DPS

Babcia Bożenka: “Pożegnanie naszego Stacha”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Wczoraj, w mojej rodzinnej parafii pochowaliśmy wujka Stacha, ostatniego ze starszego rodu naszej rodziny ze strony babuni. Kurczy się nasza niegdyś wcale nie mała rodzina.

Jako ilustrację jej dziejów z wdzięcznością przyjęliśmy od A. mojej siostry ciotecznej, przygotowne przez nią drzewo genealogiczne rodu.

Ze zdjęć umieszczonych w starannie i pracowicie wykonanej planszy spoglądają na nas twarze najbliższych, których już nie ma wśród nas. Wsród żywych z pięciorga rodzeństwa pozostała moja mama
i nieco starsza od niej siostra, ciocia W.

Przy mogile zgromadzili się najbliżsi. 83-letnia seniorka rodu i młodsze pokolenie: siostrzennice, siostrzeniec i bratanek. Przyszli też dawni znajomi z ulicy, przy której mieszkał przed laty. Na nabożeństwie żałobnym, poprzedzającym ceremonie pochówku, ksiądz trafnie spostrzegł, że na stare lata, a zwłaszcza przed śmiercią, serce ciągnie do miejsca urodzenia. Tu szuka się azylu i bezpieczeństwa.

W kościele, w którym wystawiona była trumna, zmarły otrzymał chrzest. W okresie wojny przystąpił do pierwszej Komunii Świętej, prowadzony przez matkę sześć kilometrów przez most, wśród świszczących kul z niezbyt odległego frontu.

Nad trumną przytrzymywaną belkami drewna, przy pomocy których została spuszczona do wykopanego dołu, padały słowa: Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz oraz Żegnamy Cię wujku. Odszedłeś
w samotności. Prowadzony przez Maryje Fatimską.
Nasz Stach zmarł 13-tego, w dzień, w którym obchodzimy pamiątkę objawień Maryi w portugalskiej Fatimie.

Wujek Stach był dzieckiem wojny. Jako najmłodszy z rodzeństwa najbolesniej odczuł śmierć przedwcześnie zmarłego taty. Jego mama, a nasza ukochana babunia, z trudem radziła sobie
z zabezpieczeniem środków do życia dla pięciorga dzieci. Przeżywała aresztowania synów, ich wywóz
na roboty do Niemiec. Stacha ominęły aresztowania i zsyłki, ale okres wojny przeżył w dziecięcym lęku
i osamotnieniu.

Był inny niż jego starsi bracia. Małomówny, zamknięty w sobie. Dlatego babunia najbardziej drżała o swoje najmłodsze dziecko. Drżała, ale nie zdołała uchronić go przed wyjazdem z domu i zbyt wczesnym usamodzielnieniem się. Starsi od niego koledzy, z którymi pracował, wciągnęli go w życie zbyt dorosłe,
a na dodatek pozbawione właściwej hierarchii wartości. Poddał się tym wpływom. Zabrakło bratniej duszy,która wyciągnęłaby go z tego środowiska.

Założył rodzinę. Miał mniej szczęścia niż jego bracia. Nie wiodło się jemu tak dobrze, jak im.
Braki te przykrywał nonszalancją, pokazywaniem kim nie jest. W rodzinie nie traktowano go poważnie.
Znów był niejako na oboczu, niedoceniany, niespełniony, niezrozumiany.

Zawsze było mi go żal, bo widziałam w nim człowieka mocno poranionego. Odwiedzał nasz dom regularnie w listopadowy dzień zaduszny. Zawsze sam. Na pytanie “co słychać?”, bezradnie machał ręką. Przez ostatnie dwadzieścia lat mieszkał w maciupkim pokoju, dzieląc społdzielcze mieszkanie z żoną
w miejscowości odległej od Ostrołęki o ponad 30 kilometrów. Stołował się gdzieś na mieście. Nie miał wielu potrzeb.

Z wdzięczności, że zawsze gościliśmy go serdecznie, przywoził ze sobą torebkę dobrych, czekoladowych cukierków. Leczył się na serce, nadciśnienie. Raz czy dwa wylądował w szpitalu. Wtedy przywiązał się
do B., mojej młodszej siostry, prosząc ją o zajęcie się jego stanem zdrowia i miejscem pochówku.

Guz na szyi pojawił się dwa,czy trzy miesiące temu i zaczął mu dokuczać. Na oddziale szpitalnym nie mogli wykonać badań, ponieważ źle przyjmował leki. Była to niestety wina lekarza. Nie miał do nich szczęścia.
Zaczęły się trudności z oddychaniem. Lekarz zaproponował wstawienie rurki do tchawicy, niczego nie wyjaśniając pacjentowi. Gdy chory po zabiegu obudził się i nie mógł wydobyć z siebie głosu, przeraził się śmiertelnie i postawił niemal cały odddział na nogi.

Siostrze dostała się bura za naganne zachowanie naszego wujka. A kto ośmieli się powiedzieć prawdę lekarzowi? Pacjent nie wie nic, mało dociekliwa rodzina jeszcze mniej. A chodzi o to, że trzeba słuchać lekarza i nie zadawać pytań. Byłam czarną owcą bo postępowałam inaczej, byłam dociekliwa, nieustępliwa, ale w efekcie niczego nie wywojowałam i wujkowi nie przyniosło to ulgi.

Wprawdzie problemy z oddychaniem zmniejszyły się, ale doszedł stres z powodu braku możliwości porozumiewania się. Wujek nie mógł zaakceptować tego stanu, że nie może mówić.
Pisał na kartce: “nie chcę żyć”. Nikt przed zabiegiem nie uprzedził go, że straci głos.

Przestał jeść. Tracił siły, ginął w oczach. Ordynator oddzialu laryngologicznego po zabiegu wstawienia rurki i pobraniu wycinka do badania oświadczył, że oni zrobili wszystko i trzeba pacjenta zabrać do domu.
Nie poinformował, jak chory będzie odkrztuszał nagromadzoną wydzielinę.

Inny lekarz kazał jechać z chorym i jego wynikami do Centrum Onkologii w Warszawie. Ponad dwieście kilometrów w jedną i drugą stronę. Dotarliśmy i tam. I było to bardzo przykre doświadczenie.
Myślałam, że z bezsilności będę krzyczeć na całe gardło, żeby głos mój dotarł do zadowolonych z siebie polityków i gospodarzy stolicy.

Centrum jest w stanie przyjąć dziennie około 300 pacjentów. Z całej Polski przyjeżdża ponoć ponad trzy razy więcej. Wujek na noszach z rurkami w gardle i sondą w nosie (bez niej umarłby z głodu), leżał na długim korytarzu wśród gęstniejącego tłumu pacjentów i jeszcze bardziej gęstniejącej atmosfery bólu
i cierpienia.

Po jednej stronie długiego korytarza przykuwał uwagę i pozbawiał złudzeń i nadziei rząd drzwi z wielkimi napisami poszczególnych rodzajów raka: gardła, tkanek miekkich, szyi, głowy itd. To wszystko odkryte jak na dłoni. Długie kolejki do łazienki, do rejestracji i poszczególnych lekarzy specjalistów.

Z trudem doczekaliśmy się swojej. Wizyta trwała nie więcej niż pięć minut.
“Już nic nie da się zrobić.”- oświadczono.
Po to ciągnęliśmy wycieńczonego bólem chorego tyle kilometrów, żeby na papierze otrzymać wyrok.

Gdy siedziałam przy łózku chorego i pomagałam jak mogłam i potrafiłam, przed oczami przesuwały mi się fragmenty wspomnień z dzieciństwa. Z opowiadań wiem, że wujek kołysał mnie do snu, że woził mnie
w wózeczku.

Czy tą posługą przy jego chorobie chociaż w części spłaciłam zaciągnięty dług wdzięczności?

Bożena Chojnacka

One Response to Babcia Bożenka: “Pożegnanie naszego Stacha”

  1. Filochowska October 22, 2011 at 6:57 pm

    Bardzo prawdziwe, ludzkie! It’s life! Pozdrawiam Cie Bozenko.

    Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *