DPS

Pralnia

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Dziś mam dzień wolny. Trzeba rozplanować kolejny dzień, by zdążyć ze wszystkim. Najpierw do pralni zanieść pranie. Przy trójce dzieci pralka to niezbędnik prawie codzienny. Białe, czarne i kolorowe. Pralki nabierają wody. Ja zostanę, nie będę wracać do domu, poczekam. Przełożę rzeczy do suszarek i wtedy pojdę do domu.
Nie znoszę amerykańskiego systemu. Pralka powinna być w każdym domu. W Polsce kobiety to dopiero mają hamerykę! A tu trzeba nosić wory… wrrr, no cóż, jak mus to mus. Zasiadam na wolnym krzesełku. Zamykam oczy i powracam do dnia, kiedy lekarz zdecydował o wypisie do domu.

*

Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa. Przez ten czas zdążyłam oswoić się z nową rzeczywistością. Oczyma widziałam zbliżającą się przyszłość w niebieskim kolorze, tak, to na pewno musiał być chłopiec. Byłam jakby pewna. Wszystkie znajome wokół spacerowały dumnie z synkami na ręku, ja również dostąpię tego zaszczytu!

Miałam tyle planów, należało je tylko wdrożyć w życie. Niecierpliwie czekałam na męża, by obwieścić mu, że musimy zrobić remont mieszkania, pomalować ściany, no i przygotować pokój dla dziecka, to było najważniejsze zadanie. Jednak on ciągle się spóźniał. Zaczynało mnie to czekanie wyprowadzać z równowagi. Chciałam zostawić rzeczy w domu i ruszyć na sklepowe wojaże w poszukiwaniu farb, pędzli, dziecięcych naklejek na ściany. Było tyle do zrobienia, a jego wciąż nie było.

Z niecierpliwścią wyszłam na szpitalny korytarz. Nerwowo rozglądałam się za znajomą sylwetką. Nic, martwa cisza panowała wokół. Lecz oto otwarły się drzwi ordytatora. Miałam nadzieję zobaczyć twarz doktora i jakież było moje zdziwienie, kiedy zza drzwi wyjrzała głowa mojego męża.

– Co ty tam robiłeś? – burknęłam ze zniecierpliwienia.
– Ja, no wiesz, tego… – plątał się głos mojego męża.

Na pomoc przyszedł mu znajomy doktor.
– Droga pani …. proszę do mojego gabinetu. Chciałem porozmawiać tylko z pani mężem, ale widać przy pani temperamencie nie możemy niczego ukryć. – rzekł jakoś tak smutno, nie patrząc mi w oczy.

Usiadłam. Moje zniecierpliwienie gdzieś odeszło. Czułam jak serce wali ze zdwojoną siłą. Nie mogłam usiedzieć w miejscu. Wiedziałam, że życie znów zagra mi na nosie.

– Mówiłem już pani mężowi. Jest pani w ciąży – to pewne, ale pewny jest również fakt, że ciąża jest wysokiego ryzyka i nie możemy pani tak puścić. Proszę, tu są recepty na leki. Jeśli poczuje się pani źle, proszę natychmiast do szpitala. I nie radzę wyjazdów na uczelnię. Żadne dalekie trasy nie wchodzą w grę. Odpoczywać, relaksować się, słuchać kojącej muzyki, zażywać pigułki i broń boże stresować się.

Siedziałam bez ruchu. Cała moja werwa i zapał gdzieś się ulotniły. Najpierw omdlenie a teraz to? Dlaczego?
Po raz pierwszy skarżyłam się na los. Wyszliśmy oboje razem, a jakby osobno. Mój mąż chciał mi nieba przychylić żebym na nowo odzyskała swój wigor.

Nie mogłam sobie tego wszystkiego tak od razu poukładać. Było mi ciężko przetrawić tę myśl, że w każdej chwili może stać się coś złego. Postanowiłam prosić Boga o pomoc. Błagałam Go, by pozwolił mi donosić tę ciążę.

Mąż przygotował pokój. Łóżko było starannie zaścielone tak, jak to lubiałam. Tylko dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. Położyłam się grzecznie na miękkiej pościeli i z wielkim postanowieniem jak najmniej chodzić.

Kiedy ojciec mojego dziecka był w pracy, starałam się jak najmniej dreptać, jedynie za potrzebą do toalety.
Nie gotowałam, nie robiłam zupełnie nic. Z dnia na dzień przyglądałam się mojemu mężowi jak staje się wyśmienitą kucharką i gosposią.

Po paru tygodniach nie wytrzymałam. Nie mogłam znieść widoku faceta, który sam szykował sobie kanapki do pracy, to była moja powinność. Lubiłam przyrządzać obiady, a tym bardziej śniadania. Kanapki mojego męża były jedyne w swoim rodzaju, gruby plaster mięsa był grubszy niż sama bułka. Śmialiśmy się oboje, kiedy pakowałam je w papier śniadaniowy. To był nasz czas.

A teraz on, odwrócony do ściany odcinał nożem plasterek cieniutkiej kiełbasy. Nieśmiało podeszłam do niego.
– Oddaj mi to, ja to zrobię. – powiedziałam.

Niepewnie przełożył do moich rąk mięso i nóż. Podniosłam ostrze nad głowę, by odciąć za jednym zamachem kawałek ładnej porcji. I wtedy stało się.
-Jezus Maria, ty krwawisz! Zostaw to! – mój mąż wpadł w panikę.
Biegniem pobiegł do aparatu, żeby wezwać karetkę.

Spojrzałam na swoje nogi. Krew. Boże, uratuj moje dziecko. Zemdlałam.

Obudziłam się w szpitalu. Wszystko to samo. Tylko twarz lekarza była inna. Jego głos nie pozwalał na żadne sprzeciwy. Leżałam cicho popłakując i obwiniając siebie za to, co się stało.
– Miała pani leżeć. A pani się zachciało kanapek o piątej rano. Nie mogła pani spać? Trzeba było męża poprosić. – mruknął lekarz.- Proszę leżeć i nie ruszać się, basen przyniosą. Proszę dzwonić i ani drgnąć. – Wyszedł.

W drzwiach ukazała się nieśmiało głowa mojego męża.
– Mogę? – zapytał.
– Tak, wejdź…- głos mi sie łamał. – wybaczy mi proszę… – łzy płynęły jedna po drugiej, nie pozwalając na dalsze konwersacje.
– Ciiii…już dobrze…nie płacz, to moja wina, niepotrzebnie pozwoliłem ci na to, to moja wina…
Ale już jest dobrze, krwawienie ustało. Teraz trzeba czekać. Jest nadzieja, bądź dobrej myśli.

Jezu, błagam Cię, daj szansę temu dziecku, które noszę pod sercem i które pokochałam. Proszę… Zawierzam ci to moje dziecko. Błagam Cię, nie zabieraj mi tego cudu.

Lekarz ponownie pojawił się obok łóżka.
– Ma pani szczęście.- powiedział – nie poroniła pani. Silny zarodek. Pewnie dziewczynka. Męski embrion zazwyczaj jest słabszy i nie utrzymałby się. Ciąża nisko osadzona, a tak się trzyma. I to przed 28 tygodniem. Niewiarygodne. – Wyszedł z pokoju.

Jak dobrze. Co on powiedział? Że dziecko żyje. Dziekuję Ci Boże. Proszę, chroń nas, pozwól mi doświadczyć cudu narodzin. Nie chce niczego oprócz zdrowych dzieci. Nie chcę studiów, pieniędzy, bogactwa, chcę tylko donosić to DZIECKO, MOJE DZIECKO! Dam radę, uda mi się, urodzę JE. Słyszysz? Urodzę je!

Minął kolejny miesiąc. Robiłam się coraz większa i grubsza. Bałam się, że od tego leżenia będę miała problem z porodem.

Ktoregoś pięknego dnia obudziłam się wcześniej. Miałam parcie na pęcherz. Ubrałam kapcie i ruszyłam w stronę łazienki. Poczułam, że po nogach zaczyna mi coś lecieć. Bałam się spojrzeć w dół.
– Kochanie, dzwoń po pogotowie, znów krwawię…

Mój mąż zerwał się na równe nogi.
– Nie ma żadnej krwi! Co się dzieję? – niepewnym głosem zapytał mój mąż.
– Zobacz, jestem mokra. – bałam się patrzeć na to, co się działo.- To dopiero początek szóstego miesiąca. Jeszcze nie czas na rodzenie…
– Już jadą. Spokojnie, tylko spokojnie. Jesteś spokojna? – pytał mąż i głos mu się łamał.

Kolejna sala szpitalna. Kolejne badania i zabiegi. Strach przeszywał moją duszę. Nie, nie pozwolę nikomu zabrać mojego dziecka. Urodzę je. Słyszysz Boże?

– Odeszły pani wody płodowe. Całe szczęście, że nie dużo. Dziecko jest bardzo silne. Osiemdziesiąt procent takich przypadków kończy się poronieniem. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że dobrnęła pani tak daleko. Tym razem zostawiamy was na miesiąc w szpitalu, nie możemy ryzykować. – głos lekarza był stanowczy i nie znoszący sprzeciwu.

Zresztą nie miałam nawet siły, by walczyć, by stawiać na swoim, chciałam mieć to wszystko za sobą.

Długie dnie i noce spędzone na szpitalnym łóżku dawały się we znaki. Marzyłam, żeby się położyć do własnego łóżka i przytulić moje dziecko. Czy będzie mi dane je dotknąć, całować, tulić? Łzy zalewały moją twarz. Jak długo jeszcze wytrzymam? Nie mam sił, ale nie chcę przegrać. Muszę do końca stoczyć ten bój.

Codziennie rozmawiałam ze szpitalnym kapelanem. Starałam pogodzić się z tym, co mnie spotkało. Nie mogłam głaskać swojego rosnącego brzucha, żeby nie wywołać skurczy. Starałam się rozmawiać z tym Ktosiem, który mieszkał w moim brzuchu. Prosiłam, by dał radę, by wytrzymał, zostało już tak niewiele! Ksiądz słuchał uważnie moich słów. Starał się pocieszać, choć marnie mu to wychodziło. Zatapiałam się w bólu i to ciągle powracające pytanie: dlaczego? Dlaczego to ja zostałam wybrana do takiego cierpienia?

Któregoś dnia ksiadz wpadł do mnie w przelocie.
– Spieszę się dziecko, mam tu dla Ciebie prezent, prosze! – wręczył mi malutką książeczkę o Licheniu. Z racji tego, że nie miałam niczego do czytania, otworzyłam pierwszą stronę, a tam świadectwo matki, która o mały włos nie straciła dziecka. Tylko mocna wiara i nadzieja pozwoliły jej dotrwać do końca. Zaczęłam zachłannie czytać linijka po linijce, chłonąć każde słowo. Byłam pewna tego, co zrobię.

Wezwałam lekarza.
– Proszę mnie wypisać. Dziś wychodzę. -oznajmiłam.
– Czy pani się dobrze czuje?
– Tak, jak najbardziej. Chcę wrócić do domu. – byłam świadoma swoich słów.
– Dobrze. Wypiszę panią na własne żądanie. W razie komplikacji, nie będzie mogła pani wrócić. Najbliższy szpital jest 60 kilometrów dalej. Czy jest pani tego świadoma? – zapytal lekarz.
– Tak, jestem. – odpowiedziałam.

Trzymałam w ręku wypis ze szpitala. Recepty na leki, których nie powinnam była dostać, a jednak zostały mi wypisane. Czekałam na męża, bałam się, że nie będzie zachwycony sytuacją, w jakiej go postawiłam. Widząc mnie, uśmiechnął się.
– Daj, proszę, walizkę, mam nadzieję, że dobrze się czujesz? – zapytał, a ja poczułam to samo, co on. Wiedziałam, że musi być dobrze. Nie mogło być inaczej.

Poprosiłam, żeby zawiózł mnie do domu. Spokojnie, lecz stanowczo. Mój mąż wiedział, że nie dojdzie ze mną do porozumienia i jeśli już coś postanowiłam, nie można było mnie od tego odwieść. Otworzyłam komputer.

Zaczęłam wertować mapy, jak nakrócej dojechać do miejsca, w którym chciałam się znaleść. Sześć godzin to bardzo długo. Wiedziałam, że dam radę, że muszę przetrwać tę podróż i dojechać do celu. Spakowałam całą torbę leków, ubrania i wszystkie dokumenty szpitalne, które urosły do niebotycznych rozmiarów.

Siedziałam wpatrzona przed siebie i próbowałam odgonić złe myśli. Nie mogłam poddać się zwątpieniu, jakie zaczęło mnie ogarniać. Nikt nie pochwalał mojej decyzji. Tylko mój mąż stał twardo za mną. Wiedział, że nic nie wskóra sprzeciwem, a jeszcze zaszkodzi. Bo gdyby mnie nie zawiózł, wzięłabym pierwszy autobus jadący do Warszawy, a potem do Lichenia.

Z racjonalnego punktu widzenia nie miało szansy mi się udać. Zbyt słaba, zagrożona ciąża, a ja miałam przemieścić się przez pół Polski, żeby zawierzyć tą nienarodzoną istotę.

Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Nikt z nas nikogo nie zapraszał. Rodzina chodziła wokół nas na paluszkach, żebyśmy mieli spokój. Codziennie dzwonili, deklarowali swoją pomoc. Jednak my nie chcieliśmy litości. Sami musieliśmy przez to przejść. Długo zwlekaliśmy z otwarciem drzwi. W końcu mój mąż podszedł do drzwi.

Rozległ się śmiech. Uścisków nie było końca, ale nikt się nie pokazywał. Nie miałam ochoty podchodzić do drzwi. Opatulona siedziałam z filiżanką herbaty, drugą ręką zapinając ostatni plecak na jutrzejszą wyprawę. Oczekiwałam niezapowiedzianego gościa. Jakże byłam zdziwiona, kiedy w końcu ujrzałam twarz mojej siostry Klary! Stała w drzwiach, trzymając torbę w ręku.

Byłam szczęśliwa, a zarazem zaskoczona. Odgadła moje pytanie, odpowiadając.
– Wiem wszystko, nic nie mów. Nie mogłam pozwolić, byś wybrała się w tak daleką podróż beze mnie.
Łzy napłynęły mi do oczu. Nie mogłam nic powiedzieć. Cichy szloch wydobywał się z mojego gardła. Tyle czasu nie widziałam swojej siostry! Od lat pracowała na misjach w Afryce. Przyjeżdżała tylko na wakacje, które dawno minęły. A teraz stała tu przede mną, tuląc mnie w ramionach.

Moja starsza siostra miała gotową odpowiedź na każde nie wypowiedziane przeze mnie pytanie.
– Zaufaj Panu, a On cię poprowadzi, wiem, jak bardzo ci ciężko. Ale może tak musi być? Nie oczekuj żadnej odpowiedzi, po prostu daj się prowadzić. Jesteś tylko człowiekiem, wiem, że trudno to wszystko zrozumieć, widocznie ma to do czegoś służyć, uwierz mi. Sama postanowiałaś pojechać do Lichenia, a podróż ta jest dla ciebie niebezpieczna. Wiesz to, ale po przeczytaniu małej książeczki zaufałaś Bogu i postanowilaś jechać. Nikt nie może odwieść Cię od tego pomysłu. Ani mama, która nie może spać po nocach, bo martwi się o was, ani tato, który całkowicie posiwiał. Nikt się nie zgadza na twój wyjazd, a przede wszystkim lekarze. A ty uparcie twierdzisz, że musisz tam jechać, bo czujesz taką potrzebę. I ja jadę tam z Tobą, bo wiem, że musisz tam dobrnąć. Wiem, że nie będzie łatwo. Ufam Bogu i razem z Nim damy radę, wierzę w to. A teraz ubieraj się ciepło i ruszamy! Nie możemy zwlekać, długa droga przed nami…

*

Pranie zostało zrobione. Teraz tylko przebrać, co wywiesić na sznur przed okno, a co wrzucić do suszarki. I można biec do domu, by zrobić chociaż kotlety schabowe i jakąś sałatkę, zanim do domu nie wpadną głodne dzieci.

Dziś idę do pracy. Mam jeszcze trochę czasu, żeby ubrać się, poprawić makijaż i wziąść podmiejski pociąg na Manhattan. Muszę dopić ostatni łyk kawy. Przymykam oczy, żeby chwilkę odpocząć. Ale pod powiekami pojawiają się obrazy mojej podróży, którą odbyłam będąc w ósmym miesiącu ciąży.

*

Zapakowana na tylnie siedzenie naszego już nie młodego samochodu, okryta ciepłym pledem, miałam wystarczająco dużo miejsca, by komfortowo rozprostować nogi. Mąż i siostra usiedli z przodu. Droga była długa. Wyjechaliśmy w nocy, żebym miała czas na sen. Nim minęła godzina, pochrapywałam na tylnym siedzeniu. Mąż był zadowolony z obrotu sprawy, nie musiał martwić się, że źle się czuję albo, że jest mi niewygodnie.

Obudziłam się gdy już świtało, na dworze było biało, zaczął pruszyć śnieg. Czułam się bardzo dobrze. Wiedziałam, że wygram tę walkę i dobrnę do celu. Zadowolona, że tak łatwo idzie, chciałam zmienić pozycję i przekręcić się na drugi bok. Coś jednak zaczęło mi ciążyć. Brzuch zrobił się jak kamień.

Serce zaczęło mi mocno bić. Co się ze mną dzieje? Boże…
– O matko, ja chyba mam skurcze! – zaczęłam krzyczeć w panice.

Siostra, która drzemała, otworzyła szeroko oczy.
– Zatrzymaj się Andrzej. – rozkazała mojemu mężowi. – Szybko, rozkładaj koce!
– Ale jest śnieg na dworze, trzeba wezwać pogotowie! O matko, po co ja się na to godziłem! Co ja mam robić? – zaczął szlochać mój mąż.
– Rozkładaj koce, rozumiesz!? – rozkazała Klara.

Szybko wyciągnęli mnie na zewnątrz samochodu, otulając jak najszczelniej śpiworem.
– Spokojnie Olu, spokojnie – mówiła moja siostra gładząc mnie po ręce. – Spokojnie, zobaczysz, że wszystko będzie dobrze.
– Ja dzwonię po pogotowie, gdzie mój telefon?! – krzyczał mój mąż.
– Uspokój się! Podaj leki na rozkurczenie. Nigdzie nie dzwoń, damy radę, zobaczysz! Ola, spokojnie, obiecałaś, że dojedziesz, że wytrzymasz. Mówiłam ci, że będzie ciężko.
– Wiedziałam, ale nie zdawałam sobie sprawy, że mogę mieć skurcze w czasie podróży.
– Oddychaj i nie myśl o tym, co się stało, myśl tylko o tym, gdzie masz się znaleźć.

Starałam się zrobić w mojej głowie porządek i wyrzucić strach, który paraliżował całe moje ciało. Skupić się tylko na tym, że wiozę do Matki Najświętszej swoje pierwsze i nienarodzone dziecko. Wiedziałam, że Ono musi się narodzić. Nie mogło mi nic przeszkodzić, prosiłam o to Boga.

Po trzydziestu minutach poczułam się lepiej. Do końca naszej wyprawy została nam już niecała godzina. Wróciłam na miejsce na tylnym siedzeniu.

Kiedy zobaczyliśmy ogromny las dzielący nas od naszego docelowego miejsca, szloch wyrwał mi się z gardła. Dotarłam na miejsce! Przywiozłam dziecko, które zostało mi dane, ale przez wszystkich spisane na straty. Nie dla mnie, ja walczyłam o nie do końca. Wiedziałam, że muszę je tu przywieźć i udało mi się!

Płakałam, kiedy przekroczyłam próg bazyliki. Prowadzona za ręce przez najbliższych, prowadziłam wewnętrzną konwersację z Bogiem. A kiedy stanęłam przed obrazem Matki Naświętszej, mój cały ból zamienił sie w rozrywający szloch.
– Widzisz, Matko Najwiętsza, przywiozłam Ci to nienarodzone dziecko. Twój prezent, jaki mi ofiarowałaś. A teraz, zostaje mi on odbierany kawałek po kawałku! Błagam Cię, pozwól mi cieszyć się tym dzieckiem. Oddaje Ci je, jest twoje. Ale pozwól mi je urodzić i wychowywać. A jeśli bedziesz chciała je zabrać, to zabierzesz i mnie, bo nie pozwolę je tak po prostu wyjąć i wyrzucić jak niepotrzebną rzecz!

Jeszcze długo trwały nasze modlitwy w Licheńskim Sanktuarium.

JO

4 Responses to Pralnia

  1. zosia October 28, 2012 at 7:24 pm

    Bardzo wzruszajace! Dziekuje za wspaniale swiadectwo walki o zycie.

    Reply
  2. jola October 29, 2012 at 11:29 am

    Dziekuje,ze sie podoba to jeszcze nie koniec …..

    Reply
  3. Zaradne Matki October 29, 2012 at 5:42 pm

    Jolu, jestesmy poruszone Twoja historia! Chcialybysmy ja opublikowac na naszej stronie 🙂

    Reply
  4. anna November 13, 2012 at 1:38 pm

    Lzy mi same naplywaja do oczu :> prosze o wiecej takich histrori

    Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *