DPS

“Pożegnanie i nowe jutro”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

O piątej rano obudził nas telefon. Sam widok cyferek na słuchawce postawił nas na nogi. Wiedzieliśmy już, że stało się cos złego. Rodzina mieszkająca w Polsce nie dzwoniła do nas z byle powodu. Telefon dźwięczał natarczywie, jakby chciał przekazać nam smutną nowinę. Żyliśmy z tą świadomością, że w każdej chwili może stać się to, co staraliśmy się od siebie odsuwać.

Patrzyliśmy oboje na wirującą słuchawkę. Każde z nas zwlekało z jej podniesieniem. Przytrzymałam rękę męża. Wiedziałam, że za chwilę jego świat się zmieni. Podniósł słuchawkę powoli, jakby chciał odsunąć od siebie to, co zaraz miał usłyszeć.

Kornelia podniosła głowę. Przez zamglone oczy wpatrywała się w nasze twarze, jakby chciała wyczytać, co się stało.
– Śpij kochanie. – Mój głos zaczął drżeć. Nie chciałam pokazywać jej moich łez, które tłoczyły się pod powiekami.
Usiadła na łóżku podciągając pod nos kołdrę.
– Co się dzieje mamusiu? – Zapytała niepewnie. – Coś z dziadkiem?

Nie chciałam jej okłamywać. Była wystarczająco duża, bym mogła podzielić się z nią ta straszną wiadomością. Skinęłam tylko głową. Nie chciało mi przejść przez gardło żadne słowo. Patrzyłam na męża. Z uporem zachowywał stoicki spokój. Przy każdej jego odpowiedzi szloch rozrywał mu serce. Bozszzzz, jakie te nasze życie jest krótkie. Pomyślałam patrząc na sylwetkę mojego męża, który coraz bardziej kurczył się przypominając nasze bezbronne dzieci. Podeszłam do niego, położyłam mu rękę na ramieniu. Chociaż tak mogłam przekazać mu, że jestem obok, że jestem z nim i jego najbliższymi.

Nie położyliśmy się już tej nocy. Pośpiesznie wyciągałam najpotrzebniejsze rzeczy mojego męża, by zapakować je do walizki. Z oczu toczyły się łzy. Niby byliśmy przygotowani, że kiedyś nadejdzie ten dzień i odejdzie kolejny wspaniały człowiek. Ale kiedy nadchodzi ta chwila, nie można się z nią oswoić. Chiałam lecieć z moim meżem. Nie mogłam, młodsze dzieci nie miały paszportów. Zaczęłam dzwonić, by przyspieszyć wyrabianie potrzebnych dokumentów. Niestety, nie udało się.

Zalatwiliśmy dość szybko miejsce w samolocie i już po kilku godzinach żegnaliśmy się. Cierpienie rozrywało nasze serca. Smierć jest tak okrutna, nie dość, że zabiera za szybko ludzi których kochamy, to jeszcze rozsypuje nas samych. Zamknęłam drzwi za moim mężem. Usiadłam na krześle, by móc to wszystko poukładać
i przekazać dzieciom te smutną nowinę. Przypomniała mi się zdarzenie, które wydarzyło się o 5 rano.

* * * *

Piąta rano. 24 grudnia. Czekam na korytarzu na lekarza, który jest na odziale. Zaczynam dreptać, ból staje się coraz mocniejszy. Nie potrafię znaleść pozycji, która dawałaby mi choć na chwilę wytchnienie. Chodzę, oddycham, kucam. Mąż chce mi masować kręgosłup. Nic mi nie pasuje. Staram się uśmiechać, ale moja twarz tylko wykrzywia się w grymasie bólu.

– Ile jeszcze mam czekać na lekarza? – mówie wyraźnie i stanowczo.
– Nie tylko pani jest w ciąży, tam, na górze, rodzą kobiety – odburkuje położna.

Staram się być miła. Odchodzę. Łapie się za poręcz. Odsuwam się od wszystkich. Nie chce nikogo, najlepiej by było, gdyby zostawili mnie tu samą. Chcę odpocząć.
Kolejny skurcz rozrywa moje wnętrza.
– Auuuuu…- krzyczę i kucam, bo ból jest nie do wytrzymania.

Podbiega mama, mąż, siostra, każdy ze swoim współczuciem, tylko nikt nie wie, jak mi pomóc.
– Wezwijcie lekarza! Ona rodzi! – krzyczy mama.
– Jeszcze nie rodzi, jeszcze poczeka – odpowiada spokojnie pielegniarka.

Buzuje we mnie złość. Mam ochotę posłać jej kilka wulgarnych słów. Jednak zanim otwieram buzię, ból się zmniejszył. Mogę usiaść i odpocząć. Jestem spragniona i głodna. Nie mam siły. Chcę spać. Chcę odpocząć.

Szósta. Przychodzi pani doktor. Wesoła, radosna.
– No, jak tam? Jak sie pani czuje? – pyta – rodzimy czy mamy fałszywy alarm? Dziś wigilia, zamiast przygotowywać się do wieczerzy, pani na porodówce. A w karcie widnieje połowa stycznia! – rozbawiona pani doktor nie daje za wygraną.
Kolejny skurcz przegioł mnie wpół. Zaczęłam szybko oddychać.
– Auuuu….proszę o jakieś przeciwbólowe…nie dam rady…
– Prosze do badania – skierowała ręką doktor.
– Proszę poczekać, aż żonie minie kolejny skurcz – prosił mój mąż.
– Nie mogę czekać, oprócz was nikogo nie ma a ja muszę wracać na górę.

Popatrzyłam na nią z ukosa. Ból rozdzierał moje ciało. Jak mam rodzić na jej zmianie, to wolę do domu – pomyślałam przez ułamek sekundy, póki nie złapał mnie kolejny skurcz. Wbiłam paznokcie w rękę mojego męża.
– Człowieku, jak to tak boli, to nigdy wiecej, o matko, nie wytrzymam, nie dam rady – klęcząc błagałam męża o pomoc.
– Dobra, biorę żonę ze sobą. Pan może pójść ze mną, reszta państwa zostaje w poczekalni – zarządziła pani doktor.

Na oddziale dostałam koszule. Miałam się przebrać. Z wielkim trudem i pomocą męża zmieniałam rzeczy. Bolał mnie krzyż. Każdy ruch był nie do wytrzymania. Chciałam zwinąć się jak kot, tylko wielki brzuch uniemożliwiał jakąkolwiek zmianę pozycji na lepsze. Zaczęłam masować brzuch. Wydawało mi się, że tylko to przyniesie ulgę.
– Proszę nie dotykać brzucha – krzyczała pielegniarka – to powoduje silniejsze skurcze. Prosze chodzić, to najlepiej pomaga.

Nie mogłam przekładać nóg. Bolało za każdym razem, kiedy stąpałam.
Wezwała mnie pani doktor. Po badaniu stwierdziła, że nie ma dużego rozwarcia, 4 centymetry to mało, jak na poród.
– Bóle silne, to fakt, proszę pod prysznic, to złagodzi ból. Będziemy kontrolować. A mąż niech masuje plecy, to pomaga – z uśmiechem świergotała doktor.

Po kolejnych godzinach stąpania, dreptania, kąpieli, miałam dość. Byłam wycieńczona, nie miałam sił. Chciałam odpocząć. Powieki same opadały, by za chwilę od bólu i wycieńczenia otworzyć się na całą szerokość.
– Ile jeszcze będzie to trwało? – pytałam mojego męża.
– Jeszcze troszkę, zobaczysz, damy radę… – niepewnie odpowiadał.

Badania nie potwierdziły postępującego porodu. O 9 wieczór kolejna pani doktor, której nie znałam zarządziła.
– Przebijamy pęcherz wód płodowych, to przyśpieszy poród…

Położyłam się na łóżko. Wody popłynęły. Myślałam, że to złagodzi ból. Jakże się myliłam.
Kolejny skurcz. Nie miałam siły na wstanie z łóżka. Ból przeszywał moje wnętrzności, rozrywał mnie od środka. Starałam się oddychać tak, jak mnie tego uczono, ale nic nie przynosiło ulgi. Błagałam, by coś zrobili. Pani położna uśmiechała się, by od niechcenia stwierdzić:
– Nie pani pierwsza rodzi i nie ostatnia. Trzeba zobaczyć, czym jest prawdziwy ból…

Zabijałam ją wzrokiem. Nigdy nie czułam takiego bólu. Kazałam wyjść mojemu mężowi. Chciałam widzieć się z Klarą.
– Błagam, zawołaj ją – prosiłam męża.

Przybiegła. Pielęgniarki były zdumione, bo pierwszy raz na porodówce znalazła się zakonnica.
Oddychałam szybko. Skurcze nie pozwalały o sobie zapomnieć.

– Klara, błagam cię, jeśli coś się ze mną stanie, zaopiekuj się moim dzieckiem!
– Ale ja nie mogę, przecież wiesz, zresztą nic ci się nie stanie, co ty wygadujesz! – spanikowana mówiła moja siostra..
– Zobacz – pokazałam jej moje dłonie – moje paznokcie, widzisz, sinieją, ja chyba umieram, nie mogę złapać oddechu, obiecaj mi tylko, proszę…

Nie pamiętam, czy mi odpowiedziała. Zemdlałam.

Obudziło mnie tykanie monitoru i kwilenie dziecka. Mojego dziecka. Chciałam odwrócić się na bok. Nie mogłam. Nie czułam nóg. Nie miałam sił cokolwiek mówić. Łzy płynęły mi po policzku.
– Ale nas pani nastraszyła. Proszę się nie ruszać. Jest pani po cesarskim cięciu. Musieliśmy wykonać je natychmiastowo. Puls zanikał, kiedy pani zemdlała. Dziecko urodziło się o 21:28 w wigilię. Ma pani prawdziwy prezent. 52cm,waga 3650 gram. To dziewczynka. Cieszy się pani? – informowała mnie pani doktor .

Łzy płynęły mi po twarzy. Czy się cieszę…przeszłam przez piekło, by powitać na świecie moje Dziecko, a teraz nie mogę jej przytulić. Przywiązana do aparatury…Skinęłam tylko głową.
Moja siostra stała obok ocierając łzy. Była biała jak ściana. Usiadła na brzegu łóżka. Wzięła małe zawiniątko i położyła je blisko mnie, bym mogła je nakarmić. Płakałyśmy obie.

Do sali wszedł mój mąż z torbą rzeczy dla niemowlaka. Widząc nas płaczące, sam dołączył sie do nas. Była to chwila prawdziwego szczęścia.

Gardło miałam obolałe od intubacji. Poprosiłam tylko, by odwinęli i pokazali mi dziecko. Chciałam przekonać się, czy ma rączki i nóżki. Czy każdy paluszek jest tam, gdzie powinien być. Byłam dumna.

Kiedy minęła doba i mogłam się ruszyć, przywieźli mi dziecko oznajmiając, że odtąd mała zostaje już ze mną. Przestraszyłam się trochę. W głowie mi się kręciło. Jeszcze nie ruszałam się samodzielnie a tu już mam pełnić całodobowy etat nad swoim dzieckiem. Dziecko, jakby czując, że jest tam, gdzie powinno być, zaczęło płakać.
– No proszę, teraz już mamy kolej, żeby dziecko nakarmić – rozkazująco powiedziała pielęgniarka, która je przyniosła.
– Ale ja jeszcze nie czuje się dobrze, proszę mi pomóc – poprosiłam.
– A czy tylko pani jedna jest po cesarce i ma dziecko? No, już, idziemy.

Spuściłam nogi z łóżka. Poczułam gorąco. W głowie mi się zakręciło. Złapałam głęboki oddech. Muszę się ruszyć, muszę dać radę. Dziecko płakało coraz głośniej. Podniosłam się i świat zawirował mi przed oczami. Zszyty brzuch dał o sobie znać. Zagryzłam zęby z bólu. Przeciez tylko kilka kroków dzieliło mnie od mojego dziecka. Dam radę, muszę! Przekonywałam samą siebie.
– No szybciej, niech się pani tak nad sobą nie użala. Ja nie mogę pani pomóc, mam też inne dzieci do rozwiezienia – ofuknęła mnie położna wychodząc.

Niezgrabnie trzymając się jedną ręką poręczy, drugą ściskając brzuch, stawiałam drobne kroczki. Przyzwyczajając moją głowę, w której świat wirował dookoła. Mała darla się już na dobre. Pociągnęłam plastikowy pojemnik w którym znajdowało się moje maleństwo i ruszyłam spowrotem do łóżka. Uśmiechnęłam się do niej. Była taka malutka! Jej różowiutka buzia była ściśnięta pieluszkami, wyglądała jak mała kukiełka o ruchomej twarzy. Nie mogłam się nadziwić, że to moje dziecko! Kwilące zawiniątko dawało o sobie znać. Ciągnęłam za sobą coś, co przypominało łóżeczko mojego dziecka. Usiadłam na łóżku łapiąc oddech. Nogami przytrzymywałam koła, żeby pojazd nie odjechał, a rękoma próbowałam wyjąć płaczące maleństwo.

Kiedy położyłam ją na łóżku obok siebie, nie mogłam się na nią napatrzeć. Powoli odwijałam pieluszki, w które było zawinięte moje dziecko. Cudowna. Taka maleńka. Pieluszka była tak duża, że zakrywała ją do połowy.
– Ojej, przecież ona ma brudno! Jak ja mam ją przebrać? – Zaniepokoiłam się. Nie miałam do czynienia z małymi dziećmi. Nie potrafiłam zmienić pieluchy. Czułam ogarniający mnie wstyd. Nieśmiało nacisnęłam na dzwonek, który przywoływał pielegniarkę.
– Nie wiem, jak mam przewinąć własne dziecko.- Łzy popłynęły mi po twarzy.
– Proszę nie płakać, pomogę pani. O, pani jest po cesarce, trzeba było nie wstawać, pomogłabym! Ja tu jestem, żeby pomoc. – Z uśmiechem mówiła młoda pielęgniarka.

Zaczęłam szlochać. Opowiedziałam jej sytuację, która zdarzyła się przed chwilką. Nic mi nie odpowiedziała. Pochyliła się tylko nad moim dzieckiem uśmiechając się do niej jak anioł.
– Będę wpadać tu do pani co chwilkę. Ja jestem tu na stażu. Pomogę, jak będzie trzeba, proszę nie płakać. Nakarmi pani dziecko, a potem zabiorę małą, żeby mogła pani przespać się trochę, bo w nocy mnie nie będzie.

Dziecko było głodne. Jadło łapczywie, a kiedy było najedzone, zasnęło. Wpatrywałam się w Nią jak w najcudowniejszy obraz. Uśmiechała się i już było widać jej dołeczki w obu policzkach. Miała takie długie paluszki! Istny aniołek. Wiedziałam, że dam jej imię po babci mojego męża – Kornelia. Tak, to imię będzie najlepiej do niej pasowało.

Po trzech dniach spędzonych w szpitalu pani doktor stwierdziła, że dziecko szybko przybiera na wadze. Tylko ze mną zaczęło się coś dziać. Dostałam gorączki. Moje piersi były gorące i strasznie mnie bolały. Doktor stwierdziła, że to zapalenie. Dziecko nie wyjada do końca mleka, a że mam go dużo, zalega i powstaje zapalenie. Dostałam odciągacz do pokarmu. Musiałam zbierać mleko. Doszło do tego, że karmiłam nie tylko swoje dziecko, ale też trójkę innych dzieci, których mamy nie miały swojego pokarmu.

Po tygodniu spędzonym w szpitalu, wróciłyśmy do domu, by cieszyć się prawdziwą rodzinną sielanką. W domu czekała na nas niespodzianka. Wszyscy najbliżsi zjechali się, by przywitać nowego członka naszej rodziny. Ogarnęła mnie radość. Tyle miłości, ciepła, wokół takiego maleńkiego człowieka. Byłam dumna. Wszyscy chcieli zobaczyć, dotknąć, wycałować nasze maleństwo. Mój mąż kipiał z dumy stojąc asekurująco przy swojej małej księżniczce, gdy ktokolwiek zbliżał się do niej.

Dobę po powrocie dziecko zaczęło krzyczeć tak przeraźliwie, że nie wiedzieliśmy, co się stało. Wezwaliśmy pogotowie. Pani doktor uśmiechnęła się i stwierdziła, że kolka to normalne u dzieci, szczególnie u tych karmionych naturalnie.
– Proszę przygotować się na nieprzespane noce. Tu są recepty na kropelki od kolki. Jednak nie gwarantuję, że zdziałają cuda. Pani musi uważać na to, co je. Proszę wykorzystywać domowe sposoby. Termofor, suszarkę… – lekarka wyliczała kolejne sposoby na złagodzenie bolącego brzuszka u maleństwa.

Dzień i noc. Jedno podobne do drugiego. Na zmianę zmienialiśmy wartę. Mała płakała. Kropelki, ciepły termofor, suszarka, nic nie pomagało. Ja, przeciwniczka smoczka, dałam za wygraną i pozwoliłam wsunąć do buzi uspokojacza, byleby nie płakało. Niestety, to też nie zdało egzaminu. Poprosiliśmy mamę, żeby przyjechała do nas i pomogła przynajmniej w nocy. Na zmianę wymieniając się kolysalismy dziecko, które darło się wniebogłosy. Postanowiłam jeść tylko chleb, bo wszystko, co jadłam do tej pory, szkodziło dziecku. Przerzuciłam się na chleb z najchudszą wędliną. Pomogło. Dziecko przestało wrzeszeć.

Powoli, każdego tygodnia starałam się wprowadzać nowy produkt do swojego jadłospisu, żeby tylko nie wywoływać kolejnego ataku płaczu u maluszka. Nie mogłam jeść niczego, co miało choć trochę mleka w swoim składzie. Szybko pozbyłam się kilogramów a anemia przyplątała się do mojego organizmu. Łykałam żelazo. Po miesiącu moja krew się poprawiła.

Cieszyliśmy się każdym dniem spędzonym wspólnie. Kiedy nasze dziecko skończyło pół roczku zaczęłam myśleć o pracy. Widziałam jak topniały nasze oszczędności. Poprosiłam mamę o rozmowę.
– Chcę pójść do pracy. Nie mogę pozwolić, żeby Andrzej pracował na dwa etaty. Wiążemy koniec z końcem. Potrzebujemy dodatkowych pieniędzy.

Mama chciała coś powiedzieć, ale nie dałam jej dojść do głosu.
– Zacznę szukać czegoś chociaż na pół etatu. Serce mi pęknie jak pomyślę, że muszę zostawić to moje malutkie szczęście. Niestety, nie mogę pozwolić sobie na taką sytuację.
– Dziecko – wtrąciła się mama. – Pomogę wam, ile będę mogła. Narazie pracujemy z ojcem, więc co miesiąc damy wam trochę.
– Ale Ania jeszcze się uczy i jej musicie pomóc. Zresztą dom wam się sypie, łazienka potrzebuje remontu. Nie możecie nas utrzymywać. – Sprzeczałam się z mamą.
– Poradzimy sobie, zobaczysz. A ty doceniaj każdą chwilę, każdy uśmiech twojego dziecka. To najważniejszy czas, sama się zresztą przekonasz po latach. Kiedy będziesz mogła tylko wspominać…

Wzięłam jej rady do serca. Upajałam się każdą chwilką spędzoną z córką. Mąż pracował, nie narzekał, aż przyszedł dzień, w którym zawisły nad nami czarne chmury.
– Zwolnili mnie …- wymamrotał mój mąż. Zawsze opanowany, cichy, spokojny, tym razem sfrustrowany. Redukcja etatów. Oboje byliśmy bezrobotni. Ja nie miałam żadnych perspektyw na znalezienie pracy, mój mąż właśnie ją stracił.

Po kolejnym dniu spędzonym na mieście w poszukiwaniu zajęcia, usłyszeliśmy za sobą głos kolegi, który od lat mieszkał za granicą.
– Hej Olka! – kolega był jeszcze z lat szkolnych, utrzymywałam z nim niewielkie, ale jako takie stosunki. – Co u was słychać? Widzę, że rodzinka się Wam powiekszyła! Gratuluję! Co wy robicie oboje na mieście w południe? Pracujecie na nocki?

Niechętnie powiedziałam, że oboje szukamy pracy. Podrapał się tylko po głowie i po chwili namysłu już miał dla nas propozycję.
– W tym okresie odbywa się losowanie zielonej karty, składajcie wnioski! Maturę macie, więc możecie. Sprobujcie. Ja wam pomogę, zamieszkacie u nas, praca też się znajdzie i dla Ciebie i dla twojego informatyka! Zobaczysz! – wesoło rozpościerał przed nad nami swoje wizje.

Spojrzałam nieśmiało na męża. Widziałam już po jego minie, że się nie zgadza. Popatrzyłam na kolegę. Tomek zmężniał, przytył. Ubrany był markowo, na przegubie prawej ręki połyskiwała złota bransoletka. Ścisnęło mnie w gardle. Musi tam być naprawdę dobrze. Też chciałam wydawać pieniądze na dobre ubrania, a nie gdzieś mimochodem kupowane na bazarze i to po dobrze obiżonej cenie. Postanowiłam, że sprobuję mimo sprzeciwów męża. Chiałam zażyć tego amerykańskiego luksusu, o którym opowiadali wszyscy przyjeżdżający do kraju na wakacje.

Kiedy mój mąż po raz kolejny udał się na rozmowę kwalifikacyjną, szybko ruszyłam na pocztę. Wypełniłam arkusze, dołączyłam zdjęcia i pośpiesznie zakleiłam kopertę, by następnie wrzucić ją do skrzynki. A co mi tam, niczego nie tracę. – Pocieszałam samą siebie.

Czekałam pierwszy tydzień, potem drugi. Moja nadzieja przygasła. Musiałam wrócić do rzeczywistości. Myślałam, że zaraz uzyskamy jakąś odpowiedź, a tu cisza. Dałam za wygraną. Jak zwykle w naszym wspólnym życiu nie przychodziło nam nic łatwo, nawet ta loteria wizowa. Wydałam oszczędności i nic z tego.
– Bozszzz, jaka ja jestem głupia i naiwna. Ameryki mi się zachciewa. Mój mąż ma rację, muszę zacząć mocno stąpać po ziemi i być realistką. – Myślałam.

Zaczęłam dawać korepetycje z języka polskiego. Marzyły mi się studia polonistyczne. Jednak kiedy zaszłam w ciążę, moje marzenia zeszły na dalszy plan. Teraz dokształcanie uczniów to był jedyny zastrzyk gotówki. Mój mąż otrzymywał niewielkie zlecenia, ale na stałe zatrudnienie nie mógł liczyć.

Pewnego wiosennego dnia jak co dzień przekręcałam kluczyk w skrzynce, żeby wyjąć nowe rachunki. Nie spodziewałam się niczego innego. Coś nagle przykuło moją uwagę. Koperta była tak duża, że wciśnięta została mocno w skrzynkę. Serce mi drgnęło. Myślałam, że mój mąż dostał propozycję pracy w nowej firmie informatycznej, która poszukiwała pracowników. Wyjęłam kopertę i jakież było moje zaskoczenie widząc, że jest on zaadresowana do mnie. Cofnęłam się myślami wstecz, nie mogłam sobie przypomnieć, żebym wysyłała oferty do pracy, tym bardziej, że nie miałam skończonych studiów. Machinalnie oderwałam kawałek koperty. Przebiegłam wzrokiem tekst. Wszystko było po angielsku. Uczyłam się tego języka w ogólniaku. Znałam słówka, potrafiłam coś niecoś powiedzieć, ale nie na tyle, żeby zrozumieć, o co chodzi. Usiadłam na schodach. Dziecko smacznie spało w wózku, więc mogłam spokonie zapoznać się z dokumentami. Powoli tłumaczyłam słówka, które jeszcze pamiętałam.
Congratulations! – brzmiał nagłówek przy moim zdjęciu na żółtym papierze. Przebiegłam jeszcze raz oczami po kartce papieru. Ojej zostaliśmy wylosowani w loterii wizowej!!! Radość i niepokój plątały się ze sobą. Bałam się, bo jak miałam o tym poinformować mojego męża, który stanowczo zakazał mi rozmyślania o krainie, gdzie wszystko łatwo i bez trudu przychodzi. Nie chciał słyszeć o żadnej Ameryce. Ścisnęłam mocno papiery.
– Boże, jak ja mu teraz o tym powiem?

Wzięłam wózek z dzieckiem i ruszyłam na piętro. Póki nie było męża, miałam czas, by wszystko zaaranżowac i przekazać mu niespodziewaną wiadomość. Czekałam z niecierpliwością na jego powrót. Krążyłam z jednego pokoju do drugiego, nie mogąc dobrać słów, którymi mogłabym zacząć naszą rozmowę.

Dzwonek do drzwi. Pobiegłam. Chciałam jak najszybciej przekazać, co miałam do powiedzenia. On spojrzał na moją twarz i już wiedział, że coś się stało. Zbladł.
– Usiądź proszę, muszę ci coś powiedzieć.

Zacisnął mocno ręce na ramieniu fotela.
– Co chcesz mi powiedzieć…- plątał się mój mąż – chcesz mi przekazać nowinę, że pewnie jesteś, no wiesz, że będziemy mieli kolejne dziecko?
– Oczywiście, zaraz dziecko. Człowieku, co ty pleciesz, jednego jeszcze nie odchowaliśmy, a ty mi tu wylatujesz z kolejnym potomkiem. Poczekaj. Daj mi dojść do głosu.

Uspokoił się, odprężył i czekał.
– Kochanie. Wiesz, że wynajmujemy mieszkanie. Oboje nie mamy stałego zatrudnienia. Ale przed nami sielska wizja przyszłości. Oczywiście, jeśli ty się zgodzisz, bo ja jestem chętna na podjęcie nowego wyzwania. Zostaliśmy wylosowani i mamy szansę ubiegać się o zieloną kartę do Stanów. – Ostatnie słowa powiedziałam trochę niepewnie.

Mąż siedział wciśnięty w fotel. Widziałam, jak waży każde słowo, które wychodziło z moich ust.
– No i…? – zapytałam. – Co zrobimy? Chyba podejmiesz jakąś decyzję? – kręciłam się nerwowo.
Długo myślał. Wstał i zamknął się w pokoju. Słyszałam jak z kimś rozmawia. Po jakimś czasie wyszedł.
– Dobrze, spróbujemy. Jeśli tam jest tak, jak wszyscy mówią, wystarczy nam 3 miesiące a potem wrócimy. Może coś rozkręcimy. Może kupimy własne cztery kąty? Zobaczymy. Narazie zajmiemy się załatwianiem dokumentów, a potem zobaczymy, co dalej. Tylko ty się zajmij wszystkim, dobrze? – oznajmił.

Była wczesna wiosna. Na dworze było jeszcze chłodno. Ubrałam ciepło Kornelię i ruszyłam z nią na miasto. Oszczędzałam każdy grosz bo wiedziałam, że załatwianie dokumentów pochłonie mnóstwo pieniędzy, których my nie mieliśmy zanadto. Zamiast podmiejskiego autobusu pakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do wózka i ruszałam z małą. Byłam szczęśliwa. Nasza Gwiazdka była grzeczną i madrą dziewczynką. Odkąd minęły kolki, nie sprawiała żadnych problemów. Lubiłam z nią spacerować i rozmawiać. Słuchała jak najlepszy kompan.

Musiałam znaleźć przysięgłego tłumacza, który potrafiłby wypełnić stos kartek które dostaliśmy. Szukałam po nocach informacji w necie, jak załatwia się takie sprawy. Wszystko kosztowało. Nie załamywałam się. Już widziałam oczyma te nowe miejsca pracy, które na nas czekały za oceanem. Byłam pełna optymizmu, wiedziałam, że damy radę.

Codziennie rano pakowałam małą do wózka i ruszałam na poszukiwania. Pewnego dnia udało mi się znaleźć właściwego człowieka. Pracował w sądzie i był przysięgłym tłumaczem. Umówił się ze mną wieczorem u siebie w mieszkaniu. Długo przekonywałam męża, by poszedł ze mną. Poszliśmy całą trójką na wyznaczone spotkanie.

Przywitał nas starszy, tęgi pan z uśmiechem takim, który potrafił roztopić najgrubsze lody. Musieliśmy wysłać dokumenty i znów czekać na rozpatrzenie naszej sprawy przez ambasadę, która miała zadecydować, czy przejdziemy do dalszej tury.

* * *

– Mamo, gdzie jest tata? – Wyrwał mnie z rozmyślania mój średni synek. – Kornelia powiedziała mi, że dziadek poszedł do lepszego domu. I tata musiał polecieć do Polski, żeby pomóc babci, kiedy dziadek będzie już tam, w niebie. Dlaczego nie polecieliśmy razem? Obiecałaś, że polecimy wszyscy razem na wakacje i że dziadek chce zobaczyć Szymona, a już nie zdążył. Dlaczego? Słyszysz?

Nie nadążam za dziećmi. Mają tyle pytań i nie wiadomo, od czego zacząć. Może najpierw wytłumaczę im, co to takiego śmierć i czym jest odchodzenie do lepszego świata….

JO

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *