DPS

Z pamięci

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Zapisać mijający dzień można najprędzej wieczorem, lepiej nazajutrz, pełniej po paru tygodniach, najdoskonalej – w całym splendorze zmyślenia i prawdy – po latach. Piszę przedpołudniami i stawiam bieżące daty niczym skrupulatny urzędnik. Nie ustępuję ze stanowiska sekretarza własnego umysłu, przeciwnie – trwam na nim desperacko i spazmatycznie; tym bardziej desperacko i tym bardziej spazmatycznie, im bardziej naciera chaos.*

Zapisać mijający dzień. Miesiąc. Rok. Zapisać mijającą chwilę. Krótki błysk. Światło sączące się przez ażur liści. Podmuch wiatru nakręcający kosmyk włosów na palec. Wykrzywione odbicie w lustrach wystaw. Plama kawy na białej serwetce. Guma do żucia wypluta na chodnik. Stada spłoszonych spojrzeń, opadających z szelestem, kiedy wciskam się w wolne miejsce przy oknie. Autobus dyszy. Omijam wzrokiem kałuże pełne śmieci. Truchło bezpańskiego roweru przywiązane do potrąconego słupa. Zza ściany muzyki stłumiony jazgot Wieży Babel. Neon taniej jadłodajni pulsuje w mroku.

Moszczę się w gnieździe siedzenia unikając ataku monstrualnego tyłka z napisem I’m your bitch. Demarczyk w słuchawkach brzmi dość surrealnie. Chociaż nie do końca. Kalecząc wzrok o szpetotę wieczornego Queensu nucę jeno wyjmij mi z tych oczu szkło bolesne- obraz dni… Bo mam wrażenie, że zaraz oślepnę od eksplozji brzydoty wylewającej się z każdego zakamarka tej części miasta. W woskowym świetle autobusowych lamp ludzie wyglądają jak kukły. Stara Azjatka rozpycha się kanciastymi łokciami. Młode byczki w obcisłych podkoszulkach w prążki pokazują krzywe zęby w krzywych uśmiechach. Na hebanowych, umięśnionych ramionach krople letniego deszczu zastygają, jak szklane paciorki. Latynoskie piękności bawią się pstrokatą biżuterią, mrugając zalotnie przyklejonymi rzęsami. I wszyscy wydają się tacy niezmęczeni. Syfem. Brudem. Tandetą. Zadowoleni z życia w dzielnicy 99 cents, królestwa plastykowych jednorazówek, śmierdzących chińską gumą podróbek, tej imitacji prawdziwego życia, które znają jedynie z telewizji i kolorowych gazet. Zastanawiam się, czy przychodząc na świat w takim miejscu nosi sie tęsknotę za pięknem? Przestrzenią. Harmonią?
Czy przyzwyczajeni do rozpadu i wszechobecnej dezintegracji, urodzeni w tych mniej efektownych dzielnicach stolicy świata – wiodą jednak szczęśliwe życie? Na co czekają mieszkańcy krainy ponurych cudów, które nigdy się nie zdarzają? O czym myślą jadąc shuttle bus’em przez noc?

Wracam do domu drogą inną, niż zwykle. Tutaj wszystko jest szare. Okna. Ściany. Drzewa. Zazębiają się bryły budynków. Wpadają na siebie. Ze zgrzytem. Na końcu ulicy chmura. Jak popsuty zamek błyskawiczny zostawiam za sobą rozpięte chodniki. Mijam zaśmiecone podwórka. Przetrącone, koślawe jardy. Na gałęziach powiewają czarne flagi plastykowych siatek. Wyłażą z ziemi białe piszczele krzesełek ogrodowych. Truchło helowego balonu z Myszką Miki wala się między rabatkami. Do wyblakłej tabliczki welcome to my garden ktoś przytroczył sztuczny kwiat. Karminowa róża na tle sponiewieranego przez czas napisu wygląda równie wyzywająco, jak czerwona szminka Profesor Staniszkis. Jest w tym jakaś desperacja. Ale też nadzieja. Że ogród kiedyś podniesie się
z klęczek. Wchłonie odpadki i wyda zdrowy owoc.

Za drucianym, wysokim płotem szary kloc z zakratowanymi oknami. Przywodzi na myśl więzienie. I chyba trochę nim jest. Szkoła podstawowa. Przymusowa. Pusty plac przypominający spacerniak. Matowe szyby za woalką
z metalowej siatki. Cisza. Tylko pęk znoszonych butów dyndających na przewodach telefonicznych każe się domyślać, że w ciągu dnia ospałym cielskiem targają wrzaski kolorowej młodzieży. Może nawet toczą się wojny gangów. Ktoś sprzedaje crack na rogu. Kogoś puszkują tajniacy. Gibcy młodzieńcy tańczą w basketball’owym balecie. A dziewczęta przyglądają się z podziwem i uśmiechają z przyzwoleniem. Ale o tej porze nie ma nikogo. Są tylko sine przestrzenie. Nieobecności.

A potem nagle zmienia się krajobraz. Odkształcony, wraca do pierwotnej postaci. Tego, co zapamiętane. Oswojone. Znika niepokój, ale też ostrość widzenia. Znajome znaczy transparentne. Niedostrzegalne.
Z bliska nie można zobaczyć wyraźnie. Obraz się rozmywa. Zacierają kontury. Utartą drogę przebywamy z zamkniętymi oczami. Z pamięci.

Tekst i fotografie: Weronika Kwiatkowska, Nowy Jork 2010

Napisz do autorki: podwojne_zycie_weroniki@yahoo.com

*Jerzy Pilch, Dziennik.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *