DPS

“Providence – o ziemi, ogniu, metalu, wodzie i tańcu w powietrzu”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

WaterFire gromadzą dużą publiczność

Rhode Island – najmniejszy ze stanów – rekompensuje sobie rozmiary legendą oraz wizerunkiem pełnym artyzmu i tolerancji. Providence – jego stolica – od 1994 roku słynie już nie tylko z Rhode Island School of Design, licznych galerii sztuki i teatralnego fermentu, ale także z malowniczego wydarzenia pod nazwą WaterFire. Warto zobaczyć.

Ostatnia sobota września to dla Providence kolejna edycja WaterFire, akcji-performance, która parę razy do roku zmienia na kilkanaście wieczornych godzin centrum tego przytulnego miasta w coś w rodzaju tajemniczej karnawałowej Wenecji, oddychającej muzyką i poezją unoszących się na wodzie ogni. Spektakl zaczyna się
o zachodzie słońca. Zobaczyć go przyjeżdżają co roku Amerykanie z najbardziej odległych stanów i turyści
z Europy. Do 29 września 2012 r. Providence odwiedziło już z tego powodu ponad 10 milionów gości.

***

Po udanej próbie dotarcia szybkim marszem do polskiego kościoła, usytuowanego na dalekim wzgórzu, hen za historycznym Federal Hill z najpierw rozbuchaną kolorami i pachnącą włoską kuchnią dzielnicą włoską,
a następnie odrobinę tylko poznaczoną śladami kul w szybach dzielnicą chyba karaibską (którą mój amerykański przyjaciel w nawiązaniu do jednej z warszawskich dzielnic podsumowuje stwierdzeniem „Providence’ s Prague” i gdzie jeden z mieszkańców, chwiejąc się na nogach, wita nas, gdy mijamy go na ulicy, nienagannym brytyjskim akcentem: „Good evening”), wracamy w jeszcze szybszym tempie w okolice „Pałacu Kultury”, jak nazwaliśmy sobie jeden z wystających ponad inne burych budynków, w pobliżu którego z kolei usytuowało się mieniące się najstarszym w Ameryce francuskie bistro Pot Au Feu, o którym później.
Tak tytułem wstępu wielokulturowego.

Polski kościół w Providence

Polski kościół był co prawda zamknięty, ale przynajmniej udało nam się wrócić na miejsce rozpoczęcia wydarzenia na czas
i zająć strategiczną pozycję nad jednym
z „kanałów”, pomiędzy dwoma mostami, spod których wkrótce wypływać zaczną czarne gondole z ubraną na czarno (tak, by nie było widać ich w nocy) obsługą eventu
i naprzeciw słomianego okrętu z rozpiętym żaglem. Całość rozpoczyna się łagodną, kontemplacyjną muzyką, która płynie
z wielu dyskretnie poukrywanych w okolicach głośników. Liczni spacerowicze zasiadają nad brzegami, tak jak my, na ławkach, chodnikach, krawężnikach. Raczej cisi. Wielu trzyma w rękach czerwone albo białe goździki. Powoli zapada zmrok.
Czekamy, wpatrując się w unoszące się na wodzie czarne półkoliste misy z sosnowym
i cedrowym drewnem. Woda ciemnieje. Ogień będzie pachnieć.

Jedno „pełne rozświetlenie” Providence wymaga zaangażowania około 200 wolontariuszy, zbierających i układających drewno w 79 koksiakach oraz wykonujących mnóstwo innej pracy. Asystują personelowi 18 łodzi i 15 ciężarówek. Roczny koszt WaterFire, który obejmuje m.in. utrzymanie łodzi, ubezpieczenie, paliwo, pracę performerów, to około 1,6 miliona dolarów. Siedemdziesiąt pięć procent tej sumy pochodzi z prywatnych dotacji, od prywatnych sponsorów, z grantów.

Stroje Girls Scauts z początku wieku

Każdy event ma głównego sponsora, którym dziś są Girls Scouts of Rhode Island, czyli stanowe harcerki, które w tym roku obchodzą stulecie. Jak potwierdza Judy Lonardo, trenerka liderek Girls Scouts
i wolontariuszka Girls Scouts Community Museum, którą spotykamy przy stoisku, prezentującym mundurki harcerek z lat 20. i 30. ubiegłego wieku, wszystko dzięki Juliette Gordon Low. W 1912 roku Juliette, której mąż był Anglikiem, po raz kolejny powróciła z Wielkiej Brytanii do Ameryki i zaprosiła do swego domu 18 dziewcząt, by wspólnie rozwijały to, czego nauczyła się od Roberta Baden-Powella.

Taki był początek spania pod namiotami, obozów, zdobywania sprawności i wspólnego pieczenia ciasteczek, czyli Girls Scouts w Georgii. W Rhode Island z kolei pojawili się pierwsi Boys Scouts. Podczas WaterFire, w namiotach porozstawianych na tyłach głównego wydarzenia, Girls Scouts prezentują różne aspekty swojej działalności, przedstawiają najznakomitsze skautki oraz słynne kobiety, od których zaczęła się historia Ameryki (poczynając od Mrs Walker), prowadzą zabawy dla dziewczynek i sprzedają swoje słynne ciasteczka.

Dla nas WaterFire to doskonała okazja, by zachęcić rodziców i dziewczynki do skautingu – mówi Judy. Jej córka, również harcerka, przytakuje zza sąsiedniego stoiska, a może tylko towarzysko się uśmiecha.

Atmosfera podczas całego eventu jest szczególna

Skauting to na pewno okazja to bliskości
z żywiołami, które w miastach „udomowiliśmy” do tego stopnia, że ich nawet nie zauważamy. Kto, tak naprawdę, kojarzy na co dzień wodę
z kranu z pobliskim stawem czy innym jej lokalnym ujęciem? Ogień chowamy
w elektrycznych kuchenkach tak, że jest już praktycznie niewidzialny. Idea Barnaby Evansa, który wymyślił dla Providence WaterFire, była nieco inna. Chodziło
o rewitalizację, poprzez instalację artystyczną, urbanistycznego krajobrazu miasta.

Jako dzieło sztuki, do bycia którym WaterFire aspiruje, wydarzenie, które zaczęło się ponad dziesięć lat temu od kilku skromnych łódek z ubraną na czarno załogą, oraz sągów drewna przygotowywanego przez wiele dni wcześniej do rozbłyśnięcia na wodzie,
z world music w tle, odchodzi już od pierwotnej prostoty i komercjalizuje się, włączając do zabawy postaci rodem z komedii dell’arte, jak pierrot, rzucający z łodzi kwiaty ludziom siedzącym na brzegu, czy żonglerów ogniem.
Taka już chyba dola każdej oryginalnej idei, że z czasem zaczyna ona żyć własnym życiem, niezależnym od pomysłodawcy.

***

Szyld najstarszego francuskiego bistro w Ameryce. W tle budynek, który przypominał nam Pałac Kultury.

Mieszkańcy Rhode Island na wzmiankę
o mieszkańcach Bostonu reagują żarcikiem „Just a minute, man!”. Powiedzenie wzięło się od „One minute man”, którym niegdyś miał być mieszkaniec tego miasta, niewiarygodnie wszechstronny i szybki,
w ciągu jednej minuty przeistaczający się
z drwala w strażaka czy kucharza, ktokolwiek był potrzebny.

Bostończycy z kolei o Rhode Island wspominają z delikatną nutą wyższości
w głosie (większość z nich pewnie nawet nie wie, że oficjalna nazwa stanu to nie Rhode Island, lecz Rhode Island and Providence Plantations). Owszem, była to pierwsza kolonia, która ogłosiła niepodległość. Pierwszy stan, który wspomniał o zniesieniu niewolnictwa (na długo przed tym, zanim kwestię poruszała Abigeil Adams) i ostatni, który podpisał amerykańską Konstytucję (wówczas, gdy uznano jego domaganie się włączenia poprawek, czyli przy ratyfikacji Karty Praw Stanów Zjednoczonych Ameryki).

To tutaj, a właściwie właśnie w Providence, wygnany z Massachusetts za naleganie na rozdział kościoła od państwa londyński teolog Roger Williams zapoczątkować miał tradycję religijnej i politycznej wolności. Właśnie tu ufundował kościół baptystów (a potem poróżnił się z nim i odważnie go opuścił). Tu powstała pierwsza synagoga. O tym wszystkim, ku naszemu zaskoczeniu, opowiada nam ze swadą i lokalną dumą Bob Burke, gościnny współwłaściciel (wraz z żoną) wspomnianego już francuskiego bistra Pot Au Feu, ukrytego w gwarnej piwnicy, pełnej pełnych i pustych butelek francuskich win najrozmaitszych roczników, do której trafiamy przed nocną podróżą powrotną do Massachusetts i gdzie jedzenie, trzeba przyznać, jest wspaniale zaaranżowane. – Nasza stanowa historia zaczęła się więc od idei religijnej wolności, a Roger Williams to naprawdę ciekawa postać. Kogo stać na to, by wspierać również swoich oponentów?

Może ktoś niezbyt grzecznie zapytałby w tym miejscu: „I co z tego?”. Dla wielu Amerykanów, nawet mieszkańców stolicy stanu, jak dostrzega jeden z autorów przewodnika dla studentów w „The Providence Phoenix”, Roger Williams to dziś głównie „Roger Williams Park, Roger Williams Univeristy, Roger Williams Avenue”, a nie ów Guy Who Couldn’t Keep His Mouth Shut.

Dziś Providence słynie głównie z WaterFire. Tak, to również zasłużona legenda. Iskry strzelające w niebo znad wody, aromatyczny zapach dymu, refleksy płomieni w arkadach mostów. Ginące w mroku sylwetki ludzi, zapalających kolejne ognie. Wypełnione ogniem metalowe naczynia, podróżujące w dół rzeki i magnetyzująca muzyka z najróżniejszych zakątków świata (wśród której rozpoznaję włoską operę, Erica Satie oraz Buena Vista Social Club). Zastygłe w bezruchu figury mimów, czyli Gargoyles, procesja lampionów i papierowych gwiazd
z życzeniami, rozpiętych między drzewami. Wszystko, co angażuje zmysły i emocje przechodniów, przybyszy
i gości na ścieżkach Parku Waterplace, widzów tego niepowtarzalnego widowiska.

Lampiony w parku

29 września na widzów czekała tu jeszcze jedna dodatkowa atrakcja – podniebni tancerze z kalifornijskiej trupy Bandaloop, podbijającej tańcem Himalaje oraz najwyższe na świecie wieżowce, zupełnie jak bohaterka francuskiej minipowieści „Płatek śniegu”, która tańczy na linie rozpiętej pomiędzy górskimi szczytami Japonii.
Bo są tacy, którzy przez całe życie tańczą na podniebnych linach, usiłując utrzymać równowagę… Ubrani na biało i na czerwono tancerze po pionowej ścianie około trzydziestopiętrowego drapacza poruszali się, jak po ogromnym tanecznym parkiecie, czasem odrywając się od niego w surrealnym balecie. Podniebny taniec uzupełnił widowisko o jeszcze jeden żywioł, który stał się dzięki temu może bardziej dla uczestników WaterFire wyraźny: powietrze.

Kolejne WaterFire w Providence już 6 października.

Tekst i zdjęcia: Lidia Gruse

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *