DPS

Mrówka na zapałce

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Herbata z mlekiem i indyjskimi przyprawami. Mocna. Słodka. Pachnie egzotycznie. Krajami, do których się nie wybieram. Drogą, do której nie szykuję. Obietnicą i niespodzianką. Możliwością.

Śniady chłopiec, w białej szacie, czeka cierpliwie, kiedy próbuję wyłuskać z torebki skórzane ziarno portfela. Nie uśmiecha się. Zmęczony. Obojętny. Zabiera pieniądze i wychodzi w lepkie popołudnie.
Bo w Nowym Jorku dzisiaj lato. Wiosenne drzewka w pośpiechu zrzucają białe płatki i dyszą z gorąca.
Na trawnikach wyrastają spragnieni słońca nowojorczycy. Jak kolorowe kwiaty. Miasto pogrąża się
w słonecznym letargu. Przystaje.

Uważnie unoszę plastykowe wieczka i odurzam zapachem. Jaśminowy ryż, kardamon, szafran, cynamon. Obracam słowa na języku. Rozgryzam. Chwila niezakłóconej przyjemności. Moje małe kulinarne podróże. Do smaków. Do zmysłowości egzotycznych, pęczniejących gorącem krajów. Nasyconych, bezwstydnych kolorów. Odurzających aromatów kadzideł i rozedrganych dźwięków.

Piję herbatę małymi łyczkami. Obserwuję ulice Lower East Side. O tej porze jeszcze senne, niemrawe. Ale kiedy wieczorem zamknę za sobą drzwi, z kafejek na przeciwko, przycupniętych barów, upchniętych na małym skrawku przestrzeni jadłodajni, wysypią się ludzie. W powietrzu zabrzęczą rozmowy, muzyka, śmiech. Lubię ten wakacyjny klimat beztroski, po który nie trzeba wyjeżdżać z Miasta. Rozkoszną lekkość nowojorskiego bytu. Last minute do błękitnych wód Curacao i słodkich plaż Malibu za jedyne $6.99.

*
Wiosenny park. Bezwstydnie zielony, pulsujący kolorem. Ma coś z rozpusty karnawału, przytłacza obfitością, feerią barw. Jędrne, sprężyste liście cieszą się słońcem. Nie mają świadomości jesieni. Śmierci. Szeleszczą na wietrze. Są. A ja patrzę na czerwone płatki kwiatów i myślę o przemijaniu. Rozkładzie. Rozpadzie. Okrutnej tymczasowości wszystkiego.

Osaczona przez piękno. Przytłoczona harmonią idealnie skrojonych rabatek i wypielęgnowanych klombów, podświadomie szukam skazy. Kawałka plastykowej siatki, niedopałka papierosa, papierka po cukierkach. Przeoczonego śmiecia, który zepsułby perfekcyjną kompozycję. A może właśnie ją uzupełnił. Nadał bardziej realny, łatwiejszy do przyjęcia kształt.

W nieprzyzwoicie pięknych twarzach zawsze szukam śladu niedoskonałości. Potwierdzenia, że są prawdziwe. Tego ludzkiego stempla. Małego zadrapania na idealnie gładkiej powierzchni, dzięki któremu wiem, że są z tego samego kruszcu. Z tego samego świata. Jest coś niepokojącego w uporządkowanych, zapiętych na wszystkie guziki, wyglancowanych, równo przyciętych, niezdradzających żadnych odchyleń egzemplarzach. Podziwiam wypielęgnowane dłonie kobiet noszących na co dzień francuski manicure, ale wolę poobgryzane paznokcie. Nie całkiem okiełznany chaos. Nieposkromioną materię. Ruch.

*
Tutaj w lesie po południu jest dobrze. Wolny czas przez palce, mrówka na zapałce.* Światło przebija przez drzewne witraże. Jest trochę, jak w kaplicy. A trochę, jak za zieloną zasłonką w kuchennym oknie.
Godziny na świeżym powietrzu. W pogoni za dziecięcym śmiechem. Cieniem. Kolorową piłką. Trudno dotrzymać kroku kilkulatkom. Biegają, jakby miały wmontowane bateryjki Duracell. Odnawiająca się energia. Dzika radość.

Dopada mnie zmęczenie. Poczucie czasu, który upłynął. Od skakanki przed blokiem. Placu zabaw
z powyginanymi drabinkami, okaleczonymi wiatrakami, drewnianymi wigwamami, które tatuowaliśmy ostrzem scyzoryków, zwichniętej huśtawki. Dają się we znaki godziny i lata spędzone na krzesłach
i kanapach. W klimatyzowanych pomieszczeniach. Przed zwierciadłami monitorów i kieszonkowymi lusterkami telefonów komórkowych. W samochodach. Autobusach i tramwajach. Pociągach. Metrze. Przy biurkach. Stołach. W poczekalniach. Kinach i teatrach. Na ławkach. Stołkach przy barze. Plastykowych fotelach ogrodowych. Fotelach dentystycznych. I tych, do masażu. Dmuchanych na basenie. I skórzanych u terapeuty. A także, a może przede wszystkim, porcelanowych tronach wszystkich ubikacji świata.

Tak, dorosłość, to posadzenie na krześle.
Przyspawanie do podłoża. Unieruchomienie. Odebranie lekkości, z jaką odrywa się stopy od ziemi biegnąc bez celu. Dla przyjemności. Po horyzont. Po słońce. Po nic.

Tekst i fotografie: Weronika Kwiatkowska, Nowy Jork 2010
Napisz do autorki: podwojne_zycie_weroniki@yahoo.com
*Kult, Yvette.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *