DPS

Dziennik nowojorski.

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page


Wczoraj

Wczoraj była wiosna. Rozbłysła mlecznymi kolanami dziewcząt. Bicepsami rowerzystów. Łysymi główkami noworodków w wózkach. Wczoraj świeciło słońce. Wczoraj wszyscy wierzyli, że to już. Czekając na zmianę świateł przymykali oczy i rozkoszowali się ciepłymi promieniami wylizującymi z twarzy resztki zimy. Kawiarniane stoliki wyległy na ulice. Sprzedawcy pamiątek rozłożyli pstrokate kramy. Zakochani opuścili rozgrzane pościele i ruszyli na łono natury. Biurowe klony poluzowały krawaty i podwinęły rękawy białych, jak śnieg, koszul.

Zielone stoliki Bryant Park zakwitły sałatkami i makaronem na wynos, pałaszujących w pięknych okolicznościach przyrody późny lunch. Starsi panowie lecieli sobie w kulki. Jedna była czerwona, pozostałe srebrne. Toczyły się po zielonej trawie. Czasami uderzając o siebie. Ale niekoniecznie.

Czarnoskóry elegant, z rozłożoną na tęgich udach gazetą, wodził u-sygnetowanym palcem po zapisanej drobnym maczkiem płachcie i głośno rozmawiał przez telefon. Kręciciel balonikowych zabawek wyczarował pieska a la Jeff Koons, i wręczył różowej rękawiczce, która wychynęła z dziecięcego wózka.

Lodowisko w środku parku wyglądało niedorzecznie. Przez chwilę obserwowaliśmy zadowolonych łyżwiarzy. W krótkich rękawkach. W sportowym uniesieniu. Ostrza raniące miękką taflę. Niebieskie niebo. Sylwetki wieżowców zaglądające przez ramię. Filmowa scenografia. Telewizyjne uśmiechy.
Młody ojciec pochylony nad uroczą, blond córeczką. Podtrzymujący wątłe ciałko, nitki nóżek chyboczące się w za dużych figurówkach. Spod bluzeczki w biało czerwone paski, wystawał blady, dziecięcy brzuszek. Nowojorska elegantka miała na sobie krótką granatową spódniczkę, w białe gwiazdki, więc cała postać powiewała niczym miniaturowa amerykańska flaga. Sztandar gwiaździsty. Symbol dobrobytu, który, pomyślałam, podobnie, jak mała łyżwiareczka, też chwieje się na nogach. Na chwilę przed upadkiem. Kolejnym. Nigdy ostatecznym.

Widzowie zdawali się nie dostrzegać składającego się jak domek z kart imperium. Ślepi na sygnały nadal przepłacali kawę w Starbucks’ie. Targali ze sobą papierowe torby pełne czarnych ubrań. Stukali w ekrany telefonów, które przestały już służyć do tradycyjnej rozmowy. Kobiety puszczały włosy na wiatr. Mężczyźni prężyli torsy pod obcisłymi trykotami. Turyści niezmiennie zastygali w kamiennych pozach przed obiektywami cyfrowych aparatów. Świeciło słońce. Zimowa piguła rozpuszczała się w szklance wiosny. Starsza pani w dresowych spodniach rozwaliła się na drewnianej ławie i pogryzając czekoladowe ciasteczka, czytała o życiu Angeliny Jolie. Okruszki spadały na płyty chodnika. Prosto pod pazury nienasyconych gołębi wydziobujących ślady galopującej konsumpcji. Ktoś się przytulał. Ktoś rozmyślał. W jaszczurczym przyczajeniu ogrzewając obnażone członki. Zielone pędy robiły dziury w prześcieradle śniegu. Kolor nadziei zastępował zimowe bielmo. Ożywione spojrzenia biegały po plecach. Powietrze miało zapach oczekiwania.

A potem ktoś przekręcił gałkę i zgasło światło. Nocne psy zawyły przeraźliwie. Dzwoneczki za oknem sąsiadów waliły, jak na Anioł Pański. I słychać było szczęk żelaza. Wiosna poniosła sromotną klęskę. Zgięta w pół pokuśtykała w stronę białych pól. Zima z podniecenia upuściła trochę śniegu i odetchnęła z ulgą. Co wywołało spadek temperatury o piętnaście stopni. Ślimacze, blade ciała wpełzły z powrotem do ogrzewanych jamek. Schowały pod warstwy materiałów syntetycznych i naturalnych. Oblekły głowy
i dłonie w skóry niewiniątek. I z poczuciem osobistej tragedii wstąpiły w nowy dzień.
*
Jeszcze wczoraj była wiosna. Dzisiaj z białych jajeczek lęgną się robaki. Łażą pod skórą. Aż swędzi ręka. Żeby podrzeć tę kartkę. Z pejzażem naszkicowanym czarnym węglem. Z łuszczącym się horyzontem. Rozpadającym się, zbutwiałym czasem. Zasuwam żaluzję. Żeby nie patrzeć. Nie wychodzę z domu. Czekam.

Śnieg spadnie i zakryje wszystko.
Na razie widać jednak miasto
– czarną kość rozjaśnianą niekiedy światłami
maleńkich samochodów, usiadłem wysoko
i patrzę. Wieczór. Już zamknięte wszystkie wesołe miasteczka.*
/Marcin Świetlicki/





Weronika Kwiatkowska
Nowy Jork, 17 lutego 2011 roku.
Fot. Weronika Kwiatkowska


Weronika Kwiatkowska (ur. 1977), absolwentka Kulturoznawstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 2004 roku mieszka i pracuje w Nowym Jorku. „Podwójne życie Weroniki – czyli emigrantki dziennik intymny” to cykl felietonów, które od sześciu lat ukazują się drukiem w nowojorskim Kurierze Plus. W 2008 „Podwójne życie” zadebiutowało na falach Polskiego Radia Rytm.
Od 2010 Autorka współpracuje z Jackiem Podsiadło – wybitnym poetą i prozaikiem, prowadząc w Radiu Studnia audycję pt. „WolnaAmerykanka”. Kontakt: podwojne_zycie_weroniki@yahoo.com

Wybrane felietony Autorki można przeczytać na stronie: www.weronikakwiatkowska.com

One Response to Dziennik nowojorski.

  1. Kasia R May 7, 2012 at 8:25 am

    Weronika ma talent. A nawet kilka 🙂 oko do zdjęć nieprzeciętne oraz zdolność namalowania słowami rzeczywistości – piękniejszej rzeczywistości niż jest ona w rzeczywistości :))

    Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *