DPS

“Welcome Back”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Podróże przez Atlantyk uczą, ale i męczą.
Jak przebiegną zależy nie tylko od tego czy samolot jest na czas, ale z jakimi ludźmi się zetkniemy.

Na trasie z Gdańska do Monachium
w Lufthansie upadłam na duchu. Dostałam miejsce obok grubasa. Zapłaciłam za miejsce,
a dostałam może jego połowę.

Mężczyzna głowę trzymał prawie w suficie samolotu. Jego ciało wylewało się na okno i na mnie. Nie było innego wolnego miejsca, żeby mnie przesadzić.

Przez prawie półtorej godziny zapięta w pasy, niewygodnie wbita w fotel, zastanawiałam się jakie jest rozwiązanie dla grubasa i tego, któremu przypadnie siedzieć obok niego w samolocie. Szczególnie na trasach europejskich, gdzie samoloty są mniejsze niż na atlantyckich rejsach.

Uznaję, że sytuacja jest niezręczna. Mój grubas patrzył w okno. Nie odezwał się do mnie ani słowem.
Nie wiem, czy się krępował, czy może wolał kobietę rozmiaru petite obok siebie.

Wiem jedno, że pocił się i to mnie też męczyło.

Ale nie wszystkich grubasów stać na kupowanie podwójnego biletu. Może linie lotnicze powinny mieć kilka miejsc dla ‘puszystych’ pasażerów? Z pewną dopłatą do biletu? Jakoś to trzeba rozwiązać.
Albo parować grubasów z super szczupłymi? Kilka pytań podczas sprzedaży biletu i życie może być łatwiejsze dla pasażerów.

Męczyłam się na trasie Gdańsk-Monachium, ale za to na odcinku Monachium-Nowy Jork słyszałam anielski głos. Chwalił mnie. Dziękował za dobre uczynki.

O co mi chodzi? Obok moich córek, byłam odpowiedzialna za pewną dojrzałą Polkę. Na lotnisku
w Gdańsku przyznała się, że nigdy nie leciała z przesiadką do Nowego Jorku i nie mówi w żadnym obcym języku. Adoptowałam więc ją jako trzecią córkę. Biegała z nami na lotnisku w Monachium, gdzie było tylko 35 minut, żeby dotrzeć do samolotu w sektorze H48. Wypełniałam jej formularze pokładowe do USA. Wysłuchałam historii jej życia. Jak każda pełna nadziei, że Ameryka może zmieni kierunek jej drogi. Oby.

A córki? Sprawowały się dobrze. Nie zgubiły pluszaków, których zabrały pełne plecaki. Najczęściej pytały
o to samo “Kiedy będziemy w domu?”. Wreszcie mam dokładną odpowiedź.

21 godzin zajęło nam dotarcie z polskiego domu dziadków do naszego amerykańskiego gniazda.
No i 4 dni czekania na samolot.

– Welcome back – powiedział do nas urzędnik służb paszportowo-wizowych na lotnisku.

Tak, jesteśmy z powrotem w domu.

Danusia Świątek

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *