DPS

“Na tropach transcendentalistów”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Podczas wypraw śladami historii Ameryki, warto odwiedzić miejsca, które opowiadają o początkach transcendentalizmu. Ów historyczny amerykański powrót do natury zaczął się właśnie w Massachusetts.
Może bez transcendentalistów nie byłoby amerykańskiej idei wolności, ekologii, rozwoju duchowego, terapii
i negacji uniformizmu?

Ostatnie słoneczne dni jesieni, jeszcze przed prezydenckimi wyborami, wykorzystujemy na lekcję historii, czyli wizyty w Lexington i Concord, a na marginesie tej podróży odwiedzamy kilka miejsc, z którymi łączą się początki ruchu amerykańskich transcendentalistów.

Walden Pond.

Walden Pond jest stawem pięknym i wcale rozległym. Jego okolice systematycznie zadeptywały prawdopodobnie setki odwiedzających to miejsce, gdzie życie na łonie natury wybrał Henry David Thoreau i gdzie dziś obejrzeć można replikę jego samotni, a nawet zajrzeć do środka i przysiąść na przykrytym derką łóżku. Domek ma, nawet jak na polskie standardy mieszkaniowe, naprawdę miniaturowe rozmiary, choć jednocześnie wydaje się całkiem przytulny.

Dwa szczęśliwe lata, które spędził tu Thoreau po tym, jak już ku zdumieniu wszystkich zdecydował się nie osiągnąć sukcesu właściwego absolwentom uniwersytetu Harvarda (a był jednym
z nich), nie wydają się ogromnie długim czasem.

Czy wystarczyło, by przekonać się, jak napisał w „Walden”, „czy potrafię przyswoić sobie to, czego może nauczyć mnie życie, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem”?

Replika samotni oraz pomnik Thoreau.

Ze względu na liczbę ściągających nad Walden Pond turystów ścieżkę wzdłuż brzegu jeziora jakiś czas temu postanowiono ogrodzić z obu stron metalowymi płotami. Pomysł skuteczny, ale mało wygodny – wymusza poruszanie się gęsiego, w ciasnym sznurku, co niekoniecznie sprzyja kontemplacji.

Przy pierwszej nadarzającej się okazji zbaczamy zatem z głównego szlaku i wyprawiamy się w głąb lasu, bliżej natury i dalej od społeczeństwa. Natrafiamy tu na coś w rodzaju stawu ukrytego
w kotlinie – jak się okazuje, niedaleko torów kolejowych. Pojedyncze drzewa, na wpół pozatapiane w leśnej sadzawce, na brzegu zostawiły idealnie obgryzione pnie, ślady po pracowitych działaniach bobrów. Ciszę przerywa pociąg, pędzący w oddali wśród drzew. Wygląda tu odrobinę nierzeczywiście. Gubimy się. Znajdujemy. Przysiadamy. Myślimy. Spacerujemy. Zbieramy spadające liście.
Dni kończą się coraz szybciej, wraz z zachodem słońca decydujemy się na powrót.

Wnętrze samotni Thoreau.

W drodze na parking mijamy na plaży rozpartego na leżaku młodzieńca w ciemnych okularach, który wystawia do ostatnich promieni słońca klatkę piersiową – nieosłoniętą niczym poza opasłym tomem z napisem „EMERSON”. Czy to możliwe, by ktoś wpadł na tak „lanserski” pomysł…, a może on naprawdę czyta Emersona?

Co do transcendentalistów, akademicy mają z nim problem. Zarówno na gruncie filozofii, teologii, jak i nauk społecznych czy myśli politycznej, mówi się o nich niezbyt spójnie. A to, jak niektórzy wyjaśniają, dlatego, że w rzeczywistości nie była to grupa jednolita i tak zwarta w swych poglądach, jak można to sobie wyobrażać. Co pasuje do stwierdzenia, że przedstawiciele tego nurtu ponad wszystko cenili indywidualne doświadczenie. Przekonani byli, że człowiek jest pewien tylko tego, czego sam doświadczył, bądź do czego sam w życiu doszedł.

Natura jest symbolem – pisał Emerson.

Myśl Ralpha Waldo Emersona, przez Mickiewicza zwanego ponoć „amerykańskim Sokratesem”, autora dzieła “Nature”, od którego (co do tego przynajmniej badacze wydają się zgodni) datuje się początki ruchu, nazwanego przez europejczyków transcendentalizmem, miała stanowić „wyzwanie dla tradycyjnej myśli”, czyli przekonań tworzących dotąd Amerykę purytan, a od strony religijnej – unitarian. Tych spośród purytan, których za rozliczne grzechy, ze słynnym procesem „czarownic z Salem” na czele, oceniał z pasją przyjaciel Emersona i Thoreau, Nathaniel Hawthorne. Swego czasu obaj, Hawthorne i Emerson, zamieszkiwali The Old Manse (tu powstać miał szkic przełomowego eseju), który podziwiamy w Concord, wraz ze zrekonstruowanym ogródkiem warzywnym Thoreau, wszystko zanim wyruszymy nad Walden.

W tle – The Old Manse. Tu Emerson miał napisać swój słynny esej.

Co takiego powiedział w „Nature” Emerson? Na przykład, że: “Prawdę mówiąc, niewielu dorosłych ludzi jest w stanie widzieć naturę. Większość osób nie widzi słońca, a przynajmniej: ich widzenie jest bardzo powierzchowne. Słońce rozświetla jedynie oczy dorosłego człowieka, ale jego blask dociera do oczu i serca dziecka.” Niczym jogini Wschodu, Emerson mówił o dopasowaniu do siebie wewnętrznych i zewnętrznych zmysłów, by człowiek mógł prowadzić nieustanny dialog z ziemią oraz z niebem, a dialog ten miał być istotną częścią jego codziennego pokarmu. Naturę uważał za symbol – znak ducha. Naturalną cechą człowieka miało być dobro i zdolność do samodoskonalenia, które dzięki poznaniu poprzez intuicję mogły poprowadzić do bezpośredniego kontaktu z rzeczywistością duchową czy też „boskością w człowieku”. Uważał, że istnieje inne życie niż to istniejące tutaj, niedostępne poznaniu rozumowemu i umysłowemu; że istnieje świat, którego nie jesteśmy świadomi.

Zrekonstruowany ogród Thoreau.

Emerson, również zresztą „harvardczyk”, podobnie jak bardziej skrajny buntownik Thoreau, prowadził raczej życie samotnika. Inni transcendentaliści próbowali umknąć tyranii społeczeństwa
i industralizacji poprzez eksperyment życia w pierwszych „komunach”, czyli na Brook Farm albo we Fruitlands, ich bowiem zdaniem droga do pełniejszego życia prowadziła przez współpracę, wspólną edukację, wspólną pracę fizyczną
i umysłową.

Co wydaje się ważne, transcendentalizm nie był „amerykańską wersją romantyzmu”, ale pierwszym w pełni oryginalnym ruchem, myślą i doświadczeniem Nowego Świata, któremu tak wiele zawdzięczają również ruchy emancypacji kobiet i sprzeciwu wobec niewolnictwa oraz cały polityczny system Ameryki. W wielu kwestiach nowoangielski idealizm wydaje się dziś zresztą bardzo współczesny. A wycieczka jego naturalnymi śladami bardziej owocna niż zwiedzanie muzeów.

Na zakończenie sam Thoreau: “What is it to be admitted to a museum, to see a myriad of particular things, compared with being shown some star’s surface, some hard matter in its home! I stand in awe of my body, this matter to which I am bound has become so strange to me. Talk of mysteries! Think of our life in nature, daily to be shown matter, to come in contact with it, rocks, trees, wind on our cheeks! The solid earth! The actual world! The common sense! Contact! Contact! Who are we? Where are we?”.

Pytania, które dobrze jest zadawać sobie samemu, patrząc nocą, w lesie, w rozgwieżdżone niebo.

Tekst i zdjęcia: Lidia Gruse

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *