DPS

Babcia Bożenka: “Widziane z Ostrołęki sierpniowe klimaty”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Pod oknami naszego rodzinnego domu przechodzili pielgrzymi udający się do Częstochowy na spotkanie z Maryją. Do tronu naszej Królowej zmierzały grupy
z Ostrołęki, Łomży, Zambrowa i Wyszkowa. Wyruszyli 1 sierpnia. Do Częstochowy dotrą 13 sierpnia. Będą w drodze prawie dwa tygodnie. Jest to już 27 pielgrzymka Diecezji Łomżyńskiej na Jasną Górę.

Mamusia i siostra Basia wykrzykiwały na zmianę:
“Jak dużo młodzieży!”, “Są i małe dzieci!”, “A ile księży idzie z nimi!”

– Jest i nasz proboszcz – z radością odnotowywała mama – ale on pewnie odprowadza tylko pielgrzymów do rogatek gminy Rzekuń. Czy słyszysz ten radosny śpiew? – ze wzruszeniem w głosie dopytywała, kuśtykając przy pomocy laski od jednego okna do drugiego.

Pewnie było jej żal, że nie może być w grupie pielgrzymów. Może jednak pielgrzymować duchowo, modlić się w domu o wytwałość i siły dla nich, o dobrą pogodę, o owoce pielgrzymowania. To przecież tak wiele znaczy.
W tych samych intencjach w ostrołęckich kościołach prowadzone są wieczorne adoracje Najświętszego Sakramentu. O godzinie 9 wieczorem, w łączności z Jasną Górą, śpiewany jest Jasnogórski Apel.

Piesze pielgrzymki nie są czymś niezwykłym w polskim krajobrazie. Wrosły już w kalendarz parafialnych wydarzeń. Każdego roku, właśnie w sierpniu, nasila się ich ilość oraz wzrasta liczba osób biorących w nich udział. Pielgrzymowanie to nasza stała tradycja, można powiedzieć.

Są osoby, które każdego roku wychodzą na pielgrzymi szlak, nie wyobrażając sobie pominięcia którejś
z wypraw. W domu zatrzymują je jedynie jakieś nagłe wypadki. Czy do corocznego pielgrzymowania można się aż tak mocno przyzwyczaić? Po co ludzie zamiast leżenia na plaży czy gdzieś w cieniu pod drzewem decydują się na wysiłek, trudy, niewygody?

O króliku i zagubionej wierze.

Zostawiam na chwilę ostrołęckich pielgrzymów. Duchowo będę się z nimi łączyć podczas wieczornej modlitwy. Mieszkam blisko kościoła pod wezwaniem Zbawiciela Świata, świątyni nowoczesnej, przestronnej, ale serce ciągnie do starej części miasta, do zabytkowego Klasztoru sprzed 300 lat, który od ubiegłego roku posiada status Sanktuarium Świętego Antoniego. Trzy lata wcześniej ks. Biskup Stanisław Stefanek, gospodarz łomżyńskiej diecezji, sprowadził
z Padwy Relikwie Świętego Antoniego, wzywanego najczęściej do odnalezienia rzeczy zaginionych.

Wstawiennictwo świętego naprawdę skutkuje. Przekonał się o tym mój dziesiecioletni wnuk Adaś, który opłakując stratę ulubionego królika, skorzystał z sugestii babci i zaczął na pomoc wzywać świętego
z Padwy. Królik odnalazł się. Wprawdzie obecnie Adaś ma już nowego ulubieńca, psa Oskara, ale tamtego wydarzenia z królikiem na pewno nie zapomniał.

Święty z ostrołęckiego Sanktuarium, wzywany przez wiernych pomaga także w odnalezieniu utraconej wiary i bliskości Boga. Ileż matek, babć, cioć szepcze modlitwy za wstawiennictwem świętych właśnie
w intencji dzieci, córek, synów, chrześniaków, wnuków, którzy w odeszli od Boga, Jego przykazań, lekceważąc albo zapomninając, że Stworzenie nie może żyć bez swojego Stwórcy. On daje życie, łaski. Bez Niego nic uczynić nie możemy.

Szlakiem Orlich Gniazd

Pielgrzymi są na szlaku. Przed nimi długa droga. Potrzebują pamięci i modlitwy. Kilka tygodni temu byłam jedną z nich. Zawsze obawiałam się tych męczących tygodni w drodze, tej długiej trasy, ponad 300-stu kilometrowej i chociaż w sercu czułam potrzebę, oblatywał mnie strach. Z tego powodu nie próbowałam nawet wpisać się na listę, a nawet jeśli uczyniłam to jednego roku, w efekcie wypisałam się, nie wierząc, że dam radę przejść prawie trzydzieści kilometrów każdego dnia.

W tym roku wzięłam udział w trzydniowej pielgrzymce z Zawiercia do Częstochowy. Trasa miała być urokliwa. Pewnie taka była, ale ja pamiętam jedno, że starałam się nie zostawać w tyle. Było mi bardzo ciężko. Plecak, w którym trzymałam jedynie wodę i coś ciepłego do okrycia ciążył samym swoim ciężarem. Trzeba było pokonywać górki, wzniesienia, schodzić w dół, co wcale nie było łatwiejsze od wspinania się do góry.

Czuwały nade mną Anioły. Młoda uczestniczka pomagała w noszeniu plecaka, ktoś inny użyczył kijków, przy pomocy których szło się lżej. Górnik uczył jak należy schodzić w dół. Dzielił się wieloletnim doświadczeniem w pracy pod ziemią.

W notesie zapisalam niewiele. Nie miałam na to siły. Oto moje zapiski z drugiego dnia pielgrzymki:

Poprzedniego dnia dotarliśmy do Zrębic, pokonując 26 kilometrów. Poranek. Budzimy się w prywatnym domu. W pokojach bez mebli, zapełnionych materacami i śpiworami. Jedna łazienka i ubikacja dla 40 osób. Długi ogonek oczekujących na swoją kolejkę. Trudno się podnieść. Jeszcze trudniej postawić pierwsze kroki. Bolą pęcherze i zranienia na stopach. Dokucza kręgosłup po nocy spędzonej na podłodze.

W kuchni młode dziewczyny siedzą przy stole, popijając porannę kawę, przygotowują kanapki na cały dzień wędrówki. Zmęczone twarze, bez makijażu, plastry na obolałych nogach. Młodzi również odczuwają ciężar pielgrzymowania. Nie słychać skarg i narzekań, bo każdy chce zachować fason.

Lekko nie jest, ale nasza elegantka Danusia nie może wyruszyć na trasę bez ułożenia włosów. W ruch idzie suszarka. Inni, i chyba tych jest większość, myślą tylko o jednym: czy dadzą radę, czy pokonają kolejny odcinek trasy. Byle się rozchodzić. Starzy bywalcy pocieszają, że dzisiejsza trasa będzie łatwiejsza od wczorajszej.

Grzegorz bierze udział w pielgrzymce po raz pierwszy. Zakochał się. Chce się podobać swojej ukochanej. Ta motywacja dodaje mu skrzydeł. W grupie jest Daniela, która juz 16-sty raz bierze udział w pielgrzymce. W tym roku nie rozstaje się z gorsetem podtrzymującym chory kregosłup. Nie mówi jednak, że to jej ostatnia wyprawa. Ma troje dzieci i sześcioro wnucząt. Wszyscy potrzebują, aby się za nich modlić, aby w ich intencjach ponieść jakieś ofiary, właśnie takie, jakim jest wielogodzinne wędrowanie do tronu Królowej Polski.

Do pokonania kolejne kilometry. Nastepną noc spędziliśmy w szkole w Mirowie. Miejsca starczyło dla wszystkich. Poprzedniej, ponad 100 osobowa grupa została podzielona. Jedni zostali w prywatnym domu, inni poszli do remizy strażackiej, jeszcze inni spali pod namiotami. Nasza paczka rozłożyła się w sali dla maluchów, wsród lalek i miśkow. Głowa przy głowie.

Była to już 18-sta pielgrzymka z parafii błogosławionej Karoliny w Tychach. Wzięło w niej udział ponad 140 pątników w różnym wieku. Było dużo młodzieży trzymających się blisko młodych kleryków z parafii.
Młodzi księża odprawiali Msze, głosili katechezy, śpiewali piękne piosenki oazowe. Ubranych w stroje sportowe trudno było odróżnić od reszty uczestników.

W grupie był 12-letni Kuba, niezwykle bystry oraz dziesięcioletni i ośmioletni Jan i Grzegorz. Małżeństwo z trojgiem małych dzieci podążało z nami samochodem wiozącym nasze bagaże. Spotykaliśmy się z nimi na postojach.

Przeżycia z pielgrzymki są niezapomniane. Wędrówce towarzyszy duży wysiłek, ale jak ogromną radość można przeżyć, gdy dotrwa się do końca, gdy przed figurą Matki Bożej w Częstochowie składa się podziękowanie.
Ściskaliśmy się w objęciach, gratulując wytrwałości i samozaparcia. Były łzy. Zupełnie zasłużone.

Nie zapomnę rozmów prowadzonych podczas wędrówki, tych o dzieciach, wnukach, mężach. W każdym sercu tliła się nadzieja, że Maryja, do której szliśmy, wysłucha, poradzi, doda siły, rozwiąże problem. I jeśli ktoś pytałby, po co to wszystko, jest odpowiedź. Idzie się w deszczu i spiekocie po nadzieję, po miłość, po umocnienie wiary.

Bożena Chojnacka.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *