DPS

Notatki z drogi: Zambia. Cz. 5

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Docieram do bramy głównej Parku Great Zimabwe. Czuję jakbym nagle wkroczył z jednego zewnętrznego świata i znalazł się po drugiej stronie lustra w świecie doskonałym. Rozległe przestrzenie z nieregularnymi arteriami ścieżek biegnących jakby z nikąd do nikąd, przypadkowe drzewa i żywego ducha wokoło. Kilometr spaceru po tej idylli i trafiam na budkę z trzcinowym dachem pośrodku polnego ronda. Tutaj dopiero kobieta pobiera opłatę i kieruje mnie w jedną z odnóg w stronę dormitorium, które znajduje się 2 kilometry dalej w głębi parku.

Idę w porze kiedy cienie rozciągają się osiągając kształty wychudzonych pędzli, które słońce nurza w ostatnich swoich promieniach i maluje kontrastowe krajobrazy zanim zniknie gdzieś za wzgórzem. Nigdzie mi się nie śpieszy, więc snuję się czasami przystając i przyglądając tej grze cieni. Wszechogarniająca cisza wokoło łamana jest tylko cykadami i skrzypieniem piasku oraz kamieni pod moimi stopami.

Wreszcie już w lekkiej szarówce docieram do jedynej oświetlonej budki, gdzie stary dziadunio wręcza mi klucz
i idę kolejne 300 metrów, by dotrzeć do mojego dzisiejszego domu na osiemdziesiąt osób. Nie ma tu żywego ducha. Jestem jedynym gościem…no oczywiście z wyjątkiem kolejnego stadka małp, które pałaszuje przewrócony śmietnik, ale na widok gościa czmycha w zarośla. Sceneria i okoliczności idealne do filmu “Afrykańska masakra piłą motorową”. No, ale krwawych żniw nie ma – jest sielanka.

Siadam na drewnianej ławce, otwieram piwo i gapię się w tej ciszy na niebo, jakiego dawno nie widziałem,
a Kraków nie ujrzy nigdy :). Bezkres gwieździstego oceanu na bezchmurnym, czystym nieboskłonie przez który wyraźnie przebiega droga mleczna… Uspokajająca świadomość tego odludzia i samotności na jego łonie. Tylko ja i najdoskonalszy druch obok – Cisza. W tej chwili nawet te niewypowiedziane pomiędzy nami słowa stają się zupełnie zbędne.





Następnego dnia po przebudzeniu nie mam ochoty nawet wychodzić powyżej bramy głównej na śniadanie, aby nie zburzyć tego porządku, jaki misternie skonstruowała we mnie przyroda i izolacja. Zabijam zatem głód pomarańczą i dwoma bananami, po czym pół dnia snuję się po ruinach Wielkiego Zimbabwe. Drugą połowę towarzyszy mi drzewo, pod którego pień wprosiłem się bez pytania. Pogrążyłem się w gapieniu na falujące nad głową liście…

Jednak, jak to w przyrodzie bywa zazwyczaj, równowaga musi być zachowana. Odwieczne siły jing jang muszą odzwierciedlać harmonię i balans tego świata. Tak oto około godziny 19 stej, moje odludzie zostało zaludnione grupą w wieku od 14-20 lat, w liczbie, jak mi powiedziano, 73 sztuk, bo zliczyć nawet nie próbowałem. Wycieczka krajoznawcza kolonii dzieciaków ze slumsów Harare do korzeni przodków. Tak oto przypadkiem stałem się atrakcją całej wycieczki.

Na początek przez godzinę pełniłem zaszczytną funkcję misia z Krupówek, aż wreszcie baterie dwóch aparatów fotograficznych zakonczyły swój żywot. Przez chwilę jeszcze pykano mnie komórkami, aż ostentacyjnie zamknąłem powieki i dałem do zrozumienia, że udaje się w krainę odpoczynku. Ba! Ale jakie to miało znaczenie? Zupełnie żadnego.

Po maksymalnie trzech przekimanych godzinach (jako, że impreza trwała noc całą) skoro świt zawinąłem plecak i uciekłem. No cóż, czasy kiedy mieszkałem w akademiku minęły bezpowrotnie i wujek Miron jednak potrzebuje czasami pospać. Chwilowe rozdrażnienie wywołane niedospaniem jednak nie trwało długo. Dotarłem do zupełnie pustej drogi, która mieniła się w dopiero co przebudzonym słońcu. Zrzuciłem plecak i stwierdziłem,
że poczekam.

Nie wiedziałem jeszcze na co, ale w zaistniałej sytuacji to była jedyna alternatywa. Czekanie nie zdążyło mnie znudzić, bo po około piętnastu minutach na horyzoncie pojawił się jakiś samochód. Machnąłem ręką i drzwi się otwarły. Ujrzałem wyszczerzonego rastamana w charakterystycznym zielono-zółto-czerwonym bereciku.
Z głośnikow sączyło się leniwe reggae. Rasta uśmiechnął się i krzyknął “Welcome my friend! Where are you going?”.

Tak oto ruszyłem w stronę granicy Mozambiku.

Tekst i zdjecia: Miron Przybysz








Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *