DPS

Czarny kot, biały kot

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Jest cały czarny, lecz ogon ma elektryczny. Gdy śpi na słońcu, jest najczarniejszą rzeczą, jaką sobie można wyobrazić. Nawet we śnie łapie przerażone myszki. Poznać to po pazurkach, które wyrastają mu z łapek. Jest strasznie miły i niedobry. Zrywa z drzew ptaszki, zanim dojrzeją. *

Jest czarny. Z białymi wypustkami. Wygląda, jakby przez pomyłkę wlazł do puszki z farbą i myśląc, że to mleko, zanurzył miękki brzuszek, pyszczek i łapki w alabastrowej topieli. Wąsy ma długie. Spojrzenie mało inteligentne. Krok nieco chwiejny. Futro błyszczące. Prosto po kąpieli- oznajmia Pani Właścicielka Wyjeżdżająca Na Weekend i całuje kota w pyszczek. Bądź grzeczny Bazylku- woła na odchodnym. I szybko zamyka za sobą drzwi. Zostajemy sami. Kot i ja.

Bazyl chowa się pod łóżkiem. Ja kontempluję błękitny piasek wypełniający kuwetę. Zapach przypomina domowe odświeżacze z cyklu „morska bryza” albo „pościel prosto z magla”. Przesiewam ziarenka specjalną łopatką na odchody i zastanawiam się, czy syntetyczny aromat wygra z organicznym i kiedy się o tym przekonam. Zgodnie z dalszą instrukcją przygotowuję poidełko. Do jednej przegródki nalewam wody. Drugą wypełniam suchą karmą zmieszaną z jakąś wymyślną kocią konserwą. Na widok liliowej etykietki przypomina mi się historia o polskich emigrantach, którzy nie znając języka zajadali się „puszkami z kotem”. Takie delikatne- mówili. I pochłaniali hurtowe ilości francuskich whiskas’ów. Galaretka z kawałkami wątróbki nieco wonieje, ale nie sądzę, by żarcie dla czworonogów śmierdziało bardziej, niż tłuste pasztety, którymi karmią się ludzie. Jedno i drugie dość obrzydliwe. Ale -jak mawiał Kazik z Maspeth przymierzając się do wołowiny w sosie własnym- zjadliwe. Kot zdaje się podzielać to zdanie, bo wychodzi z kryjówki i z pewnym ociąganiem, które można uznać za nieśmiałość lub nonszalancję, siada do stołu. Po kilku minutach znika wątróbka z kurczakiem, za to chrupki z dziurką zostają nieruszone. Może to wina niefortunnego designu? Kawałki karmy mają kształt kocich głów.

Pokrzepiony posiłkiem Bazylek zaczyna dokazywać. Czarny ogonek, niczym zepsuta wycieraczka, roztrąca powietrze sygnalizując chęć zabawy. Rzucam na podłogę muzyczne jajko- przeszkadzajkę, ale czerwona grzechotka nudzi kota. Nieco lepiej sprawdzają się korale i piłeczka na sznurku. Jednak największą frajdę, o czym mam się za chwilę boleśnie przekonać, sprawia Bazylątku kąsanie człowieczych stóp. Kiedy obejmując delikatnie łapkami nagą łydkę próbuje wspiąć się na kolana, myślę z zadowoleniem: pierwsze koty za płoty. Ugryzienie w kostkę szybko przywołuje do porządku. Żeby zniwelować niemiłe doznania zakładam skarpetko-bamboszki i chwytam nicponia w różowe kleszcze. Kot mruczy z zadowoleniem i podgryza duży palec.

W nocy wszystkie koty są czarne. Liche ciałko Bazyla przepada w prostokątach ciemności. Nie mogę usnąć. Nasłuchuję szmerów spod łóżka i wypatruję znanego kształtu, a tymczasem kot materializuje się w przedpokoju. Bezszelestny. Przepływa niczym duch. Rano łasi się do nóg i pozwala drapać za uchem. Mruczy poranną pieśń i ugania za zapachem snującym się z otwartych drzwi lodówki. Po powrocie z pracy wita w progu. Gotowy do wieczornych harców. Układający miękkie futerko pod foremkę dłoni. Rozganiający wachlarzem wąsów zmęczenie. Radość na cztery łapy. I ogon.

*

Nigdy nie lubiłam kotów. Wolałam psy. Całowałam wszystkie osiedlowe kundle. Aż pewnego razu, bokser sąsiadów, o imieniu- nomen omen- Bazyli, skoczył na siatkę, która wydymała się na wietrze i niefortunnie zahaczając pazurem, przeciął moje usta. Polała się krew. Uciekłam z płaczem do domu. I znaczona traumą zaczęłam omijać psy z daleka. Zapragnęłam mieć kota, ale mama, która dotychczas zgadzała się na chomiki, świnki morskie, rybki i papużki- kategorycznie odmówiła. Jakiś czas później pod jej nieobecność przyniosłam z piwnicy bezdomne kociątko, ale uciekło za kanapę i narobiło na wykładzinę. Co jedynie utwierdziło rodziców w słuszności decyzji, a przede mną roztoczyło mało atrakcyjną wizję sprzątania śmierdzących odchodów po milusińskich. Kiedy trochę podrosłam często odwiedzałam Ciocię Bodzię, która co prawda nie miała kotów, ale miała sąsiadkę, panią Kołomakową. Emerytowana nauczycielka, zdaje się samotna i nieco zwariowana, przechowywała w swoim niewielkim mieszkanku całą zgraję sierściuchów. Bałam się Kołomaczki jak ją nazywałyśmy, bo miała ręce podrapane do krwi, pachniała kocim moczem i generalnie przywodziła na myśl złą wiedźmę, która porywa dzieci a potem karmi nimi miauczącą żałośnie, wiecznie głodną zgraję. O dziwnej sąsiadce rozprawiałam z koleżankami siedząc na ławce przed blokiem. Kiedy się zmierzchało każdy cień nabierał kształtów demonicznej kobiety, a jęki kotów buszujących w pobliskich krzakach mroziły krew w dziecięcych żyłach.

Od tamtej pory koty kojarzyły mi się z ciemnym, zapuszczonym mieszkaniem i zaburzeniami osobowości. Samotnością. Opuszczeniem. Zdziwaczeniem. Długo patrzyłam z politowaniem na nowojorskie singielki, które, jak mi się zdawało, w ciepłym futrze wypielęgnowanego kocura szukają lekarstwa na macierzyńskie niespełnienia. Sądziłam, że kot może być jedynie substytutem dziecka. Najprostszą w obsłudze, najtańszą i najłatwiej dostępną formą życia udomowionego. Ale kot to zupełnie co innego. To- jak pisała Poświatowska- „pan bóg w futrze”. Mruczący do ucha wszechświat.

*Zbigniew Herbert, Kot.

Tekst i fotografie: Weronika Kwiatkowska, Nowy Jork 2010

Napisz do autorki: podwojne_zycie_weroniki@yahoo.com

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *