DPS

“Poranna latte”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Zapach parującego latte roznosi się po całej kuchni. W mieszkaniu panuje codzienny rozgardiasz, wszystko trzeba uprzątnąć, bo kiedy dzieci wrócą ze szkoły, na nowo przedmioty zmienią swoje miejsca położenia.
Trzeba się spieszyć, przygotować obiad, poskładać pranie. Aromat kuszącego naparu daję się we znaki. Robota musi poczekać, najpierw moje pięć minut z kubkiem gorącej kawy. Łyk napoju rozgrzewa moje skostniałe dłonie,
a tym samym błogo rozleniwia. Gdzieś w oddali słychać cichą melodię Starego Dobrego Małżeństwa:
„nawet nie wiesz, jak cię kochałam
krzyczy mu na pół ulicy
omal z miłości nie oszalałam
lecz trzymałam wszystko w tajemnicy”.

Moje myśli powróciły do dnia kiedy wychodziłam za mąż….Strach, niepewność, tylko młodzieńczy entuzjazm przekreślał wszystko inne. Byłam pewna, że dam radę, że moje małżeństwo będzie tym jedynym, najpiękniejszym. Nie pomyliłam się w wyborze. Mam cudownego męża. Jednak nie można mieć wszystkiego. Życie pisze swoje scenariusze. Sądziłam, że najpierw skończę studia, znajdę pracę, która da mi poczucie finansowego komfortu, a potem będziemy wychowywać dzieci. Iście sielskie życie miało nas czekać.
Tylko nie przewidziałam jednego, że życie pisze swoje scenariusze i to nie takie, jakie byśmy chcieli.
I albo dostosujemy się do tego, co nam daje lub wywróci nasz świat do góry nogami….

Miałam się o tym przekonać, i to wkrótce….

Czekaliśmy z mężem na nasz wymarzony wyjazd poślubny. Nie były to jakieś zagraniczne wczasy.
Wystarczyły nam polskie góry, które oboje kochamy. Wspinaczki górskie i zwiedzanie wypełniało nam całe dnie
i nie mogliśmy nasycić się tym, co podziwialiśmy. Tym bardziej, że każde z nas miało swoje ukochane miejsce, ktorym chciało się poszczycić. Ostatniego dnia rozłożyliśmy się na górce i podziwialiśmy pasące się barany. Delektowaliśmy się smakołykami, a w szczególności paprykarzem szczecińskim, którego wyjadałam łyżeczką, tak bardzo mi smakował. Mój mąż podziwiał mój apetyt. Ja zwalałam to na klimat górski, który powodował,
że ciągle czułam ssanie w żołądku.

Wieczorem poczułam się strasznie źle. Nie mialam siły, żeby spakować plecaki i załadować do samochodu. Okropny ból przeszywał mój brzuch. Nie chciałam martwić swojego męża, że oto ja, okaz zdrowia, nagle zaniemogłam. Udało nam się wrócić do domu, jednak złe samopoczucie dawało się we znaki. Wszystko zwalałam na paprykarz, no bo co innego mogło mi zaszkodzić?

Mąż mój widząc, że coś się ze mną dzieje postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zawiózł mnie do lekarza.
Nie ociągałam się. Grzecznie zajęłam miejsce w poczekalni i liczyłam kolejnych pacjentów wychodzących z gabinetu doktora.

W pewnej chwili poczułam ogarniające mnie ciepło, było mi bardzo duszno, chciałam pójść do łazienki. Zanim zrobiłam krok, poczułam się bardzo miękka, nogi się pode mną ugięły i upadłam na podłogę. Nie wiem, co było dalej.

Ocknęłam się, a nade mną stał mój biały jak ściana mąż. Chciałam wstać, lecz poczułam, że coś trzyma moją rękę. Matko jedyna, jakieś kabelki, monitor, co to, jest gdzie ja jestem?!

Mąż wyjaśnił mi, że zemdlałam, a że nie odzyskiwałam przytomności, karetka zabrała mnie do szpitala.
– Jak to, przecież nic mi nie jest! Bolał mnie tylko brzuch, a tu szpital, kroplówka?! Boższz, co się ze mną dzieje??? Zabierz mnie natychmiast do domu! – rozkazałam łamiącym się głosem.
– Kochanie, cukier ci spadł, w ciąży to normalne… – odpowiedział niepewnie mój mąż.
– Co??? Co ty mówisz? Jaka ciąża, kto jest w ciąży? – matko jedyna, przecież żadnych dzieci nie było jeszcze w planach ….
– No, my jesteśmy w ciąży, to znaczy ty jesteś. Będziemy mieli dziecko. Nie cieszysz sie?? – mówił mój mąż, żeby poprawić mój humor, ale ja nie dawałam mu się tak łatwo.
– Wezwij lekarza rozumiesz!? – rozkazałam mu, nie mogąc pojąć tego, co się stało.

Do sali wszedł młody, uśmiechający lekarz. Jednak dla mnie, podłączonej pod rurki i aparaty, nie było do śmiechu. Byłam zła i wszyscy wokół byli okropni. Nawet mój mąż, mój rycerz na białym rumaku i lekarz z niebiańskim usmiechem byli moimi wrogami.

– Dlaczego mnie tu położyliście? Nic mi nie jest, ja muszę do domu, rozumie pan? Nic mi nie jest, czuję się dobrze, tylko brzuch mnie bolał. Przejadła się baba paprykarzem, a teraz niestrawność mnie męczy, ot co, trudna diagnoza do postawienia? – z wściekłością plułam jadem.
– Proszę pani, proszę się uspokoić, jest pani w ciąży, gratuluję – powiedział ze spokojem doktor.

Nabrałam powietrza w usta, żeby nie rzucać obelgami. Starając się jak najspokojniej zapytałam.

– A moje studia? – niepewna już całej sytuacji zapytałam.
– Droga pani, chyba jest pani dorosła osobą i wie, skąd się biorą dzieci… – zamurowała mnie jego odpowiedź – a z racji tego, że spadł pani cukier musimy zostawić was na obserwacji w szpitalu.
– Proszę poprosić męża, żeby przywiózł najpotrzebniejsze rzeczy i będziemy codziennie się widzieli. Dobrego dnia życzę – lekarz wyszedł. A mi zrobiło się strasznie głupio. To nie tak, to wszystko miało być nie tak….
Mąż wziął moją rękę w swoje dłonie nie mówiąc nic. Pozwolił mi oswoić się z tą myślą – będziemy mieli dziecko.
Starałam się cieszyć, ale strach czy poradzę sobie z wykładami dzieckiem dawał się we znaki.

Życie przypomniało mi, że to ono jest głównym narratorem i, że to ono karze wybierać nie zawsze to, co by się chciało. Ale o tym miałam dopiero się przekonać…

Kawa wystygła. Dzwonek telefonu wyrwał mnie z melancholijnych wspomnień. Dzwoni mąż i pyta się, co na obiad. Zegar odlicza kolejne minuty nie pozwalajac na błogie lenistwo.

Czas ruszyć do codziennych zajęć, nastawić obiad, by potem w pośpiechu odebrać dzieci ze szkoły…

JO

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *