DPS

“Śmietana, jeżyny i mleko – czyli jak się mieszka w swoim obrazie.”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Lubię ten cierpki smak na języku, przyprószony słodyczą. Przesuwam łyżeczką jeżyny, nieco zanurzam je w śmietanowej pierzynce, zeskrobuję delikatną mgiełkę biszkoptu. Doceniam bardzo ten czas bez pośpiechu, pełen błogości, wyrwany jakby z kontekstu otaczającej mnie rzeczywistości.

Kiedyś tak nie mogłam: ciągle pędziłam, wiecznie wisiało nade mną „muszę”. Rozkoszuję się więc, swoją godziną
w ogrodzie, póki jesienne chłody i biel zimy nie nadejdą. Czasem jest to rano i poranna kawa nieśpiesznie pita
w cieple poranka, czasem wieczór, niekiedy popołudnie.

Dziś do niej, kawy, mam małe co nieco, jak mawiał Kubuś Puchatek. Jeżyny są nasze, z ogrodu. Pozbawione chemii w jakiejkolwiek postaci. To bez znaczenia, że nie są równe i piękne: smakują jeżynami – po prostu. Wiatr wciska mi włosy do talerza, a ja zadumałam się i się uśmiecham do wspomnień.

A wszystko zaczęło się od mleka w przedszkolu. Rozlewałam je sukcesywnie i tworzyłam proste obrazki chmurek, czy słoneczek, by uniknąć przyprawiającej mnie o mdłości wizji picia mleka z kożuchami.
To był dla mnie koniec świata! Ciarki na całym ciele i nieukrywana radość, błogość, gdy mogłam mleko rozlać na blat, i uszczuplając moją porcję o wartość malowanego obrazka oszukać, że piłam. Czasem tak trzeba, choć kłamstwa i oszukiwania nie pochwalam, jednak – w dzisiejszych czasach – nie wyobrażam też sobie, zmuszania dzieci do obrzydliwego aktu picia mleka z kożuchami. Ble! Na samą myśl… potworność.

Przyjaciel kiedyś mi powiedział, że pesymista to doinformowany optymista, a ja właśnie pomyślałam sobie,
że jestem w takim razie ciągle niedoinformowana. Taką chcę zostać, co to ma zawsze szklankę (choćby mleka) do połowy pełną. Bo kiedy dochodzę do rozstajów na mej życiowej drodze zawsze wybieram, jak mi w duszy gra, dokąd iść dalej. Można tak i siak, a czasem jeszcze owak…

Uśmiecham się do jeżyn, to co, że kwaśne – sama je pielęgnowałam i zerwałam. Dla mnie są wystarczająco słodkie i już. Jestem z nich dumna, choć w tym roku było ich tylko trzydzieści sześć na krzaku.

Jutro zagruntuję płótna w ogrodzie. Lubię wynosić pracownię na zewnątrz, same są tego plusy. Psiska mają
i ogród do dyspozycji, i mnie na oku. Biegają i węszą, ocierają się o moje nogi dla przypomnienia o swoim istnieniu i wymuszają pieszczoty co pięć minut, albo przynoszą piłeczkę. Pokazują jak są radosne, popisują się donośnym szczekaniem na ptaki. Proces gruntowania zamieniający pracownię w niezły chlewik, pochłaniający mnóstwo czasu zimą, bo i wyschnąć musi i odparować, teraz, kurczy się kilkakrotnie. I nie ma sprzątania – trawa wybacza kropki kleju i gesso.

Patrzę w dal nie widząc. Odgarnięty kosmyk wciąż wchodzi mi w usta. Bywało, że się szarpałam i trwało to niemal wieki. Że chciałam sobie coś udowodnić, może to, że skoro nie jest mi dane być artystą w tej chwili, to mogę robić cokolwiek, że sobie poradzę. A może była to próba zatłuczenia własnych potrzeb, dążeń, radości tworzenia, nie wiem… ale tak było.

Wiem, że przez wiele lat pracowałam ponad wszelkie siły. Niekoniecznie robiąc to co lubię, a raczej wręcz przeciwnie. Zaciskałam zęby i robiłam swoje, dla dobra rodziny, firmy, po to by przeżyć. Dziś patrzę na to tak, że musiałam swoje zrobić, nie raz upaść na kolana, by móc zająć się tym, co dla mnie było przeznaczone, i by umieć to docenić. Życie to same zakręty: jak wyjdziesz na prostą to bach, kolejny wiraż i tak ciągle.

Niektórym potrzeba psychoterapeuty, ktoś inny zatraca się w robieniu zakupów, a mnie starcza pracownia. Pędzel, ołówek, czy klawiatura są dla mnie tą bitą śmietaną – odrobiną słodyczy w życiu, czasem jeżynami.

Już było tak, że mówili mi, że kura, że domowa, że z dziećmi jest już przegrana.
Inni twierdzili, że będę wdową w wieku 28 lat – jakże się pomylili! Wierzyłam po swojemu, ale nie tak, jak chcieli tego inni. Koleżanki mówiły o kosmetyczkach, o garsonkach i zakupach,
a ja z przerażeniem stwierdzałam, że chyba
z innej planety jestem, i że nikt nie rozumie mojego marsjańskiego. Kocham moje jeżyny: są słodkie jak wszystko co kocham.

Przynajmniej tak myślę. Wyrzuciłam dawno logikę do śmieci: ona nie ma nic wspólnego z byciem sobą, z byciem szczęśliwym. Życia nie da się ująć żadnym wzorem i regułką, która dla każdego jest równie wyjątkowa co on sam.

Kto rezygnuje, nie podejmuje ryzyka zwycięstwa – wygrywa tylko własną klęskę! Warto! Warto być sobą bez względu na wszystko, szlag z tymi co jeżyn nie lubią, bo w końcu ważne jest tylko to, że to ja jestem ich miłośnikiem i basta! I teraz ja! Bo jak nie teraz, to kiedy? To prawda, że studia zaczęłam mając lat 41, że pięć lat sypiałam tylko tyle by móc żyć, a może to była tylko siła woli, tak z rozpędu – nie wiem! Wiem, że tego chciałam, że nic co racjonalne nie dawało mi prawa wierzyć, że się uda, a jednak tak się stało! Że co? Że późno? Że nie dam rady? Taka byłam głodna, że zjadłam wszystko lądując
z dyplomem na celujący.

Że zniszczyłam firmę po 30 latach? Nic wieczne nie jest. Na pewno się nie wyspałam, ale na pewno był obiad codziennie, bo synowie dorastali. Na pewno pracowałam i studiowałam będąc matką jednocześnie, i zakrapiałam to wszystko szczyptą sztuki, i bizneswoman na zmianę. Ale ja tego chciałam! Tak widocznie miało być.

Czekałam na moją drugą szansę przez tyle czasu (gdy byłam po szkole średniej trzykrotnie zdałam egzaminy na studia, jednak było to przed stanem wojennym i wówczas przyjmowano chłopców), że nawet był taki moment kiedyś, że byłam przekonana o tym, że już nigdy moja druga szansa nie nadejdzie. To, czy – gdy się jej doczekałam – mogłam ją ot tak sobie zmarnować? Mogłam.

Mogłam być sfrustrowana i smutna, żywić pretensje do świata i innych – mogłam.
Mogło mi zabraknąć odwagi, mogłam dalej wszystko rozbierać na racjonalne części, by okazało się, że to co mam zamiar zrobić jest czystym szaleństwem. I nie powiem, im więcej nad tym myślałam, tym większe miałam wątpliwości. Więc po prostu przestałam… myśleć o tym! Ostatecznie spróbowałam, początkowo zakładając, że wypadnę z obiegu po pierwszym semestrze, że sami młodzi studiujący ze mną okażą się lepsi. Pomyliłam się totalnie! Moja szklanka jest zawsze do połowy pełna, a jeżyny – nawet kwaśne smakują mi najlepiej, bo są moje! Sama ich doglądałam!

A jak mieszka się artyście tutaj (w Polsce), nawet z celującym dyplomem w kieszeni? No cóż, uczelnia w żaden sposób nie interesuje się swoimi absolwentami, pozostawiając ich własnemu losowi. Jeśli jest to młody człowiek zaczynający swe dorosłe życie – nie trudno przewidzieć ciągu dalszego. Smutne, jednak prawdziwe.

Ja od 2009 roku mieszkam w swoim obrazie. Zrealizowałam taki projekt artystyczny, w którym mogłam zawrzeć wiele aspektów jednocześnie: zaanektowałam przestrzeń publiczną, tyle że jest ona jednocześnie moją własną. Stworzyłam w niewielkiej miejscowości, w której mieszkam, galerię wiecznie otwartą, bo bez względu na wszystko, każdy może obejrzeć część tego co zrobiłam, nawet bez mego pozwolenia i wiedzy.

Moja zamiana ścian zewnętrznych własnego domu w 400 m2 obrazu wysyła 24 godziny na dobę komunikat światu: pozytywną energię i to, że artyści są wśród nas. Jak na polskie warunki, zainteresowałam media na tyle,
że i Teleekspres mnie odwiedził, i TVN kilkakrotnie, TV Polonia. A także różne gazety i chyba wszystkie okoliczne rozgłośnie radiowe były u mnie, najpierw by zobaczyć jak pracuję,
a potem jaki jest tej pracy końcowy efekt.

Moja praca “Mieszkam w swoim obrazie”, ciągle prowokuje i wywołuje dyskusje, ale mnie najbardziej cieszą akcje, które przeprowadzam z tutejszymi ludźmi, z dorosłymi, dziećmi i młodzieżą. Bo najbardziej
ze wszystkiego pragnę otwierać innych na sztukę, na jej różne przejawy, na samą obecność w naszym codziennym życiu – a wierzcie, tu nie jest to wcale takie oczywiste! W mojej niewielkiej miejscowości, przez dwa lata, wprowadziłam wielkie zmiany.

Czy zawsze było tak słodko? Nie, nawet teraz nie jest, bo w moim kraju ciężko jest żyć ze sztuki.
Nie ma wypracowanego rynku sztuki – wszystko się dopiero tworzy – brak funduszy i sponsorów, nie ma wypracowanego systemu wystawienniczo-edukacyjnego, a kolejne zawirowania finansów światowych nie przyczyniają się do poprawy istniejącej sytuacji w żaden sposób.

Ale mnie zadowala fakt samofinansowania się moich artystycznych wojaży i wszelkich moich artystycznych przedsięwzięć. Odkąd korzystam z wirtualnej rzeczywistości na co dzień, a nie czynię tego dla zabawy, zmieniło się całkowicie moje artystyczne tu i teraz. Otworzyły się nowe, wielkie możliwości przede mną. Dzięki kontaktom na Facebooku, zostałam ostatnio zaproszona do wspólnej, międzynarodowej wystawy. Ostatecznie, w czerwcu byłam w Madrycie na otwarciu naszej wystawy. Poznałam wspaniałych artystów i ludzi, zobaczyłam nowymi oczami to wspaniałe miasto.

Od dłuższego czasu mieszkam w kilku światach naraz: realnym codziennym, realnym nierealnym w studio, równoległym rzeczywistym nierzeczywistym w cyberprzestrzeni, w świecie snu na jawie. One czasem się mieszają, że trudno jest mi stwierdzić który jest którym. I dobrze mi z tym. I wszystko dzięki mojemu mężowi, który wspiera mnie duchowo na każdym kroku, żeby nie wiem jak ten krok był szalony. Mam szczęście!

Więcej następnym razem, a tego jest tyle, że mogłabym napisać scenariusz do opery mydlanej.
Ale to wielce niewiarygodne…

Beata Pflanz BEA
Suchy Las, sierpień 2011 roku.

6 Responses to “Śmietana, jeżyny i mleko – czyli jak się mieszka w swoim obrazie.”

  1. Magda August 15, 2011 at 12:53 am

    Zapomnialas dodac, ze posrod wszystkich swych talentow jestes rowniez poetka.
    Jakze milo Cie czytac, az serce rosnie.
    Do zobaczenia wkrotce!!

    Reply
    • BEAta August 16, 2011 at 6:59 am

      🙂 Dziekuję sedecznie Magdo, za tak ciepłe słowa. Nie wiem. czy poetką jestem…może po prostu lubię pisać, bo to jest dla mnie taka sama forma: mieszanie literami, jak zabawa farbą na palecie – coś w tym rodzaju. Tak przedziwnie się składa, że im więcej napiszę, tym więcej stworzę (manualnie) w pracowni. Taki samograj… nie umiem i nie chcę tego, ani rozłączyć, ani wyłączyć:)
      To prawda, że śnią mi się kolory, one po prostu nadchodzą i idą na mnie! Czasem też bywa tak ze słowami: muszę je łapać!
      Jak już złapię, strona po stronie, może będzie z tego książka na wiosnę. Tomik poezji pt. “Z kanapką we wannie” już leży, ale trudno go wydać tutaj, więc czeka:)Najważniejsze jest to, że słowa dały się złapać. Idę więc dalej: łapię kolory, a psy merdają w trawie ogonami! Pozdrawiam.

      Reply
  2. Katia Muñoz August 16, 2011 at 2:40 pm

    So Great!!! Congratulations Bea!!! Success!!!***

    Reply
  3. BEAta August 16, 2011 at 7:26 pm

    🙂 Thank you Katia;)

    Reply
  4. szanta August 20, 2011 at 9:05 pm

    Beatko, piękny artykuł. Prawdę piszesz. JA to nazwałam Wyzwolenie.(http://inspirantki.pl/?s=Wyzwolenie)
    Teraz coraz nas więcej ale jeszcze niedawno było tak jak napisałaś- w tym wieku chcesz czegoś nowego? Bzdura, nie uda się… Ot – nasza polska małowiara w sukces, bo przecież my umiemy tylko narzekać i przegrywać. A czas z tym skończyć! Fajnie, że coraz więcej nas tam myśli bo tym samym może wyprowadzamy nasze społeczeństwo z marazmu narzekania a jak tak to stanowimy tę małą kulkę od której pójdzie lawina i .. zmieni się na lepsze nasza polska rzeczywistość.
    Pozdrawiam ciepło.

    Reply
    • BEAta August 21, 2011 at 8:15 am

      :)bardzo miło mi być kamykiem:)
      Lubęe wywoływać burze w szklance:) i lawiny – mentalne.
      Wiem, że nie jestem sama i tylko głośno, wielogłosem krzyczmy – to wreszcie coś drgnie!
      Pozdrawiam B.

      Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *