DPS

“Rzeźbiarz z Vermont” cz.1.

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

O pomniku Ks. Jerzego Popiełuszki na Greenpoincie w Nowym Jorku myśli się tak, jak o niewielu innych, czyli bardzo emocjonalnie. Nic dziwnego, bo przecież mowa o umęczonym człowieku. Pomnik też ma swoją drogę przez mękę. Stracił przecież głowę zaledwie 3 tygodnie po jego odsłonięciu. Swoje kroki kierują pod pomnik turyści z Polski i Polonusi. Jedni znają lepiej jego historię, drudzy gorzej. Czas na jej odświeżenie.

Propozycję zaprojektowania i wykonania pomnika ks. Popiełuszki dostał Stanisław Lutostański z East Barre, w stanie Vermont. Artysta ukończył wydział rzeźby u profesora Bohdana Chmielewskiego na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Do USA przyjechał w 1981 roku. Jego dziełem są m. in. pomniki Krzysztofa Kolumba w Waterbury (CT) i Williama Penna w Filadelfii (PA).

Zgodzi się pan ze mną, że propozycja zaprojektowania i wykonania pomnika to duża szansa na “zaistnienie” wśród Polonii?

Stanisław Lutostański: Na pewno. Mam satysfakcję, że właśnie mnie wybrano na kreatora pomnika. Gdy przedstawiciele Kongresu Polonii Amerykańskiej z Nowego Jorku zwrócili się z prośbą o projekt i wykonanie pomnika, byłem zaskoczony. W metropolii nowojorskiej i jej okolicy mieszka wielu rzeźbiarzy, a moja pracownia położona jest daleko od Greenpointu.

Kiedy powstał projekt pomnika?

Stanisław Lutostański: Latem 1989 roku. Ale władze miasta zatwierdziły go dopiero w lipcu 1990 roku.

Niewiele miał pan czasu na rzeźbienie?

Stanisław Lutostański: To prawda. Gdy wreszcie zapadła stosowna decyzja, od razu przystąpiłem do pracy. Cięższe czynności typu: przeniesienie blogu skalnego, który ważył 6300 funtów, odcięcie pewnych jego fragmentów, wykonała firma ‘Desilets Granit Company’ z East Barre. Rzeźbiłem wiele godzin dziennie. Udało mi się zakończyć prace w ostatnich dniach września. Powstał granitowy pomnik
o wysokości 9 stóp i wadze 2250 funtów. Przedstawia on wyłaniające się z konturów Polski popiersie księdza Jerzego Popiełuszki. Chciałem wykuć w granicie ideę miłości, którą głosił ksiądz Jerzy. Czy udało się, ocenią inni.

Zajrzyjmy na chwilę do pana pracowni…

Stanisław Lutostański: Do której? Mam dwie.

Którą z nich pan lubi bardziej?

Stanisław Lutostański: W małej obok domu, powstają małe rzeźby, które robię niekiedy dla własnej przyjemności z którymi nie rozstaję się. W dużej, wynajmowanej od jednej z firm zajmujących się wydobywaniem granitu, pracuję nad rzeźbami sporych rozmiarów.

Czy granit to materiał, w którym pan najchętniej tworzy?

Stanisław Lutostański: To moje podstawowe i ulubione ‘tworzywo”.

Hm… bardzo twarde, trudne do kształtowania i zimne.

Stanisław Lutostański: Zapewniam, że tylko na pozór. W granicie pracuję od lat.
Z każdym dniem coraz lepiej go poznaję i ciągle odkrywam w nim coś nowego. Praca nad rzeźbą
w granicie to duży, a czasem ogromny wysiłek fizyczny. Ale za to ile można z niego wyczarować?
Ile satysfakcji! Niekiedy sięgam też po drewno, materiał w którym rzeźbiłem
w Polsce.

Czy po to, by tworzyć w granicie, zamieszkał pan w Barre, granitowej stolicy świata?

Stanisław Lutostański: Najpierw przyjechałem do Vermont, a potem zainteresowałem się granitem. Po pewnym czasie stwierdziłem, że ta skała jest dla mnie. Tu, w Barre mam bardzo duże zaplecze materiałowe i techniczne np. doskonałe urządzenia do rozłupywania skał, które mogę wypożyczać od specjalistycznych firm.

Obok rzeźby klasycznej, zajmuje się pan również rzeźbą karykaturalną.

Stanisław Lutostański: Karykatura w granicie dostarcza mi wiele przyjemności. Tworzę ją głównie dla siebie. Niedawno zaprezentowałem na wystawie zbiorowej jedną pracę – głowę Breżniewa (2 stopy wysokości). Jego twarz spodobała się wielu osobom. I jako pierwsza została od razu sprzedana spośród 70 wystawionych. Zakupił ją pewien Bostończyk.

Życzę ciekawych pomysłów!

Rozmawiała: Danuta Świątek

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *