DPS

Negatyw

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Druga osoba istnieje tylko w naszej wyobraźni.
Albo w dialogu.

Nicole Muller

Fot. Weronika Kwiatkowska

Boli mnie głowa od wpatrywania się w prostokąt monitora. Spijania słów jak eliksiru młodości. Poszukiwania chwil ekscytacji. Na drugim końcu świata. W życiu, które już nie jest moje. Wracam do przeszłości. Do ludzi, o których kiedyś się ocierałam, przechodząc przez ulicę na czerwonym świetle. Których twarze wydają się znajome, chociaż tak naprawdę nigdy nie były bliskie. Wspólnota betonowych osiedli. Chodników młodości. Tych samych korytarzy, ławek, drzew. Spojrzeń znad kufli z piwem. Pierwszych miłości, smakujących, jak niedojrzały agrest.

Śnią mi się czarno białe filmy. Nieme kino. Puste sale. Odczuwam fizyczną tęsknotę za utraconym czasem. Reanimuję wspomnienia. Sztuczne oddychanie zmienia się w namiętny pocałunek. Spadam, jak ciężki kamień w studnię emocji, o których już dzisiaj wiem, że są nieprawdziwe. Słowa, jak haczyki, wyszarpują młode korzenie, zapuszczone w amerykańską glebę. Zasklepiona rana otwiera się z bólem. Ale nie umiem przestać. Zamykam obrazy pod powiekami. Kształty wyłaniają się na białych płachtach pamięci. Jak fotografie z utrwalacza. Przypinam je klamerkami słów i oglądam w cichym skupieniu. A potem wychodzę z ciemni snu. Światło obnaża niedoskonałości życia przysposobionego na chwilę. Tęsknię.

Czerwcowe, gorące poranki przechodzą w burzowe wieczory. Nie pamiętam, żeby w Nowym Jorku tyle padało. Jadę M-ką. Oglądam dachy pokracznych domów na Brooklynie. Wymalowane na srebrno, upstrzone wrzodami byle jakiego graffiti, sprawiają ponure wrażenie. Na co drugim leżą poprzewracane plastykowe krzesełka i straszą osmalone grille. Ślady weekendowych imprez pod gołym niebem. Gdzieniegdzie porzucone leżaki i ręczniki w krzykliwe wzory, na których w upalne przedpołudnia spragnione opalenizny kobiety wystawiają ciała do słońca. Pociąg wlecze się powoli. Zaglądam w czarne oczy mieszkań, o które cielsko metra ociera się z łoskotem. Zastanawiam się jak żyją mieszkańcy tych setek domów, za oknem których co kilka minut przejeżdża srebrna kolejka? W dzień, w nocy, bez chwili wytchnienia. Pokój z widokiem. Na tory.

*

Fot. Weronika Kwiatkowska



Godziny w pracy ciągną się jak guma do żucia. Z nudów puszczamy balony śmiechu. Jak zwykle prym wiedzie Daisy, która nie mogąc znaleźć argumentów w dyskusji, rzuca we mnie sztucznym biustem. Silikonowa pierś, z małym sutkiem jest ciepła, od noszenia w staniku. A poza tym wygląda jak meduza
z antenką. Przez chwilę bawimy się latającą protezą wzbudzając zażenowanie u Cnotliwej Mary, która
z dezaprobatą kiwa głową na to nieustające, transseksualne performance. A ja myślę, że takich atrakcji nie dostarczyłaby mi praca w kraju, za biurkiem jakiejś bardzo poważnej instytucji. Z panem kierownikiem o ściśniętych pośladkach i jedynie słusznych poglądach. I Matkach-Polkach-Gorących-Kubkach, które zalegają sekretariaty, kancelarie i gabinety. Jeśli kiedykolwiek wrócę do Polski, miejsca, w którym przez dwadzieścia pięć lat nie poznałam żadnego geja, o transwestycie nie wspominając, będę tęskniła za tymi wszystkimi nowojorskimi frikami, dzięki którym życie przestaje być jednowymiarowe.

Daisy. Fot. Weronika Kwiatkowska.

Jednak przez kilka ostatnich dni myślę o powrocie intensywniej, niż wcześniej. Może to za sprawą
nowej-starej przyjaźni, która zabiera mnie do miejsc, o których istnieniu zapomniałam, a które ciągle noszę w sobie. Jak tatuaż. Albo bliznę.

Telefon w środku nocy. Stoję na pustej ulicy. Jest duszno i ciepło. Za chwilę burza nad głową i wiadra wody. Sceneria kojarzy się z filmem „Truman Show”. Jak gdyby ktoś odkręcił potężny prysznic, ale tylko nad moją głową. Asfalt błyszczy i mieni się światłem latarni. Patrol policji przejeżdża na czerwonym świetle. A my rozmawiamy o Starym Rynku w Poznaniu i o kocich łbach skąpanych w polskim deszczu. Mówimy do siebie obrazami. Głos zastąpił czarne litery na białych kartkach elektronicznych listów. Skrępowani intymnością rozmowy, nadajemy jej niezobowiązujący ton. Gdzieś tam po drugiej stronie Oceanu, jest już dzień. Świeci słońce. Toczy się życie, o którym nic nie wiem i którego nie zgadnę,
w czasie kilku minut rozmowy. Ale próbuję. Usłyszeć między słowami, wszystko to, czego boimy się nazwać.

Wejść w cudze życie. Chociaż na chwilę. Pokusa, której trudno się oprzeć. Dzielenie się historią, jak chlebem. Przerzucanie mostów nad przepaścią czasu. Złudzenie bliskości, która zniknie, kiedy tylko odwrócimy wzrok od podświetlonego ekranu.

Ciągle wywołujemy to samo, stare zdjęcie. Na którym widać już tylko kontury. Cienie.

Weronika Kwiatkowska, Nowy Jork 2010

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *