DPS

„Wakacyjny wyjazd”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Wakacje zbliżają się już ku końcowi.
I choć niektórzy pewnie jeszcze odpoczywają poza domem, zapewne większość z nas ma już za sobą wakacyjny wyjazd. Taka wyprawa w nieznane dziecku miejsce może być fantastyczną przygodą. Od nas tylko zależy czy tak będzie. Czego potrzebujemy? Odrobiny inwencji
i zainteresowania.

W tym roku wybraliśmy się nad polskie morze. Od kilku już lat w wakacje podróżujemy nad Bałtyk. W tym roku pogoda nas w Polsce nie rozpieszcza. W Gdyni, gdzie przebywamy pada i wieje. Tylko czasami rozbłyska słońce. Jest też dość chłodno. Ale czy to jest powód, abyśmy siedzieli w domu? W żadnym razie.

Zapakowaliśmy się jak zwykle przezornie. Tym razem krem z filtrem leżał bezużytecznie w walizce, natomiast kalosze, płaszcz przeciwdeszczowy i parasol, stały się naszymi przyjaciółmi. Opłacało się je zabrać.

Trójmiasto pełne jest magicznych miejsc. Liczne muzea kuszą bogactwem ciekawych wiadomości
i informacji. Odwiedziliśmy wiele miejsc. Wcześniej już wiedzieliśmy co chcemy obejrzeć, ale byliśmy otwarci na nowości. Warto było. Fakt, w zwiedzanie z dzieckiem trzeba włożyć wiele wysiłku, ale jakie przynosi ono efekty! Często spotykam się ze stwierdzeniem, że czteroletnie dziecko jest za małe, aby zrozumieć wiele rzeczy, jest za małe na wizyty w muzeum!

Jest to teoria krzywdząca dla samego dziecka. Wszystko zależy bowiem nie od wieku dziecka, ale od sposobu w jaki podajemy mu informacje. Córka zwiedzała już muzea nie mając jeszcze dwóch lat. Efekt? W tym roku po raz drugi odwiedzając Gdańskiego Żurawia (dawny dźwig portowy) i muzeum, które się w nim mieści wiedziała już do czego ów dźwig służył, kto to są kupcy, czym się pisało w tamtych czasach, czym płaciło. Wiele pamiętała z zeszłego roku, ale wiele odkryła i tym razem.

Wystarczy dziecku opowiadać, wskazywać na najdrobniejsze szczegóły, które mogą je zaciekawić. Nawiązywać do przeczytanych bajek, opowieści, legend. Małe dziecko nie zrozumie muzealnych opisów, nawet jeśli odczytamy mu je na głos. Ale zupełnie inną wartość dla niego mają nasze opowieści.
Na przykład legendy. I takie właśnie legendy stały się dla nas kopalnią dodatkowych wiadomości.

W naszym ulubionym programie „Moliki książkowe” emitowanym w TVP1 zobaczyłyśmy książkę “Od Tatr do Bałtyku Legendy Polskie”. Kupiłyśmy ją w gdyńskim Empiku i dosłownie utonęłyśmy w wieczornej lekturze. Dzięki owej książce dowiedzieliśmy się wielu nowych i ciekawych rzeczy. Spacer po uwielbianym przez nas gdańskim Długim Targu przyniósł potwierdzenie tych słów. Mowa tutaj o lwach, które są elementem herbu miasta. Herb ów wisi nad wejściem do gdańskiego ratusza. Teraz już wiemy nie tylko, że te lwy tam są, ale także dlaczego patrzą w jedną stronę. A odkąd wiemy, zwracamy na nie uwagę mijając ratusz. Po takiej lekturze nawet spacer po plaży może być ciekawym doświadczeniem.
Bo czym lub kim może być morska piana gnana falami do brzegu? My to wiemy, a ciekawych zachęcam do lektury.

Podczas naszej wakacyjnej przygody zauważyłam po raz kolejny wielką ciekawość świata u córki. Zresztą nie tylko u niej. W muzeach spotkaliśmy wiele rodzin z dziećmi. Niestety, dzieci starsze od córki często biegały, hałasowały i nudziły się niemiłosiernie, podczas gdy dorośli z ciekawością oglądali liczne eksponaty.

Dlaczego tak jest? Nie rozmawiamy z dziećmi, każemy maluchom zwiedzać muzea nie tłumacząc im niczego. A kiedy już uważamy, że zobaczyły wystarczająco dużo, zabieramy je na plażę, gdzie znów zostają pozostawione same sobie. Wielu z nas się obruszy, przecież je pilnujemy, dajmy jeść. Co mamy jeszcze robić? Nam się też coś od życia należy! I choć to jest prawda, wewnętrznie nie mogę się z nią zgodzić.

Nie rozmawiając z dziećmi, nie wskazując im prawidłowych zachowań, wychowujemy sobie nowe pokolenie ludzi bez żadnych wzorców i zasad moralnych. Skąd nasze dzieci mają dowiedzieć się czym jest Polska? Ile osób oddało za nią życie? Jak traktować słabszych, chorych, starszych? Nie mówię tutaj
o filozoficznych rozmowach z maluchami, ale o zwykłym ich uczestnictwie w życiu. Przykładów mogę mnożyć w nieskończoność, ale moim zdaniem wystarczy jeden, aż nadto wymowny.

Po czwartkowym ekscytującym rejsie pirackim galeonem
o nazwie „Czarna Perła” wysiedliśmy na nabrzeżu Westerplatte. Córka już wcześniej poznała wiersz K.I. Gałczyńskiego „Pieśń
o żołnierzach z Westerplatte”. Wiedziała także dokąd się udajemy. Nas nieodzowny towarzysz, deszcz, lał miarowo. Pokrzepieni ciepłą herbatą ruszyliśmy przed siebie. Westerplatte jest dawną składnicą wojskową, miejscem bohaterskiej walki ponad dwustu polskich żołnierzy z blisko trzema tysiącami niemieckich najeźdźców. Zmierzając ku pomnikowi Bohaterów Westerplatte, zwiedziliśmy częściowo ocalałą i odbudowaną wartownię nr 1, a potem zajrzeliśmy do podziemi wartowni
nr 6. I choć jedynie przez zakratowane okienko, to co tam zobaczyłam zmroziło mi krew w żyłach.

Otóż, w miejscu gdzie nasi żołnierze oddawali życie, teraz leżały puszki po piwie i zużyta pielucha typu pampers! Natychmiast pokazałam to córce, wyjaśniłam, że nie wolno tak robić. Że tutaj wielu żołnierzy oddało swoje życie i że należy im się szacunek. A te śmieci oznaczają jego brak i że bardzo bym chciała, aby kiedy będzie już dorosłą osobą tak nie postępowała.

Szliśmy dalej opowiadając jej historię tego miejsca, poruszając się powoli i często przystając. Minęliśmy napis „NIGDY WIĘCEJ WOJNY”, zajrzeliśmy do resztek koszar wojskowych, teraz zrujnowanych (robią kolosalne wrażenie!). W końcu dotarliśmy do ogromnego pomnika. Cała wizyta była dla nas pełna wzruszeń, ale jak się okazało największe miało nadejść.

Wracając zdecydowaliśmy, że zajrzymy na cmentarzyk poległych żołnierzy. Wtedy córka powiedziała ”mamo, mogę zerwać kilka stokrotek? Położymy je na grobach tych żołnierzy. Chciałabym im podziękować, za to że walczyli o Polskę.” Serce mi się ścisnęło z dumy. Mocno przytuliłam dziecko. Natychmiast weszłyśmy też na usianą stokrotkami łączkę. Zerwałyśmy ich pięć, gdyż mocno padało.
Z tym maleńkim bukiecikiem poszliśmy na cmentarzyk, gdzie Marysia swoją małą rączką położyła stokrotki na pamiątkowej płycie nagrobnej. Modlitwa za poległych mieszała się z moimi łzami wzruszenia. Byłam dumna z córki i zadowolona z podjętego wysiłku.

Malwina Prus – Zielińska

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *