DPS

Notatki z drogi: Zambia. Cz.2

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Z Kabwe do Lusaki jadę lokalnym minibusem w towarzystwie Tracy – osiemnastoletniego dziewczęcia, które poznałem w pociągu, a które jedzie aż z Dar, aby aplikować na studia medyczne.

Komunikacja w Zambii i wszelkie jej pochodne mogą wiele mówić o Afrykańskim duchu… Przede wszystkim, czas ma tu zupełnie inny wymiar. Według niego godzina planowanego wyjazdu wybija zazwyczaj wtedy, kiedy jest komplet pasażerów. Poza tym, relatywizm ma tu niezwykły wpływ również na przestrzeń. Na przykład tam, gdzie jest miejsce na dwie osoby, można wcisnąć cztery i więcej. Zatem można tu doświadczyć czegoś, nad czym główkują od lat najpotężniejsze umysły z dziedziny fizyki, a co zwane jest zakrzywieniem czasoprzestrzeni.

Manager logistyki – bo każdy bus takiego posiada – usadowił Tracy z przodu charczącej maszyny, a mnie wysłał na “zadek” busa i nim zdążyłem się zorientoważ, że nie ma miejsca, musiałem się wciskać pomiędzy skrzypiące dwa fotele. A trzeba wiedzieć, że każdy eksploatowany na tych drogach wehikuł, pomimo księżycowego przebiegu, przechodzi tylko jeden tuning – multiplikacje siedzeń. Zatem z tyłu na czterech fabrycznych, siedziało już pięć osób, plus dwie sztuki dzieci na rękach. Jednak nasz planista przestrzenny był pewien, że sześć osób spokojnie może się zmieścić.

No i się nie mylił – zmieściło się. Tak więc siedzieliśmy jak jedna kawowa masa lekko złamana śmietankowym kolorem w postaci mojej osoby. Okna zamknięto, bus ruszył z kopyta parchając jak szkapa, a wnętrze pojazdu ożyło.





Pasażer po prawej wyciągnął smażonego kurczaka z frytkami, a niewiasta obok mnie, dorodną pierś do której przyssała wygłodniałe niemowle. Ja natomiast, między cyckiem a kurczakiem (bo “między młotem a kowadłem” na pewno nie), zająłem się oglądaniem jakiejś zambijskiej mydlanej opery, jakie powszechnie umilają czas podróżnym na dalekich i krótkich dystansach. Nie rozumiałem nic, ale sceny przedstawiały naprzemiennie zamiatanie podwórza i wzajemne okładanie dwóch staruszków, co samo w sobie było śmieszne, więc śmiałem się wraz z cała tą gawiedzią.

W tak sielskiej i rodzinnej atmosferze, z czymś plastikowym wystającym spomiędzy siedzeń i stukającym w moją kość ogonową upłynęło ponad dwie godziny. Drogę przecinały nam jedynie cienie drzew, lub od czasu do czasu parki małp, kóz, bezdomnych psów lub domowych świń, które biegały sobie samopas.

Dworzec autousowy w Lusace jest miejscem, w którym rozgrywają się akcje najróżniejszych sztuk. Wyładunek, rozładunek, upychunek, rozwałunek… Panowie pchają na taczkach góry worków o takiej wysokości, że wzrok staje się zmysłem niejako zbędnym – wszystko odbywa się według map wyrytych od lat w głowach kierowców tych jednokołowych “bolidów”.

Wokoło krążą sprzedawcy dosłownie wszystkiego, a każdy wydaje jakieś dźwięki mające przyciągnąć uwagę potencjalnego konsumenta w postaci gwizdów, chrząkań, śpiewów bądź wuwuzeli, lub dzwonów pasterskich. Gdzieniegdzie można napotkać wprost na asfalcie rozsypane obozowiska całych rodzin w trakcie spożywania posiłku przerywającego oczekiwanie na odjazd, albo może na odwrót.





A ponieważ jest to dworzec, przez tą wielowątkową strukturę przewijają się co chwilę główni bohaterowie czyli busy – duże, średnie i małe, które przy akompaniamencie klaksonów lawirują pomiędzy tymi wszystkimi scenami, tworzącymi niezwykle żywe i barwne tło codziennego dworcowego życia. Każdy autobus zatrzymuje się – wydawać by się mogło – gdziekolwiek, bo oznaczeń na dworcu nie ma zupełnie żadnych. Różnorodności strojów i ludzi z jakimi się stykam, nie udało mi się dostrzec w Europie, która wydaje się teraz być w porównaniu z afrykańskim kontynentem niezwykle mdła i szara.

W kolejce do busa stoi starszy dziadunio w błekitnym garniturze, z workiem ryżu i biblią, kobieta w zaawansowanej ciąży i dzieckiem na plecach. Za nią przyozdobiona kolorowymi chustami kobieta z żywą kurą w zawiniątku, a tak dla kontrastu, tuż za nią zjawiskowa dama niczym z Madryckiego pret a porte w kozaczkach, futerku (pomimo ponad 30-stopniowego upału), stylowych okularach i kapeluszu.

Kurczaka sfotografowałem i pokazując gest podcinanego gardła pytam:
– Kiedy?
– Jutro- odpowiedziała mi kobieta, po czym ja czyniąc znak krzyża nad głową kury, zrobiłem smutną minę, co wystarczyło, by kolejka tych różnorodnych person wyszczerzyła śnieżnobiałe zęby i zaczęła się śmiać, komentując coś w swoich językach, których na terenie samej Zambi jest ponad 40. Znalazłem afrykańską wieżę Babel! Słowem, niczym w miniaturowej przestrzeni kosmicznej, całkowity chaos.



Jednak w tym pozornym chaosie jaki można dostrzec z pozycji Europejczyka istnieje jednak jakiś porządek. Porządek, dzięki któremu cały ten zgiełk jest scalony niewidzialną nicią i wrew naszej logice funkcjonuje. Tutejsze prawa, których nawet jeśli nie widzę lub nie do końca rozumiem, darzę głebokim szacunkiem.
Jest to niewidzialny porządek i kultura formowana wiekami przez ludzi, którzy tu żyja od pokoleń, a u których to ja jestem w gościnie.

Miron Przybysz
Fot. Miron Przybysz

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *