiedy po dość męczacym marszu na dno krateru chcieliśmy coś zjeść (a było nas w sumie 10 osób), indiańska gospodyni powiedziała, że nie może nas wszystkich przyjąć do swojej gospody, gdyż jedzenia wystarczy tylko dla 5 osób… Pozostała piątka poszła więc do innej karczmy.

I tym sposobem my zdołaliśmy zaspokoić głód (a jedzenie było wyborne), daliśmy zarobić kilku osobom (zamiast tylko jednej) i całe jedzenie zostało wykorzystane (nic się nie zmarnowało, ani nie zepsuło). Poza tym w ten sposób mieliśmy gwarancję, że wszystko jest świeże i przygotowywane na bieżąco. To się nazywa GOSPODARNOŚĆ!

pranie

W DŻUNGLI

Z Andów zjeżdżalismy powoli w dół kierując się do miasta Puyo, gdzie czekała na nas mała awionetka (egzemplarz muzealny), mająca zabrać nas do Sarayaku – wioski indiańskiej położonej w dżungli Amazońskiej. Po 25 minutach lotu przeuroczą maszyną w stylu retro, znaleźliśmy się w Sarayaku, gdzie zabawiliśmy cały tydzień.

wycieczka po dżungli ze znachorką

Czas płynął nam powoli, a właściwie jakby stanął w miejscu – po pierwsze dlatego, że nikt nie używa tam zegarków, a po drugie dlatego, że wioska Sarayaku była dla nas jakąś niesamowitą, bajkową krainą, funkcjonującą poza znanym nam czasem i przestrzenią. Kładłam się spać wtedy, kiedy byłam zmęczona
a wstawałam, kiedy kur zapiał… Na szczęście nie miałam pojęcia, która jest godzina, więc czułam się
w pełni wypoczęta.

jedna z chatek w Sarayaku

Oprócz wędrówek po dżungli, braliśmy również udział w codziennym życiu mieszkańców i pomagaliśmy im
w pracy. Zarówno krajobraz jak i organizacja życia społecznego w wiosce Sarayaku to obraz wyjęty rodem z filmu AVATAR. Ludzie i przyroda żyją ze sobą w organicznej i duchowej harmonii.

Chociażby organizacja pracy – w wiosce SARAYAKU jeśli ktoś ma do wykonania pracę, z którą sam sobie nie poradzi, prosi wtedy innych o pomoc, a pod koniec dnia wszyscy zapraszani są na posiłek i cziczę (czicza to fermentowany kukurydziany napitek). Wieczorem omawiane są plany na następny dzień.

Rankiem, zanim zacznie się praca, wszyscy opowiadają i interpretują swoje sny. Jeśli ktoś miał wyjatkowo niedobry sen, plan może się zmienić… Ale to zdarza się niezwykle rzadko – oni nie stronią od pracy tak jak my – ludzie zachodu. Każdy z nich ma świadomość, że praca w jednym gospodarstwie służy całej wiosce
i społeczności. Nikt się nie ociąga i nie czuje wykorzystywany. Wszyscy pracują z własnej i nieprzymuszonej woli, a praca idzie bardzo sprawnie.

Dzieci tymczasem są w szkole. Okazuje się, że w Sarayaku jest nawet lokalny uniwersytet, w którym przekazuje się nie tylko wiedzę przodków, ale również naucza wiedzy o świecie współczesnym
i kulturze zachodniej. Z kolei dzieci, które jeszcze nie chodzą do szkoły, mają czas na zabawę. Właściwie to wychowywane są one bezstresowo, bo niczego im się nie zabrania. Jednak muszę przyznać, że w życiu nie widziałam grzeczniejszych dzieci! Nie narzucają się nikomu, zachowują cicho, niczego nie trzeba im tłumaczyć ani pouczać. Naturalnie dostosowują się do sytuacji – wiedzą, kiedy zająć sie młodszym rodzeństwem, rozumieją, gdy ktoś nie ma ochoty na zabawę lub towarzystwo…

u miejscowej kosmetyczki - malowanie twarzy

Niedziela, podobnie jak u nas, jest dniem wolnym od pracy. Od samego rana z okolicznych domów słychać bicie w bębny. Oznacza to, że gospodarze zapraszają wszystkich na cziczę.

Czicza to fermentowany napój z juki. Produkcja jego jest bardzo prosta. Gospodyni żuje kawałki juki
i wypluwa do specjalnego pojemnika, który po napełnieniu jest zamykany i wraz z zawartością odstawiany na kilka dni do fermentacji. U każdego czicza smakuje troszkę inaczej – zależy to pewnie od śliny osoby żującej.

Czicza to napitek, którym częstuje się gości. Podaje się go w okrągłej misce, z której piją wszyscy po kolei. Należy podkreślić, że gość nie ma prawa odmówić takiego poczęstunku. Jeśli ktoś uchyla się od spróbowania, gospodyni stoi nad takim delikwentem tak długo, aż ten przynajmniej umoczy usta…
Na początku było to dla mnie trudne, jednak po trzecich odwiedzinach z kolei, nie mogłam się doczekać swojej kolejki…

produkcja cziczy

Indianie Sarayaku korzystają czasem z udogodnień cywilizacyjnych, ale w sposób ekologiczny i tylko
w zakresie jakiego potrzebują – na marnotrastwo nikt by sobie nie pozwolił! Używa się tam prądu pochodzącego z baterii słonecznych. Czasem odbierany jest internet satelitarny. Poza tymi wynalazkami, wszystko odbywa się naturalnie. A jedzenie jest przepyszne, bo niczym nie skażone. Przez cały tydzień żywiliśmy się tym, co dała dżungla – gdy wróciłam do domu i popatrzyłam na to, co sprzedawane jest
w sklepach, i co „nazywa się” jedzeniem – byłam bliska płaczu…

z wizyta u szamana

Nie można jednak zapomnieć, że w filmie AWATAR byli też bohaterowie negatywni. Podobni ludzie dotarli też do wioski SARAYAKU. W życiu, tak jak w filmie – nalazła się firma paliwowa, która chce robić odwierty na tym terenie i za wszelką cenę usiłuje pozbyć się mieszkańców. Próbowano już wszelkich środków – od negocjacji począwszy, poprzez odcinanie dostępu do rzeki, wycinanie drzew (w tym Świętego drzewa Sarayaku) na walce zbrojnej skończywszy. Tego nie było nawet w AWATARZE! Tam atakujący byli OBCY. Tymczasem, sytuacja plemienia SARAYAKU przypomina raczej Polskę w stanie wojennym. Kilka lat wcześniej skorumpowany rząd Ekwadoru wysłał wojsko przeciwko swoim własnym obywatelom. Oni są jednak świadomi swojej wolności, a przy tym silni – bo zjednoczeni i dobrze zorganizowani – nie dali się przepędzić ze swojego terytorium.

Jak na razie jest tam względny spokój. Jednak wciąż toczą się negocjacje między wolnymi indianami z jednej strony i ofiarami cywilizacji, czyli firmą paliwową i skorumpowanym rządem ekwadorskim z drugiej strony.
W czasie mojego pobytu, odbyła się nawet konferencja prasowa, zorganizowana po tym, jak indianie znaleźli na swoim terenie podłożony przez firmy paliwowe dynamit. Przedstawiciele rządu i partii opozycyjnych przybyli do wioski helikopterami z „wielkim hukiem” i przez kilka godzin obiecywali ludziom Sarayaku „gruszki na wierzbie”, chcąc „kupić” ich głosy wyborcze. Nie obiecali im jednak najważniejszego – tego, że zostawią ich wreszcie w spokoju!

konferencja prasowa

A oni… – jak powiedział „awatarski poeta” – Jake Sully: „Oni nie oddadzą swojego domu. Nie pójdą na żaden układ. Za co? Za jasne piwo? I niebieskie jeansy? Nie mamy nic, czego by chcieli.”

Katarzyna Grzegorzewska

PS. Jeśli ktokolwiek chce wybrać się w te rejony lub pomóc w inny sposób ludziom SARAYAKU, można kontaktować sie z Karen Marrero w języku angielskim lub hiszpańskim pod adresem e-mail: karennana@yahoo.com.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *