DPS

Skład

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

To miasto ważnych spraw i krótkich miłości. Każdy wieczór jest inny, centrum świeci na żółto.
Nad chodniki, nad bramy, kochankowie w futrynach. Znajomości nad ranem. Samoloty z papieru.*

To miasto rozrasta się we mnie jak grzyb. Jestem pożywką. Pęcznieję kakofonią. Barw. Dźwięków.
Patrzę pod nogi. Na oplute chodniki. Rozdeptuję kałuże czarnego deszczu. Spieszę się.
Z przyzwyczajenia. Bezwiednie powtarzając rytm ulicy. Skórzane paski sandałów wżynają się w skórę. Zostawiam za sobą poplamione plastry. Ślady. Wszędzie ludzkie ślady. W koszach na śmieci. Witrynach. Oknach. Zmięte kubki po kawie. Pety. Karty do metra. Parasolowe trupki. Znaki na ścianach. Słupach. Szyldach. Słowa pozostawione celowo. Przypadkiem. Rozmokłe plakaty. Napuchnięte. Podarte. Menu knajpy wypisane kredą na czarnej tablicy. Koślawy but. Origami z kartonów. Rozjechane jabłko. Szczątki roweru. Zwiędły bukiet.

W wydrążonych tunelach nieustanny ruch. Roją się. Mnożą. Ludzie. Do bólu głowy. Do wymiotów. Wielkie Jabłko jest robaczywe. Śmierdzi zgnilizną i moczem. Rozkładającym się truchłem śmieci. Człowiekiem.

.

Wczoraj znalazłam miejsce, gdzie umierają przedmioty. Sklep przypomina ogromne wysypisko
z wydeptanymi, wąskimi ścieżkami. Między hałdami grasują poszukiwacze skarbów. Zbawiciele darujący wyszczerbionym kubkom i sztućcom nie do pary drugie życie. Rzeczy walają się pod nogami. Piętrzą. Zwisają z sufitu. Wżerają w miękką tkankę ścian. Napierają z każdej strony. Podczołgują do gardła.



Pośród sterty ubrań. Szuflad kipiących starymi guzikami, gałkami do drzwi, nakrętkami, plastykową biżuterią. W kotłowaninie kabli, papierów i tekturowych pudełek stoi mały zydelek, na którym zasiada właściciel sklepu. Rumiany, białobrody Żyd, w koszuli lekko opinającej wydatny brzuch, czarnej kamizelce i spodniach na kant, rozmawia z klientem. A potem znika w czeluściach Składu Rzeczy Znalezionych,
by za chwilę pojawić się z poszukiwanym przedmiotem w ręce. Zastanawiam się, czy pamięta wszystkie
z miliona rzeczy, które zgromadził przez dwadzieścia pięć lat prowadzenia sklepu. I jak je odnajduje na zawalonych półkach, w wypełnionych po brzegi koszach, kartonach, skrytkach? Czy jak Śpiąca Królewna wyczuwa pod zwałami materiałów i porzuconych części garderoby kiełkujące ziarnko fasoli? Oglądam zbiory z jednoczesnym uczuciem fascynacji i grozy. Obrzydzenia i urzeczenia. Poupychane ciasno krzesła, znoszone buty, sfatygowane kapelusze, ubrania ułożone w stosy niepokojąco przypominają obrazy zapamiętane z wizyty w Oświęcimiu. Gabloty wypełnione nieżywymi przedmiotami. Należącymi do innego świata. Wydartymi życiu. Jednocześnie uderza witalność porcelanowych figurek, dźwięczących szklanek, kieliszków, buteleczek o dziwnych kształtach i niejasnym przeznaczeniu. W brzęku widelców, fajansowych sosjerek i dzbanków z kamionki słychać tęsknotę za dotykiem. Stare kije golfowe łaszą się do rąk. Merdają drewniane chochle. Aportują przypalone garnki. To nie umieralnia. To schronisko dla przedmiotów. Wyliniałych abażurów. Sfatygowanych foteli. Wyszczerbionych glinianych talerzy. Wzgardzonych. Porzuconych. Skomlących o nowy dom.

Pośród rzeczy wyrzuconych na brzeg chodnika znajduję dziurawe sombrero, tarkę do prania, niewidomą lalkę, drewniane skrzynie pamiętające pierwszych imigrantów, niezliczoną ilość kiczowatych obrazów, poplamione obrusy, torbę lekarską i model statku. Ale najdziwniejszym eksponatem galerii jest druciana klatka dla kota. W klatce spodek. W spodku mleko. Pokryte czarnym kożuchem sadzy. Przypomina niedopitą herbatę, którą zostawił na stole ktoś, kto nigdy już nie wrócił do domu. Pusta klatka każe myśleć o śmierci kota. Niewylane mleko o śmierci właścicielki.

Tekst i fotografie: Weronika Kwiatkowska, Nowy Jork 2010
Napisz do autorki: podwojne_zycie_weroniki@yahoo.com
*Muchy, Miasto doznań.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *