DPS

“Wakacje”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Dzieci wróciły ze szkoły. Kornelia była zła. Widziałam w jej oczach te chochliki, które rzucały wokół grad.
Nie chciałam z nią rozmawiać, wolałam przeczekać. Wiedziałam, że wchodzi w trudny okres i będzie mnie prowokować, żebym zaczęła się dopytywać, o co jej chodzi. A potem obwini mnie za nieszczęścia, jakie na nią spadają. Podeszłam do niej blisko. Chciałam ją przytulić. Wyrwała się z mojego uścisku.

– To twoja wina, że nie możemy jechać na zagraniczne wakacje ani nie mamy własnego domu! To twoja wina, że nie możemy kupować orginalnych ciuchów!

Prawie przez łzy rzucało we mnie oskarżenia moje najstarsze dziecko. Było mi bardzo przykro, ale nie dałam po sobie tego poznać.

– Usiądź proszę – poprosiłam łagodnie.
– Nie, nie będę z tobą rozmawiać i cię słuchać! Słyszysz? Nie chcę! – wrzeszczało moje dziecko.

Rzuciła się na łóżko zalana łzami.

– Nie kocham cię, nie kocham! Słyszysz?! – wrzeszczała Kornelia.
– Dobrze, nie musisz mnie kochać. Powiem ci tylko jedno. Spójrz na to inaczej. Nie stać nas na wiele, ani na zagraniczne wyjazdy, ani na orginalne ciuchy ani tym bardziej na dom. Tata ciężko pracuje żeby nas utrzymać. Inne dzieci, tak jak mówisz, mają to wszystko, ale nie mają mamy, która czeka na swoje dzieci z obiadem. Ani taty, który ma czas wytłumaczyć matematykę. Inne dzieci może mają zagraniczne wczasy, ale ich rodzice chcą odpocząć, nie mają czasu na zamki z piasku, ani na wspólną grę w scrabble w deszczową pogodę, ani na wspólne oglądanie zachodu słońca, ani na wspólne gotowanie czy wieczór z herbatą. A ty masz nas, dajemy ci to, co najważniejsze. Niedługo los się i do nas uśmiechnie, kupimy duży dom, ale co z tego, jak się wyprowadzicie i zostanie pusty? A drogie obrazy na ścianach nie wrócą tego, co mamy teraz. Mieszkamy w ciasnym mieszkaniu, ale otacza nas miłość, nie czujesz tego, że was, ciebie kochamy i to Wy jesteście najważniejsi dla nas?

Wyszłam do kuchni. Zostawiłam ją samą z myślami. Niech wie, że chociaż nie ma tego, co inni, to ma nas. Doceni to, gdy odejdzie z domu na swoje, albo gdy nas zabraknie. Usiadłam przy kuchennym stole by przetrawić jeszcze raz to, co powiedziała moja córka. “Nie kocham was..” wiem, że mówiła w złości, ale takie słowa ranią… Zamyśliłam się nad naszym powrotem z dalekiej podróży, która dała nam siłę…

* * *

Wróciliśmy cali. Podróż minęła nam spokojnie. Położyłam się do łóżka by wyprostować obolałe kości. Tyle godzin w samochodzie to długo, tym bardziej, jak się nosi pod sercem nowe życie. Wiem, że było warto. Czuję to. Jestem spokojna, wiem, że dobrze zrobiłam pomimo sprzeciwu rodziny. Teraz już może być tylko lepiej…

– Może byśmy pomyśleli o kupnie łóżeczka? – zagadnęłam męża, oparta o jego plecy. On, zapatrzony w gazetę, zdawał się nie słyszeć tego, co do niego mówiłam.

– Chcę kupić łóżeczko – powiedziałam dobitnie.

Jego twarz drgnęła. Ciągle wpatrywał się w gazetę. Nic nie odpowiedział.

– Chcę jechać na zakupy, muszę zrobić zakupy. Niedługo termin porodu, trzeba skompletować wyprawkę dla dziecka. Przydałoby się i dla mnie coś nowego. – mówiłam nieśmiało, pamiętając czas mojego pobytu w szpitalu, który pożerał nasze oszczędności.
– Tobie trzeba coś kupić? hmmm…pomyślimy… – odrzekł mój mąż.
– No, nie tylko mnie, ale i dziecku, do tej pory niczego nie kupowaliśmy, a chyba trzeba by było, nie sądzisz? – ostrożnie rozkręcałam temat.
– Mówisz o prezentach świątecznych? – grał ze mną.
– Nie drażnij się ze mną, wiesz o czym mówię… – zabolało mnie trochę, że temat dziecięcych ubranek, mebelków, kosmetyków, że nic go to nie obchodzi.

Zaczęłam chlipać, chyba hormony i instynkt macierzyński dawał się we znaki.

– No i czego płaczesz? – czule powiedział mój mąż.
– Bo ciebie nie interesuje, że niedługo powitamy na świecie tego Ktosia, który siedzi o tam – pokazałam na mój wielki brzuch. Dziecko jakby czuło, że mówimy o nim, zaczęło fikać. Nawet przez chwilkę pokazało nam swoją maleńką stopkę. Kolejny powód do radości i łez.
– Dobra, ubieraj się, jedziemy. – zakomenderował mój mąż.
– Jedziemy? Gdzie? O tej porze? Już późno, wszystkie sklepy dawno zamknięte… – starałam się ukryć mój gniew, który pojawił się we mnie nie wiadomo skąd.
– No jak, chcesz zrobić zakupy przecież! Nie pozwolę żeby królowa mojego serca płakała, że nie kocham i że nie myślę o dziecku. No już, ubieraj się, jedziemy!

Niespiesznie ubrałam się, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że o 9-tej wieczór żaden sklep nie jest otwarty.
Ruszyliśmy nie rozmawiając ze sobą. Na dworze padał drobny śnieg. Wokół panował mrok. Tylko tańczące wokół płatki śniegu zdawały się być zadowolone z panującej sytuacji. Zastanawiałam się, jak dawno temu nie przemierzałam tej trasy…Tak, kilka miesięcy temu stąpałam po raz ostatni, zanim nie trafiłam do szpitala na tak długo…

– Toż to dom moich rodziców! – krzyknęłam wiedząc, że rodzice o tej porze kładą się już do łóżka. – Zawracaj, nie mogę im się tak pokazać! Przestraszą się, że coś mi się stało. -krzyczałam zdenerwowana.
– Wysiadaj, no już. – głos męża był stanowczy.

Siedziałam w samochodzie myśląc o tym, co powiem rodzicom. “Mamo, tato, przyszłam was odwiedzić”? Normalnie jak marnotrawna córka. Nie, nie mogłam tak wejść i po prostu powiedzieć jak za dawnych czasów, kiedy wracałam po spotkaniu z koleżankami z ogólniaka: “hej, już wróciłam …”

– Wysiadasz czy mam iść sam? – pośpiesznie pytał mój luby.
– Dobra, wygrałeś, wysiadam. – Ciężkimi nogami ruszyłam w stronę domu moich rodziców. Pies zaczął szczekać. Już po chwili poczuł “swoich” i przyjaźnie pomerdał ogonkiem. W kuchni zapaliło się światło, jakby tata czekał na mnie z herbatą. Coś ścisnęło mnie za serce, a z oczu potoczyły się łzy. Tyle ciepła i radości powraca, kiedy przekraczam próg mojego domu rodzinnego.

Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Na stole przygotowany jabłecznik. Moje ulubione ciasto, herbata z miodem i cytryną, rodzice, którzy właśnie czekali na zziębniętych przybyszów no i moje rodzeństwo. Co u licha tu się działo? Do świąt jeszcze daleko? A tu cała załoga. Przecież nikt nie piecze ciast zaczynając od połowy listopada. Nikt nie przerywa pracy i nie spędza miesiąca wakacji w listopadzie.

– Co wy tu wszyscy robicie? – zapytałam.
– Nic, siedzimy i popijamy herbatkę. Chcesz? – zaproponowała moja mama.
– Nie dawaj jej nic do picia, daj ciasta, dopiero przed chwilką wyjąłem z piekarnika – dumnie rzekł mój tato, mistrz kuchni.
– Masz tu koc – powiedziała moja siostra Klara, która zamiast wracać do zgromadzenia, siedziała jak za dawnych lat na piecu, rozciągając się jak leniwy kot.
– A ty co tu robisz? – rzekłam do mojej najmłodszej siostry, która zamiast studiować w Olsztynie weterynarię popijała herbatkę.

Wszyscy zmieszali się na moje słowa, jednak nikt nie miał zamiaru odpowiadać na moje pytania. Życie toczyło się tu jak za dawnych czasów, kiedy cała nasza trójka chodziła do podstawówki, a mama zajmowała się domem pachnącym drożdżowym ciastem, suszoną lipą i ziołami. Uwielbiałam ten czas. Zakochałam się i postanowiłam się usamodzielnić wynajmując kawalerkę. Tylko nasze małe gniazdko w niczym nie przypominało mojego rodzinnego domu. Czegoś w nim brakowało. Uwielbiałam wracać do mamy i przyglądać się, jak robi kolejny sweter na prezent pod choinkę. Odkąd zaczęły się problemy z ciążą nie miałam czasu na długie posiadówki u rodziców. Na szklaneczkę wina domowej roboty, ani na niedzielny spacer po naszym ogrodzie. Tyle czasu już minęło. Łzy napłynęły mi do oczu. Niezgrabnie zaczęłam wycierać nos. Ostatnio czułam się taka niezgrabna, wszystko mi wypadało z rąk, byłam wielka, ręce miałam jak bochny chleba, a twarz okrągłą jak piłka. Mój mąż twierdził, że wyglądam pięknie, wiedziałam jednak, że nie chce zrobić mi przykrości. Było mi wszystko jedno jak wyglądam. Chciałam urodzić zdrowe dziecko, to było dla mnie najważniejsze. Mój mąż widząc, że znów wycieram kolejną łzę, wziął mnie za rękę.

– Mamo, przepraszam, ale nie mogę pozwolić żeby moja żona płakała bez powodu, serce mi się kraja, kiedy widzę ją w takim stanie.

Mąż wybiegł na górę. Jeden pokój był zamknięty. Wydobył klucz i kazał mi zamknąć oczy.

– Obiecaj tylko, że nie zemdlejesz.
– Oszalałeś, nie mam zamiaru, bardzo dobrze sie czuję. – Odparłam.
– Raz, dwa, trzy, otwieraj… – rzekł mój mąż.

Otworzyłam oczy. O matko! Mało nie upadłam. Wszystko wokół było różowe. Jakby ktoś wziął pędzel i pomalował cały pokój. Nie mogłam złapać tchu, kręciło mi się w głowie. Usiadłam na łóżku nie mogąc oderwać oczu od otaczającego mnie przepychu.

– Dobrze się czujesz kochanie? – strapiony zapytał ojciec mojego dziecka.

Łzy znowu napłynęły mi taką falą, że nie mogłam się powstrzymać. Ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam szlochać. Wszyscy rzucili się do mnie przestraszeni, że źle się czuję.

– Zostawcie mnie proszę, nic mi nie jest…- głos mi się łamał.

Wszyscy zeszli na dół. Została tylko Klara i Ania. Nie mówiły nic. Siedziały obok mnie.
Otrząsnęłam się. Podeszłam do pierwszej sukieneczki o miniaturkowych rozmiarach. Wzięłam ją w dłonie i upajałam się zapachem bijącym od kawałka materiału.

Wpadłam w panikę, bo tak naprawdę nie miałam okazji by spytać się lekarza, kogo powitamy na świecie. Cały czas miałam nadzieję, że wreszcie w naszej rodzinie zawita chłopiec, którego nie dane było doczekać się mojemu tacie. Spojrzałam na siostry, które mrugnęły do mnie okiem.

– My już wiemy, kto to będzie – roześmiała się Ania.
– Cicho bądź. Ty zawsze musisz być pierwsza. – Skarciła ją Klara.
– Trzeba jej wreszcie powiedzieć. Że kiedy ona leżąc i zamartwiając się o dziecko, jej nieposkromiony mąż był tak dociekliwy, że sam zadbał o to, by dowiedzieć się o płeć maleństwa.-zachichotała Ania.
– Chcieliśmy zrobić ci niespodziankę. Odkąd dowiedzieliśmy się, że to Ona, zaczęliśmy kompletować wyprawkę, ubranka, zabawki. Rodzina pomogła. – zdawała relację Ania.
– Tylko z imieniem nie wiemy, co zrobisz. Bo zapewne sama będziesz chciała wybrać. Wiec my nic a nic nie próbowaliśmy wybierać. Tylko mama chciała “Zosię”, a tata “Marię”. – niestrudzenie zdawała relację moja młodsza siostra.
– Powiedz, zastanawiałaś się jak dasz dziecku na imię? – pytała Klara.
– Hmmm… tak naprawdę to nie zastanawiałam się, bo odkąd lekarz powiedział, że jest 80 procent szansy, że nie utrzymam tej ciąży, nie chciałam robić sobie żadnych nadziei. Głos mi drżał.
– No już, uspokój się, wszystko będzie dobrze, zobaczysz – zapewniły mnie siostry.- Chcesz popatrzeć na rzeczy dla maleństwa?

Bałam się, że od tego przepychu zakręci mi się w głowie. Dotykałam każdej kolejnej rzeczy z majestatem, jakby moje jeszcze nienarodzone Dziecko było najważniejszą istotą we wszechświecie. Dziękowałam Bogu za rodzinę, za to, że tak skrzętnie ukrywali to wszystko przede mną. Byłam dumna. Rozpierały mnie szczęście i radość.

Zeszliśmy na dół. Chciałam wiedzieć, jak oni to wszystko zebrali, kupili, ukryli przede mną. Z tym ostatnim było najmniej problemu, bo odkąd szpital stał się moim drugim domem, nie miałam czasu na odwiedziny, a tym bardziej o myśleniu o rodzinnym domu. Mama wciąż wspominała, że chciałaby mieć mnie blisko siebie. Ja stanowczo odmawiałam, nie chciałam żeby ktokolwiek patrzył na nasz ból, który wdarł się na kilka miesięcy.

Czułam się coraz lepiej, mogłam pozwolić sobie na dreptanie po kuchni, delektowaniem się bycia w ciąży i zimową aurą za oknem. Do świąt było coraz bliżej. Termin miałam dopiero na styczeń. Lekarz, który na początku był sceptycznie nastawiony do mojej podróży, teraz, przy kolejnej wizycie podjął temat rozmowy.

– Zaskoczyła mnie pani. Miałem ochotę potrząsnąć panią. To było takie dziecinne podejście. Zagrożona ciąża a tu taki wyjazd prawie na drugi koniec Polski. Nie wierzyłem, że się pani uda. Zresztą powiem szczerze, ja i moja żona straciliśmy dwoje pierwszych dzieci. Nie udało się donosić. Mamy tylko jedno i tak było trudno, ale udało się. Dlatego z punktu medycznego, jak i prywatnego byłem przekonany, że się pani nie uda, to nie miało szansy się udać. Rozumie pani o co mi chodzi.

Tak, rozumiałam to aż nazbyt doskonale.

– Z punktu medycznego nie powinienem był wypisywać recept. Pacjent, który sam wypisuje się ze szpitala, musi wiedzieć, że ryzykuje czasem bardzo wiele. Ale ta determinacja w pani oczach, ta pewność siebie… Ja nie wiem, co mnie skłoniło, że wypisałem te leki – motał się lekarz.

Wiem, co chciał powiedzieć. Ja też nie wiem, co mnie nakłoniło do tak radykalnej decyzji. Leżałam na szpitalnym łóżku, modliłam się, ale nie jakoś tak zażarcie. Czekałam na wizyty naszego kapelana, który przychodząc miał zawsze czas na to, by tchnąć w nas nową nadzieję. Nasz ból wylewałyśmy na niego. Starałam się nie oskarżać, czekałam tylko na wyjaśnienie dlaczego. Dlaczego wybrał Bóg mnie i tak doświadcza? Nie mogłam sobie z tym poradzić. Miałam zaplanowane swoje życie w każdym detalu. Nie było w nim miejsca na chorobę, cierpienie i ból. Miała być tylko radość, taka jak do tej pory. A teraz sypał się grad nieszczęść. Nie mogłam zaplanować niczego, mogłam cieszyć się tylko każdą chwilą i wysysać z niej soki, by napawać swoje zgłodniałe serce. Każdy dzień spędzony z moim dzieckiem, każda chwila w której czułam ruchy, upijały mnie z radości. Ksiądz dawał dobre rady, aż wreszcie przyniósł mi nadzieję, której oczekiwałam. Wierzyłam w cud. Wierzyłam w Boga. Lekarz rozkładał ręce kiedy pytałam się o stan mojej ciąży. Ktoregoś dnia nowy lekarz stwierdził, że nie dam rady donosić tego dziecka, zbyt słaba jest ta ciąża. I nie powinnam liczyć na cuda, bo także rzadko się zdarzają, a tym bardziej w takim przypadku. To wtedy podjęłam wyzwanie. Prowadziłam cichą konwersację z Bogiem. Nie chciałam się poddać, nie ja. I jeśli chciał, mógł wziąć wszystko, pieniądze, samochód, nawet wynajmowane mieszkanie, ale dziecka nie chciałam oddać. Zawierzyłam je Bogu. Zaufałam, bo jakaś wewnętrzna siła dawała mi pewność, że jak pojadę do tego Sanktuarium i przed obliczem Matki złożę swoją ofiarę mojego Dzieciątka, to wszystko będzie dobrze. I tak też się stało. Nie poroniłam.

24 grudnia o 1 nad ranem poczułam jakby coś mnie ściskało. Nie miałam pojęcia, że to mogą być skurcze. Odwróciłam się na drugi bok, ale znów poczułam to samo. Wstałam, by wziąć prysznic. Coś zaczynało się dziać, nie chciałam panikować. Włączyłam muzykę by uspokoić nerwy. Z każdą chwilą narastało dziwne uczucie. Do porodu było jeszcze trochę czasu. Zadzwoniłam do mamy prosząc by przyjechała. Nie minęła chwila i do mieszkania weszła mama i Klara. Mój mąż przerażony, że coś się stało, zerwał się na równe nogi.

– Zawieźcie mnie do szpitala, ja chyba rodzę.
– O matko, gdzie moje spodnie, mamo, dzwoń po karetkę – mój mąż nie mógł opanować paniki, jaka go dopadła.
– Spokojnie, wiem, że wszystko będzie dobrze, jestem spokojna, wiem tylko tyle, że rodzę, tak bynajmniej czuje – niepewnie odrzekłam.

Klara odpaliła samochód.

– Oddychaj, raz, dwa, trzy, o matko, oddychaj! – darł się mój mąż.
– Opamiętaj się chłopie, to ja rodzę, nie ty, uspokój się bo mnie drażnisz – próbowałam uspokoić mojego męża, który usadowiony z tyłu samochodu panikował coraz bardziej.

Moja mama popatrzyła się dumnie na mnie i rozkazała ruszać do szpitala. Nie wiedziałam tylko, że znów czeka na mnie niebezpieczeństwo.

****

– Mamo, przepraszam. Wiem, że zabolały cię słowa, które powiedziałam – oczy mojej córki szkliły się od płaczu – przepraszam, ale zrozum mnie, cały dzień spędzam w szkole, gdzie koleżanki przechwalają się tym, co mają, a ja? Ja nie mam takich bajkowych wspomnień. Jest mi przykro czasem, chce mi się płakać. Ale rozumiem, co mi powiedziałaś. Moje koleżanki nie mają rodziców w domu. Czeka na nie pusta lodówka i odgrzewany kotlet w mikrofali. Jutro im powiem, jaką mam fajną mamę. Bo naprawdę jesteś cool, wiesz? – z sympatią powiedziała dumna jak paw moja córka.

JO

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *