DPS

“Jak zostałam mamutem”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Dwa miesiące temu spiesząc się do przedszkola po córkę, minęłam na ulicy pochylonego starszego mężczyznę w brązowym płaszczu. Szedł bardzo powoli, kurczowo ściskając drewnianą laseczkę, którą się podpierał.

Minęłam go, ale po kilku krokach zawróciłam. Musiałam to zrobić.
– Czy coś się stało? – zapytałam – Czy wszystko w porządku?
– A wie pani, nie bardzo. Wyszedłem do składu i choć mieszkam na sąsiedniej ulicy, nie mam już siły wrócić. Może się pani przejść ze mną kawałek?
– Oczywiście, odprowadzę pana.

Szliśmy pomaleńku, rozmawiając. Staruszek, prowadzony przeze mnie pod rękę, choć nie odzyskał siły,
w pewnej chwili raptem zaśpiewał: „żołnierz drogą maszerował…”.
– Był pan żołnierzem?
– Naturalnie, w Batalionie Morskim w Gdyni, na Westerplatte…

To było naprawdę niesamowite, że spotkałam na ulicy człowieka, który mógł opowiedzieć mi
o Westerplatte, tak ważnym dla mnie miejscu!

Odprowadziłam Pana Stefana pod same drzwi. Pomogłam mu nawet wejść do domu. Od lat cierpi
na zaćmę, nie widzi zbyt dobrze. Podziękował mi gorąco i obdarował… aż 4 czekoladami. Obiecałam,
że kiedyś go jeszcze odwiedzę. A potem pobiegłam po córkę. W drodze do domu opowiedziałam jej
o mojej przygodzie. Na deser podjadłyśmy sobie czekoladę, która smakowała nam wszystkim tak jak nigdy. Pychota!

Kilka dni później odwiedziłam Pana Stefana pierwszy raz. Jakoś tak przypadł mi do serca ten 83-letni staruszek. Może dlatego, że mój dziadek zmarł kiedy miałam 6 lat? Niestety, nie zastałam go.
Minęliśmy się. Zostawiłam pod drzwiami sernik, a także kartkę z numerem telefonu, prosząc aby syn Pana Stefana się ze mną skontaktował. Po południu otrzymałam telefon. Umówiłam się na wizytę za kilka dni.

I tak zaczęłam się nasza przyjaźń. W którąś niedzielę wybraliśmy się na taką wizytę całą rodziną.
Piękne to były chwile. Staruszek przywitał nas ciastkami, po które osobiście udał się do sklepu. Bardzo się cieszył na te nasze odwiedziny. Spędziliśmy wspólnie kilka godzin. Najważniejsza była dla mnie reakcja Marysi. Pan Stefan śpiewał jej żołnierskie piosenki, a ona słuchała jak zaczarowana. A potem powiedziała : „…bardzo lubię Pana Stefana”.

Z radością więc wybierałam się na kolejną wizytę, tym razem sama. Na moje pukanie do drzwi nie odpowiedział nikt. Wiedziałam, że syn, jedyny opiekun starszego mężczyzny jest na delegacji za granicą, ale pomyślałam, że może staruszek gdzieś wyszedł. Po dwóch dniach znów to samo, cisza. Kiedy trzeci raz nikt mi nie otworzył, przestraszyłam się. Zadzwoniłam do syna, nie miał kontaktu z ojcem od wyjazdu.

Starszy Pan nie ma telefonu, bo nie widzi i nie umie odebrać, kiedy ktoś dzwoni. Po długim poszukiwaniu, obdzwanianiu sąsiadów i telefonicznej konsultacji z policją sprzed wciąż zamkniętych drzwi, zadzwoniłam pod numer pogotowia. Podano mi nazwę i telefon do szpitala, gdzie biorąc pod uwagę lokalizację, mógł zostać odwieziony Pan Stefan. Jakaż była moja radość, kiedy okazało się, że jest
w owym szpitalu! Natychmiast tam pojechałam.

Zbliżając się do wejścia na oddział, zauważyłam go. Bezradnie stał w drzwiach, sam. Chciał mnie nawet przepuścić, ale wtedy się odezwałam:
– Panie Stefanie, a ja właśnie do pana!

Jakże się ucieszył. Wzruszył.
– Gdzie mnie pani tutaj znalazła?…
– Trochę się naszukałam, ale jakoś się udało. Nieźle mnie Pan nastraszył.

Nie mógł uwierzyć, długo jeszcze potrząsał głową z niedowierzaniem. Po wyjściu ze szpitala często się widzimy. Zaglądamy do niego w wolniejszej chwili całą rodziną.

Opowiadając tę historię koleżance, usłyszałam: „Ty chyba jesteś z innej planety. Ja na pewno nie zauważyłabym, nawet nie chciałabym widzieć, bo nie mam na to czasu…” Od innej osoby usłyszałam zaś : „… to niespotykane. Więcej, to nawet nie jest normalne….powinni ci płacić”. Kiedy zapytałam za co, dowiedziałam się, że za te „wizyty”.

Zdębiałam. Nienormalne jest zauważenie bezradności drugiego człowieka? Pomoc? Okazane zainteresowanie? Na jakim świecie ja żyję? Zostałam mamutem? – egzemplarzem na wyginięciu, który stara się patrzeć na świat sercem? I słuchać go? Na szczęście rozejrzałam się wokół i stwierdzam, że nie. Są jeszcze moi wspaniali najbliżsi. Marysia i mój mąż, którzy czują podobnie. A skoro takie postępowanie oznacza, że „spowalniam świat” (kolejny fantastyczny cytat, jakim mnie uraczono) to trudno, uparcie będę go spowalniała dopóki starczy mi sił.

Liczę jednak, że jest nas dużo więcej. I życzę tym, którzy potrzebują pomocy, aby znaleźli się obok nich ci, którzy im pomogą.

Malwina Prus – Zielińska

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *