DPS

“Z pamiętnika polskiej nauczycielki w Rosji” – wspomnienia Agnieszki Pietrowskiej.

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Agnieszka Pietrowska w Polskiej Ambasadzie w Moskwie.

Urodziłam się w 1973 roku w Koszalinie, w rodzinie dobrze na te czasy usytułowanej. Mój dziadek (ojciec mojego ojca) Kazimierz Pietrowski był nie tylko wielkim “gospodarzem”, był wtedy, o dziwo, przede wszystkim urzędnikiem państwowym! Chyba 30 lat! Dziwne, ponieważ był on twardym katolikiem, który wierzył w ideały partii. Dziadek Kazimierz zmarł w wieku 95 lat w 2009 roku. Rodzina mojego ojca pochodzi z Gniezna. Nie wiem, dlaczego mój dziadek i tylko jedna z jego sióstr po wojnie przyjechali na “Ziemie Odzyskane”.

Moje dzieciństwo było beztroskie i szczęśliwe. Wychowywała mnie i moich 5 kuzynów i kuzynek – babcia Klara (z domu Poćwiardowska). Babcia Klara pochodziła z Bydgoskiego, jednak jej rodzina i ich przodkowie byli z Litwy.
W dzieciństwie byłam tam kilka razy. To, co zostało mi w pamięci – to ogromny, czarny las! Nie to, co pod Koszalinem!

Babcia Klara była dla nas wszystkim! Ona jedna i nasza banda! Straszyliśmy wszystkich w okolicy. Sąsiedzi nie lubili nas, dzieciaków: to kradliśmy czereśnie, to rzucaliśmy kamieniami w samochody. Babcia wołała nas na obiad uderzając głośno pokrywką o garnek! Wszyscy w Starych Bielicach wiedzieli, że musimy biec na posiłek! Codziennie dawała nam “kogel-mogel”, który ja wylewałam pod czereśnię.
Babcia Klara piekła codziennie tonami gofry.

Zmarła w 1980 roku w wieku 54 lat na raka płuc. To wydarzenie pozostanie ze mną do końca!
Jej ciało leżało w domu 3 dni. Był gorący sierpień, lato i ona, zmarła, w domu! W radiu grała grupa Bony M. Synowie babci, moi wujowie nieśli jej trumnę do kościoła, ale tam też było duszno!

Z rodziną mojej mamy, która mieszkała od nas niedaleko, w miejscowości Cieszyn, nad Jeziorem Parnowskim, byłam bardziej związana, niż z Pietrowskimi. I wiedziałam o nich więcej. Babcia Genowefa
(z domu Czarnecka) była z Warszawy, a dziadek Jan z okolic Warszawy. Historia ich przybycia do koszalińskiego jest bardzo ciekawa.

Moją babcię Genowefę i jej siostrę Leokadię złapali Niemcy na ulicy w Warszawie i wywieźli do Niemiec na przymusowe prace. Babcia Genowefa miała wtedy 16 lat, Leokadia – 15 lat. Były z dobrej rodziny, mówiły już wtedy po niemiecku. Genowefa pracowała całą wojnę w fabryce bąb pod Berlinem, a jej siostra na gospodarce pod Monachium. Genowefa szybko nauczyła się języka i pracowała później w fabryce jako tłumacz.

Leokadia, jej siostra pokochała “Faszystę” i urodziła córkę Helgę! Za to musiała zapłacić nie tylko Leokadia, ale cała rodzina mojej babci! Oczywiście nikt Leokadii nie oddał córki. “Bękarta” zostawili w Niemczech.
A Genowefę i Leokadię wysadzili z pociągu jadącego do Warszawy w zniszczonym Köslinie – dzisiejszym Koszalinie.

Do Koszalina zesłali też całą rodzinę z Warszawy konfiskując wszystko! Genowefę sądzono o szpiegostwo, ponieważ ubierała się po tylu latach w Niemczech jak niemiecka kobieta, z typową chustką na głowie. Groziła jej kara śmierci. Opowiadała mi, że jej mama, a moja prababcia chowała za szafę ciocię Leokadię, widząc zbliżających się radzieckich żołnierzy, którzy krzyczali przechodząc około ich domu “no, wychodź k…”.!

Babcia Genowefa i jej rodzeństwo nie mogło się uczyć i otrzymać wyższe wykształcenie. Nawet moja mama i jej rodzeństwo. Moja mama pamięta, że wkrótce po wojnie przyjechali do nas Niemcy, pięknym samochodem, z prezentami! Oni byli nie z DDR, a z RFN. I ja też to pamiętam! A przecież cały czas naszą rodzinę obserwowali obserwowali!

Nawet za stołem wigilijnym babcia Genowefa śpiewała niemieckie Weihnachtslieder! Również przeklinała wyłącznie po niemiecku! Pamiętam, że moja babcia i jej rodzina nigdy źle nie mówili ani o Niemcach, ani o Rosjanach. A o tej historii dowiedziałam się w 1992 roku, tłumacząc kojejny list Helgi do swojej mamy- cioci Leokadii.

Babcia Genowefa zmarła 13 lat temu, zaledwie kilka miesięcy po swoim mężu.

Zakończyłam szkołę podstawową, zdałam do Liceum Ekonomicznego na kierunek: Administracja Państwowa. Miałam być następnym w rodzinie urzędnikiem, jak dziadek. Miałam praktykę w Urzędzie Miejskim w Koszalinie, później w Urzędzie Wojewódzkim (wtedy Koszalin był miastem wojewódzkim) – wiedziałam jednak, że “przebieranie” papierków to nie jest moje powołanie! Za to kochałam język polski i niemiecki, i moją polonistkę Reginę Tomalik. Nie zapomnę również pana Bogusława Kaczyńskiego z podstawówki!

Po maturze pojechałam zdawać egzaminy w Akademi Ekonomicznej w Poznaniu – tak, jak chciała moja rodzina. Jednak ja tego nie chciałam! Oczywiście pojechałam do Poznania, ale na żadnych egzaminach nie byłam. W domu oznajmiłam, że nie zdałam.

Jeszcze ucząc się w liceum napisałam do jednej organizacji w Austrii, która zajmowała się szukaniem pracy dla młodych ludzi. Znaleźli dla mmnie pracę w cudownym, małym miasteczku Covara we Włoskich Alpach! Pracowałam tam jako au-pair i pokojówka równocześnie. Było mi bardzo ciężko, moich pieniędzy oczekiwali w domu! Tam żyłam kilka dobrych lat, mam cudowne wspomnienia, przeżycia, zdobywanie szczytów i rozczarowania.

Potem wróciłam do Poznania na Filologię Germańską, a po dwóch latach zdecydowałam się kontynuować studia w Niemczech. Zdawałam egzaminy w Essen i w Bochum. Wszędzie zostałam przyjęta. Wybrałam jednak studia na małym Uniwesytecie Turyngii, w Erfurcie, mieście Martina Luthera. Również niedaleko, w Eisenach mieszkał sam J.S. Bach! Tam otrzymałam wyższe europejskie wykształcenie. Tam znalazłam wielu przyjaciół, spotkałam męża i tam urodziła się w 2004 roku moja córka Lidja! Erfurt to był mój prawdziwy wybór!

Agnieszka Pietrowska na zjeździe polonijnych nauczycieli w Ostródzie.

Od tego czasu minęło już kilka lat. Mieszkam z rodziną w Rostowie nad Donem, pracuję jako lektor
i nauczyciel języka polskiego dla polonijnej organizacji Polonia Dona oraz w Polskim Centrum, które działa przy Południowym Federalnym Uniwersytecie. Mam wielu przyjaciół, znajomych i studentów. Moja praca daje mi mnóstwo satysfakcji!

Nie jest łatwo nam, Polakom, pracować tutaj, w Federacji Rosyjskiej. My, nauczyciele jesteśmy tylko dyplomatami Kultury i Języka! Bardzo często stykam się w mojej pracy z polityką. Oczywiście, odpowiadając podkreślam moje i tylko moje zdanie, nie “uogólniam”, jeżeli z czymś się nie zgadzam. Albo mówię wprost, że “każdy kij ma dwa końce”!

Wiem jedno, że to polscy politycy powinni robić wszystko, żeby Polakom żyło się lepiej, i że to od ich pracy zależą nie tylko dobre stosunki między naszymi państwami, ale również egzystencja Polaków w samej Rosji – mojej rodziny również.

Życzę wszystkim pokoju i spokoju,

Agnieszka J. Pietrowska

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *