DPS

“Lunch z Fredericem Bartholdi”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

– Skąd przybywacie zacni goście? Nazywam się Frederic Auguste Bartholdi i zaprojektowałem Statuę Wolności – przedstawia się mężczyzna z francuskim akcentem.

Wygląda jakby wyskoczył z obrazka z innej epoki.
A na pewno wyrósł spod ziemi, bo właśnie usiedliśmy przy stoliku, żeby zjeść lunch w towarzystwie Statuy Wolności na wyspie Liberty Island.

Stoi przed nami mężczyzna z kapeluszem na głowie w migdałowym kolorze. Patrzą na nas jego wesoło niebieskie oczy. Głaszcze się prawą ręką po buraczkowej kamizelce. W lewej trzyma zwinięty rulon papierów.

– Czy mogę usiąść? – grzecznie pyta.

Zaintrygował nas. Godzimy się na jego towarzystwo.

– Czuję się bardzo szczęśliwy, że udało mi się po wielu latach zrealizować moje wielkie marzenie. Właśnie odsłonięto moje dzieło. Popatrzcie jak pięknie ona wygląda w słońcu – mówi Bartholdi i wyciąga rękę
z mapą przed siebie.

Wzrok kierujemy na największą kobietę świata. Zieloną. Statuę Wolności, która stoi tyłem do nas.

– Kto to jest ten pan? – szepce do ucha Natalie, która badawczo przygląda się mężczyźnie.
– Zapytaj go – głośno proponuję.
– Kim jesteś? – odzywa się córka.
– Jestem panem Fredericem Auguste Bartholdi. Jest rok 1886 – upiera się.

Obie córki robią wielkie oczy. Mrugam do nich.

– Odpowiem na każde wasze pytanie na temat mojego życia – mówi mężczyzna.

Dlaczego nie przenieść się zatem do XIX wieku? Zasypujemy go pytaniami wszelkiej natury.

– Dlaczego nie chcesz zostać w Ameryce?
– Lubię tu przyjeżdżać od czasu do czasu. Ale mieszkać mogę tylko we Francji.
– Dlaczego wybrałeś tę wyspę na dom dla twojej Statuy Wolności?
– Zjeździłem całą Amerykę. Szukałem miejsca przez wiele miesięcy. Ta maleńka wyspa jest najlepszym domem dla mojej Statui. Widzi ją każdy, kto przypływa do Nowego Jorku.
– Czyją twarz ma Statua Wolności?
– Trochę mojej matki.
– Ile miałeś lat, gdy zacząłeś rysować?
– 6 albo 7….

Ruch w kafejce na dworze. Przy stolikach pełno ludzi. Pan Bartholdi jest z nami i popija wodę z glinianego dzbanuszka w przerwach między pytaniami. Słońce łaskocze nas po plecach.

Który wiek wybrać? W którym żyć? Hm… Lepiej nie cofać się w czasie. Żegnamy uroczego pana Bartholdi (jak się później okazuje aktora, Glenna B. Stoops’a).

Kimberly i Natalie po raz pierwszy idą się spotkać ze Statuą Wolności.

– Ale wielka! – wzdychają.
– Jak będziemy w niej chodzić? – zastanawiają się.

Są sposoby. Po 156 schodach wdrapujemy się prawie do jej nóg. Do jej postaci nie możemy wejść. A o koronie tylko marzymy. Bilety trzeba zamawiać kilka miesięcy wcześniej. Córki muszą jeszcze poczekać na tę atrakcję.

– W koronie są okna takie małe jak w samolocie – mówi tata, któremu kiedyś udało się spojrzeć na Nowy Jork właśnie z korony.

Pamiętam jak na początku mojego pobytu w Ameryce, pewnego 1 stycznia, weszliśmy z mężem do korony i jak zakręciło mi się w głowie. Z wrażenia, wzruszenia, wysokości. Bardzo dokładnie pamiętam tę wizytę, chociaż potem były jeszcze inne.

Dzisiaj jest nasza pierwsza wyprawa jako rodzina. Córki biegają za gołębiami na trawie. Zadzierają głowy do góry i patrzą na Statuę. Śmieją się. Są w pewnym stopniu przyzwyczajone do widoku tego symbolu Ameryki z ulic na Dolnym Manhattanie. Z okien wieżowca, w którym pracuje ich tata. Wreszcie z książek. Teraz jest ‘tylko’ spotkanie twarzą w twarz.

Wyspę obeszliśmy dookoła w 15 minut. A potem idziemy na statek Miss Liberty i odpływamy na wyspę Ellis Island. O tym opowiem następnym razem.

Danusia Świątek

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *