DPS

Skarb z „Bram Piekieł”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Gdy na lądzie Wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych miała się już ku końcowi i zbuntowani koloniści pod wodzą Jerzego Waszyngtona coraz skuteczniej rozprawiali się oddziałami wiernymi brytyjskiemu władcy, na morzu amerykańscy i francuscy korsarze odnosili sukcesy polując na statki płynące pod angielską banderą.

Nic więc dziwnego, że gdy kapitan fregaty H.M.S „Hussar” dostrzegł podążający za nim duży francuski statek korsarski, postanowił schronić się w nowojorskim porcie, którego mieszkańcy byli jeszcze lojalni angielskiemu królowi. Decyzja kapitana była w pełni uzasadniona, wiózł przecież świeżo wybite
w londyńskiej mennicy złote i srebrne monety, przeznaczone na wypłatę od dawna zaległego żołdu dla najemnej niemieckiej piechoty, której oddziały starały się utrzymać dla brytyjskiej Korony jej posiadłości
w Nowej Anglii.

Nowy Jork początek XIX w.

13 listopada 1780 r. okręt Jego Królewskiej Mości „Hussar” wpłynął na rzekę Hudson i rzucił kotwicę
w pobliżu Manhattanu. Stanął najbliżej jak się tylko dało Battery Park, tak, by forteczne działa osłaniały okręt wraz z cennym ładunkiem. Po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu zapasów, kapitan Charles (Maurice) Pole zgodnie z rozkazem, zamierzał płynąć dalej do New Port na Rhode Island, gdzie transportu złota i srebra niecierpliwie wyglądał główny płatnik brytyjskiej armii. Nieplanowany postój przeciągał się już jednak o kilka dni.

– Podziurawią nas jak sito, jeśli ponownie wypłyniemy na pełne morze – powiedział kapitan „Hussara” obserwując przez lunetę, jak do czatującego przed wejściem do portu Francuza dołączyły dwa inne statki korsarskie.
– Gdyby te psy morskie dowiedziały się o tym, co mamy w ładowni zębami przegryzłyby kadłub naszego
„Hussara”, byle tylko dostać się do tego łupu!
– Tak, ale nie możemy tu wiecznie stać. Musimy zawieźć żołd dla wojska – uparcie od kilku dni powtarzał pierwszy oficer.
– Jeśli najemnicy nie dostaną pieniędzy, przejdą na stronę buntowników!
– Ma pan jakiś plan?
– Tak, wypłyniemy z Nowego Jorku przez „tylne drzwi”. Popłyniemy East River do cieśniny między kontynentem a wyspą Long Island. Potem spokojnymi wodami, osłonięci wyspą od oceanu, będziemy mogli bezpiecznie pożeglować do ciągle jeszcze brytyjskich portów Nowej Anglii – wyjaśniał oficer.
– To dobry pomysł, zwłaszcza, że mamy do zabrania dodatkowy „ładunek” – mówiąc to kapitan wykrzywił usta z obrzydzeniem.

Pierwszy oficer mówiąc o „tylnych drzwiach” nie poinformował kapitana, a może sam o tym nie wiedział, że ujście Wschodniej Rzeki do cieśniny jest wyjątkowo zdradliwe. Ostre skały, mielizny, wiry i silne pływowe prądy, czyniły to wąskie przejście bardzo niebezpiecznym dla żeglugi. Nie darmo tutejsi żeglarze zwali je Hell’s Gate, czyli Bramą Piekieł.

Hell's Gate 1778 r.

O świcie, mimo mgły, kapitan kazał podnieść kotwice i rozwinąć żagle. Po godzinie, niesiony prądem przypływu i lekką bryzą „Hussar”, dopłynął do miejsca zwanego Wallabout ( dzisiaj jest tu filar Williamsburg Bridge od strony Brooklynu). Stały tam stare, pozbawione masztów żaglowce, przerobione na pływające więzienne hulki. Jednym z nich był brytyjski trójpokładowy liniowiec „Jersey”.

W jego butwiejącym, cieknącym kadłubie przetrzymywano jeńców wojennych. Stłoczeni w niskich, ciasnych pomieszczeniach, pozbawieni świeżej wody i dostatecznej ilości pożywienia, często ranni amerykańscy koloniści umierali w strasznych warunkach.

Codziennie rano brytyjscy strażnicy otwierali luki, a chudy sierżant o lisim spojrzeniu, krzyczał przeraźliwym głosem do środka wypełnionej stęchłym powietrzem ładowni:

– Trupy! Dawać trupy!

Obudzeni tym przeraźliwym krzykiem więźniowie, podawali sobie z rąk do rąk ciała tych, którzy zmarli ostatniej nocy. Nie owijano ich w płótno, nie obciążano kamieniami, jak nakazywał morski zwyczaj, lecz bez żadnej ceremonii zwłoki nieszczęśników wyrzucano po prostu za burtę. Niesione prądem East River płynęły w kierunku „Bram Piekieł”. Rytuał ten powtarzano codziennie rano i za każdym razem kulawy sierżant z wyraźnym zadowoleniem odnotowywał w grubej księdze nazwiska rebeliantów, których – jak sam z dumą twierdził – wysłał do piekieł.

23 listopada 1780 roku, zaraz po tym jak zakończono ponurą ceremonię pozbywania się zwłok
i zamknięto ostatni luk, z porannej mgły wynurzył się nieznany żaglowiec. Lekki wiatr wypełniał jego żagle
i wyraźnie niósł go w kierunku hulku „Jersey”. Sierżant uniósł wzrok znad księgi i z niepokojem śledził kurs żaglowca. Wiedział o francuskich i amerykańskich korsarzach kręcących się w pobliżu nowojorskiego portu. Nie chciałby ich teraz spotkać, a już na pewno nie tutaj, na tym przeklętym pokładzie.

Na szczęście dla niego i reszty strażników, na maszcie zbliżającego się okrętu powiewała brytyjska bandera. Po chwili dwudziestoośmiodziałowa fregata HMS „Hussar” sprawnie dobiła do burty więziennego hulku. Pierwszy oficer królewskiego okrętu wręczył sierżantowi list gubernatora nakazujący wydanie 60 więźniów zgodnie z załączoną listą.

Dowódca strażników długo przyglądał się dokumentowi sprawdzając pieczęć i wielokrotnie obracając go w palcach. Był zdziwiony, bo po raz pierwszy zdarzyło się, by ktoś miał opuścić więzienie inaczej, niż przez otwór w burcie i do tego żywy.

Więźniowie na statku.

– Nie mamy czasu – poganiał oficer – Dawaj nam sześćdziesięciu więźniów i ludzi eskorty. Musimy zdążyć nim zacznie się odpływ.
– Ludzi do eskorty – powtórzył sierżant i w tym momencie przebiegła mu szalona myśl przez głowę.
Od dawna marzył, by jeszcze raz zobaczyć bitwę z bliska, być świadkiem, a może nawet jej uczestnikiem.
– Dobrze, zaraz ich będziesz miał, ale sam ich przypilnuję – odpowiedział swoim piskliwym głosem i zaraz dodał – Nikt tego nie umie robić lepiej ode mnie. Nawet gdyby sam diabeł się o nich upomniał, to mu ich nie oddam.

Długo, zbyt długo, trwało wyczytywanie nazwisk więźniów przeznaczonych do wymiany za brytyjskich oficerów wziętych do niewoli przez wojska Waszyngtona. Wynajęty pilot, który doskonale znał East River, kilka razy powtarzał kapitanowi fregaty, że trzeba się spieszyć, bo przypływ nabiera siły. Ale kapitan Charles Polak nie dowierzał czarnemu mieszkańcowi Nowego Yorku, choć był on lojalny koronie
i wielokrotnie nazywał żołnierzy Waszyngtona „bandą rebeliantów”.

Gdy wszyscy więźniowie znaleźli się pod pokładem fregaty, sierżant jeszcze raz sprawdził łańcuchy, którymi byli skuci. Kuśtykając wzdłuż szeregu wynędzniałych postaci obmacywał kajdany i sprawdzał kłódki. A gdy wszystko okazało się w porządku, zwyczajem więziennych strażników, zawiesił sobie u pasa klucze.

– Beze mnie nigdzie się stąd nie ruszycie – powiedział to ze złością człowieka, któremu kula przebiła biodro i urwała męskość. Zdarzyło się to na początku amerykańskiej rewolucji w 1775 roku, podczas bitwy pod Bunker Hill. Od tamtej pory nienawidził rebeliantów, a potem, gdy zostawiła go narzeczona, dziewczyna, którą naprawdę kochał, nienawidził już wszystkich ludzi na świecie.

Chciał jeszcze sprawdzić, co znajduje się na drugim dolnym pokładzie „Hussara”, ale żołnierz stojący przy trapie zastąpił mu drogę.
– Tam nie wejdziesz, tam nikt nie wejdzie bez zgody kapitana – powiedział stanowczym głosem żołnierz ubrany w czerwona kurtkę i odepchnął go trzymanym w rękach karabinem. Pchnął za mocno. Kulawy sierżant zachwiał się i upadł. Żołnierz bez cienia respektu wymierzył do niego ze swojej broni opierając bagnet na jego piersi.

Upokorzony tym, więzienny strażnik przez chwilę bezradnie macał palcami drewniany pokład szukając dobrego oparcia dla rąk. A gdy obracał się by wstać, wzrok jego powędrował w kierunku zejścia prowadzącego pod drugi pokład. Przez otwarty luk w migotliwym świetle lampy dostrzegł duże, okute blachą skrzynie.

Każda zamknięta na dwie kłódki połączone czerwonym sznurem, spiętym królewską pieczęcią.
Widział już kiedyś takie skrzynie i taką pieczęć. Było to wtedy, kiedy wypłacano mu zaległy żołd i nagrodę za odniesioną ranę. W takiej jednej skrzyni mieściła się wypłata dla całej armii generała Howe liczącej 2600 ludzi.

Ile może być pieniędzy w tych sześciu skrzyniach? Jakieś 5 – 6 milionów funtów szterlingów – zastanawiał się, wspinając się z trudem po trapie na górny pokład..

W południe wiatr zupełnie osłabł, żagle obwisły, a mimo to okręt płynął dość żwawo. Mijał kolejne skaliste wysepki trzymając się, zgodnie z zaleceniem pilota, przy prawym brzegu. Kapitan co chwila spoglądał na żagle, szukając na nich śladu wiatru. “Bez wiatru nie mamy sterowności, zdani jesteśmy na łaskę prądu” – mówił to półgłosem niby do siebie, ale tak, by słyszał to pilot.

Gdy minęli niewielką, prawie w całości zanurzoną podczas przypływu rafę zwana Hog Rock, znad Queensu przyszedł lekki szkwał i wypełnił żagle.
– Mamy sterowność – zameldował marynarz stojący przy kole sterowym.
– Ster w lewo – wydał rozkaz kapitan. Chciał, by okręt „odpadł” od wiatru i nabrał prędkości.

Pilot doskonale wiedział, że aby bezpiecznie przepłynąć Hell’s Gate należy trzymać się bliżej Randalls Island, a następnie należy płynąć wzdłuż linii brzegowej Queensu. Próbował protestować przeciwko decyzji kapitana, ale „Hussar” z wypełnionymi wiatrem żaglami minął Point Astoria, a gdy zostawił za rufą Blackwells Island (dzisiaj Roosevelt Island), szeroka do tej pory rzeka zwęziła się gwałtownie i z szumem przepływała między wystającymi z dna skalami.

– Teraz to ja już nic nie poradzę, kapitanie. Pan tu dowodzi, a właściwie… – pilot spojrzał na pieniącą się za burtą wodę i dokończył zdanie – wszystko teraz jest już w ręku Boga.

Rudy sierżant nie miał morskiego doświadczenia, nigdy nie żeglował po morzu. Po nieszczęsnej bitwie, gdy zagoiły mu się rany i nabrał z powrotem sił, zgłosił się do służby na więziennym statku, bo do regularnej piechoty, w której służył od piętnastu lat, nie chciano go już przyjąć. Ze względu na swój ostry charakter i doświadczenie wyniesione z wojska szybko awansował i został dowódcą strażników na „Jersey”, jednym z wielu więziennych statków zakotwiczonych po brooklyńskiej stronie East River. Pieniędzy w wojsku się nie dorobił, a te, co miał, zabrała mu niewdzięczna kochanka. Zdrowie stracił, a zbliżające się do Nowego Jorku oddziały Waszyngtona napawały go, co raz większym strachem. Bo gdyby tak francuski korsarz albo amerykański okręt niespodziewanie dobił do burty jego więziennego statku…

– Strach pomyśleć, co by ze mną zrobili. Dobrze, że zdecydowałem się na tę eskortę, lepiej płynąć po rzece, niż czekać na zbuntowanych kolonistów, którzy zdobędą niedługo miasto i wtedy na pewno nie będą mieli dla mnie litości. – Tak myślał jeszcze przed godziną, gdy okręt płynął powoli. Ale teraz, gdy obok burty pojawiły się obmywane spienioną wodą ostre skały, zaczął mieć wątpliwości.

Szkwał – silny podmuch wiatru tak samo szybko ucichł, jak się pojawił. Znowu zwisały bezużyteczne wielkie płótna żagli. Kapitan ponownie nie panował nad pozbawionym sterowności okrętem. „Hussar” niesiony prądem szybko nabierał niebezpiecznej prędkości. Wszyscy na pokładzie zamarli, wpatrując się w wąski spieniony przesmyk między skałami. Gdy wydawało się, że bezpiecznie przepłyną zdradliwe miejsce, olbrzymi wir porwał żaglowiec i uderzył nim o skałę zwaną Pot Rock.

Trzask łamanego drewna i szum spienionych fal zagłuszały rozkazy kapitana. Mocna dębowa konstrukcja okrętu wytrzymała pierwsze uderzenie. Ale wir nie puścił „Hussara”, obracał nim jak małą łódką zataczając krąg między skałami.

Pierwsze uderzenie było tak silne, że sierżant, mimo, iż mocno trzymał się poręczy, stracił równowagę i potoczył się po pokładzie. Nim zerwał się na nogi, odruchem więziennego strażnika sprawdził klucze u pasa. Były na miejscu. Gdy już dobrze oprzytomniał, postanowił zajrzeć pod pokład i upewnić się, czy wszyscy skazańcy są na swoich miejscach i nikt nie próbuje uciekać.

Omijając leżące na pokładzie połamane drzewce i porwane liny, pokuśtykał w kierunku luku. Przez chwilę spoglądał w mroczną przestrzeń międzypokładu, instynktownie bał się ciemności, ale poczucie obowiązku i coś jeszcze kazało mu zejść na dół i sprawdzić łańcuchy. Więźniowie rozlokowani byli w dwóch szeregach, po obu stronach wąskiego przejścia. Obdarci, wychudzeni ze strachem patrzyli na swojego oprawcę. Każdy miał nogi skute kajdanami i wszyscy razem połączeni byli długim łańcuchem.

Strażnik dla pewności liczył ich, wskazując palcem każdego po kolei. Czynność tę przerwał mu przeraźliwy zgrzyt trącego o skałę dna okrętu i kolejny silny wstrząs. „Hussar” ponownie z ogromną siłą uderzył o skałę. Żołnierz w czerwonej kurtce, pilnujący wejścia do pomieszczeń ze skarbem, rzucił się do panicznej ucieczki, gdy usłyszał dochodzący z głębi okrętu charakterystyczny szum zalewanej woda ładowni.

Rudy strażnik kuternoga, za sprawą jakiejś tajemniczej siły, już się niczego nie bał. Widząc przerażonych więźniów w odruchu litości sięgnął po klucze. Nachylił się nad kłódką i już miał ją otworzyć, gdy nagle wyprostował się i z uśmiechem sadysty na diabelsko odmienionej twarzy powiedział, wymachując kluczem w ręku.
– Najpierw sprawdzę, co ze złotem, którego już nikt nie pilnuje.

Podszedł do ciężkiej klapy, by ją unieść. Była lekka, dziwnie lekka, bo powietrze wypychane przez nurt wdzierającej się do tonącego okrętu rzeki z sykiem unosiło ciężkie wieko. Nie zdążył jednak zajrzeć do środka, bo z otwartego włazu gwałtownie uderzyła w niego woda. Ogromny, zimny strumień przewrócił go i obezwładnił. Fala zalewająca międzypokład niosła strażnika między dwoma szeregami przykutych do pokładu więźniów. Oszaleli z przerażenia próbowali go chwycić swymi chudymi rękoma, zatrzymać, wyrwać mu klucz. Ale strażnik porwany falą nie wypuszczał go z ręki i, nim woda wypełniła całe pomieszczenie, zdążył jeszcze wykrzyknąć swym przeraźliwym, nieludzkim głosem:

– Nikt tego złota nie dostanie, nim was wcześniej z tego piekła ktoś nie uwolni!

Na nic się zdały wysiłki załogi by uratować „Hussara”. Okręt, wciągnięty przez wir, kilkakrotnie uderzył o skały, nim zatonął wraz z cennym ładunkiem i nieszczęśliwymi więźniami. Jego wrak, szarpany zmiennymi prądami pływów, jeszcze przez jakiś czas przesuwał się po dnie, a w nim unosiły się zwłoki sześćdziesięciu skutych łańcuchami rebeliantów. Między nimi, w wodnej kipieli, pływał trup strażnika, który w diabelskim tańcu wywijał kluczem w zaciśniętej dłoni.

Tyle mówią legendy o tym, co wydarzyło się na pokładzie H.M.S „Hussar” przed ponad dwustu laty.

Mapa Hell's Gate z 1851r.

Co się stało z brytyjskim skarbem?

Po zwycięstwie rewolucji w 1783 r. nowe państwo potrzebowało pieniędzy. Amerykanie przypomnieli sobie o skarbie leżącym we wraku „Hussara”. Za pomocą bosaków i wiader wydobyli wówczas kilka kul armatnich i trochę sztuk złota. Gdy w roku 1812 Anglicy ponownie okupowali Nowy Jork, wynajęci przez nich nurkowie stwierdzili, że wody Bramy Piekieł są zbyt niebezpieczne, a prądy zanadto zdradliwe, by można było myśleć o wydobyciu czegokolwiek.

Mimo to w 1832 r. do poszukiwań przystąpiło towarzystwo British Diving, Co. Ltd. Użyto wielkich dzwonów podwodnych, ale prądy tłukły nimi o wrak, uniemożliwiając skuteczną pracę nurkom. Wtedy też przypomniano sobie o starej legendzie. Nurkowie przebywający pod wodą wielokrotnie słyszeli dźwięk podobny do tego, jakby ktoś kluczem stukał w dzwon lub przeciągał po nim łańcuchem.

Postanowiono zmienić sposób dostania się do skarbu. Sprowadzono pływający dźwig i podniesiono za jego pomocą rufę statku. Gdy kadłub ukazał się na powierzchni, zerwał się łańcuch i zmurszałe szczątki „Hussara” z powrotem pogrążyły się w wodzie. W rezultacie tych wszystkich manipulacji wrak prawdopodobnie rozleciał się, a jego cenny ładunek rozrzucony został po całym dnie „Bramy Piekieł”.
Zniechęcona admiralicja brytyjska, która jako prawny właściciel statku finansowała poszukiwania, musiała w końcu zrezygnować z dalszych prób i spisała „Hussara” na straty.

Amerykanie jednak nie zrezygnowali. W ciągu następnych lat podejmowano wiele prób dotarcia do wraku. Na ulicach biegnących w stronę portu i kończących się tam, gdzie miał zatonąć „Hussar”, wybuchały często walki między konkurującymi ze sobą grupami poszukiwaczy skarbu. By ukrócić samowolę i powstrzymać uliczne bójki, departament stanu udzielił kapitanowi George’owi Thomsonowi, znanemu handlarzowi szmuglowanymi towarami, wyłącznego prawa do poszukiwań wraku i złota w nim leżącego. Thomason natychmiast przywrócił porządek na ulicy i zorganizował kampanię o nazwie „Treasure Trove”. Wydrukował imponująca ilość akcji i zaczął jeździć po całym kraju, sprzedając je łatwowiernym amatorom szybkiego wzbogacenia się.

„Podwoicie, a nawet potroicie swoje pieniądze” obiecywał, przysięgając na trzymana w ręku Biblię. Oprócz publicznie składanych obietnic, handlarz podejrzanym towarem nie uczynił nic, by odszukać i wydobyć skarb. Po licznych skargach Departament stanu odebrał mu w końcu pozwolenie, ale nie przeszkadzało to jego następcom uprawiać podobne praktyki w myśl zasady, że lepszy wróbel w garści – pieniądze ze sprzedanych akcji, niż kanarek na dachu, czyli skarb leżący na dnie „Bramy Piekieł”.

Widząc, jak nieuczciwi ludzie robią miliony nie na angielskim złocie, lecz na oszukańczych akcjach, zdenerwowane tym władze postanowiły warunek, że żaden poszukiwacz skarbu z HMS „Hussar” nie może sprzedać udziałów, nawet celem pokrycia własnych kosztów.

Fort Greene Park 2012

Przez ponad sto dwadzieścia lat zbierano wzdłuż East River szczątki amerykańskich patriotów zamordowanych w okrutny sposób na brytyjskich hulkach więziennych. Ale dopiera 14 listopada 1908 roku, w Fort Greene Park na Brooklynie, niedaleko Brooklyn Navy Yard odsłonięto Prison Ship Martyrs’ Monument, pomnik upamiętniający 11500 amerykańskich jeńców wojennych, zmarłych z głodu i ran, lub z powodu okrucieństwa brytyjskich strażników. Czy wśród złożonych pod pomnikiem prochów znalazły się również szczątki 60 nieszczęśników z HMS „Hussar”?.

Bo jeśli prawdą jest przekleństwo rzucone przez strażnika z hulku „Jersey”, to skarb z dna „Bramy Piekieł” pozostanie niedostępny tak długo, jak długo „pilnować” go będą w mrocznej głębinie więźniowie lub to, co z nich tam pozostało.

W latach międzywojennych pozwolenie na poszukiwanie otrzymał między innymi Simon Lake, znany amerykański nurek i autorytet w sprawach budowy łodzi podwodnych. Zdolny inżynier z Pleasantville New Jersey skonstruował podwodny pojazd, zaopatrzony w wielkie szczypce oraz w potężna pompę do oczyszczania dna i przystąpił do przeszukiwania „Bramy piekieł”.

Pojazd podwodny inżyniera Simona Lake

Gdy dziennikarze dopytywali się o skarb z „Hussara”, pomocnik konstruktora odpowiedział tylko zagadkowo – Znaleźliśmy wrak. Ale pojazd został uszkodzony przez długi łańcuch, który wkręcił się w szczypce.
Czy wydobyto z niego złoto? Prawdopodobnie nie, bo prace zostały przerwane w związku z wybuchem II światowej, a Simon Lake dostał inne ważne zlecenia rządowe.

Po wojnie poszukiwania wznowił nurek Ray Jay Wagner, jeden z najbardziej doświadczonych poławiaczy skarbów. Znalazł już złote dublony w Morzu Karaibskim i srebrne sztaby u wybrzeża Nowej Anglii. Z Bramy Piekieł wydobył 360 sztuk złota i stwierdził, że wrak „Hussara” wraz ze swoim cennym ładunkiem rozrzucony jest po całym dnie i pokryty 3 metrową warstwą mułu.

Gdzie naprawdę leży „Hussar”?
Wydawać by się mogło rzeczą dziwną, że skarb leżący w samym środku Nowego Jorku nie został jeszcze do dzisiaj odnaleziony. Aby to wyjaśnić trzeba wiedzieć, że na przestrzeni dwustu lat, nie tylko zmieniła się linia brzegowa East River, rozbudowało się miasto, pogłębiono dno rzeki, wybudowano wiele doków i nabrzeży portowych, a także, co najgorsze, wrzucono do wody tysiące ton różnego typu śmieci.

Najważniejsze jest jednak to, że na skutek wielokrotnego wysadzania skał, przeszkadzających w żegludze, nie do poznania zmieniły się kontury jak i dno „Bramy Piekieł”.

Wysadzenie skał Hell's Gate 1885r.

Wiadomo, że „Hussar” wpadł na Pot Rock, następnie – jak mówi już tylko tradycja – kapitan skierował tonący statek ku wybrzeżu. Jest więc zupełnie możliwe, że skarb leży dzisiaj nie na dnie „Hell’s Gate”, lecz pod lub na końcu ruchliwej sto trzydziestej ósmej ulicy nowojorskiej dzielnicy Bronx.

Hipotezę taką potwierdzają zeznania emerytowanego nurka z nowojorskiego departamentu policji, który twierdzi, że widział w tym miejscu pod wodą szczątki drewnianego okrętu. Nowoczesne symulacje komputerowe i analiza faktów historycznych, w tym katastrofa statku Generał Slocum (w 1904 roku zginęło ponad 1000 osób większości kobiety i dzieci), dowodzą prawdziwości takiej teorii. Gdziekolwiek nie leżałby wrak HMS „Hussar”, pięć milionów funtów w złocie czeka na tych, co maja wyobraźnię i nie boją się usłyszeć złowieszczego brzęku kluczy.

Piotr Nawrot©
Somerset 11. Marca 2012

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *