DPS

“Dzieci – Anioły”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

anioly.dzieci

Minęło kilka tygodni. Wiosna na dobre się zadomowiła. Uwielbiałam spacerować z moją córką, która zaczęła
już sama chodzić. Teraz musiałam mieć oczy szeroko otwarte. Wszystko ją interesowało. Lubiła obserwować śpiewające ptaki na gałęziach drzew. Rzucała się całą sobą na trawę, by podnosić swoje niebieskie oczka
i przyglądać się skaczącemu i wydającemu anielskie trele stworzeniu.

Nie mogłam się nadziwić się jej ciekawości do wszystkiego. Poznawała wszystko przed dotyk, każda kałuża musiała być zbadana, piasek spróbowany, gałązki drzew posmakowane. Nie sposób było się nudzić z moim dzieckiem. Kiedy wracałyśmy do domu na popołudniową drzemkę, sama miałam ochotę położyć się z moim maleństwem, ale było tyle do zrobienia, że nie wiedziałam, w co włożyć ręce. Zanim moje dziecko wstanie chciałam uporać się z obiadem, a kiedy wracał mąż i zajmował się małą, mogłam zrobić pranie, posprzątać
i zająć się przygotowaniem materiału, który miałam przerobić z kolejnym uczniem.

Dzwonek do drzwi wyrwał mnie z robienia planów na kolejny dzień.
– Kto to może być o tej porze? – nie spodziewałam się nikogo. Rodzina zazwyczaj dzwoni i uprzedza nas przed odwiedzinami, tak, żeby nie obudzić małej, jeśli ta akurat śpi.

Spojrzałam przez wizjer. Przed drzwiami stał nasz listonosz. Co on może chcieć? Przecież listy wkłada do skrzynki i nigdy nie przychodzi oficjalnie do mieszkania… dziwne. Otworzyłam drzwi.
– Dzień dobry, mam dla Pani pocztę, koperta nie zmieściła się, więc pomyślałem, że dostarczę ją osobiście.
Tym bardziej, że wiadomość z zagranicy – powiedział listonosz, oddając mi dość grubą kopertę. – Do widzenia!

Oparłam się plecami o drzwi. Tysiące pytań kotłowało się w mojej głowie. Musiałam je szybko odsunąć, nie mogłam pozwolić sobie na chwile niepewności. Podjęłam się tego zadania i muszę być konsekwentna, muszę dokończyć to, co zaczełam. Kobieto, weź się w garść! – strofowałam samą siebie.

Jednym pociągnięciem ręki rozerwałam kopertę. Wyjęłam plik kartek. Było to zawiadomienie, że zakwalifikowaliśmy się do kolejnego i już ostatniego etapu loterii. Matko jedyna – serce mi drżało. Strach brał górę.

Wyjęłam z szafki notatnik, gdzie miałam najważniejsze numery. Wykręciłam numer do naszego zaprzyjaźnionego tłumacza. Długi, ciągły sygnał, a więc linia była wolna.
– Halo – po drugiej stronie odezwał się ciepły doniosły głos.
– Dzień dobry, tu Ola. Pamięta mnie pan? Tyle czasu upłynęło od naszego ostatniego spotkania…
– Pani Olu, proszę się nie martwić. Mówiłem państwu, że takich jak wy tam potrzebują. Jesteście młodzi, wykształceni. Pani mąż po studiach, to wielki atut, sama zresztą się pani przekona jak już wyjedziecie. A teraz to już tylko formalności, wizyta u lekarzy, ale tylko wyznaczonych przez nich. Proszę się ze mną spotkać, porozmawiamy – zaproponował mi starszy pan.
– Oczywiście, bardzo chętnie, czy dziś o 5 po południu pasuje panu?
– Tak, jak najbardziej. Zapraszam!

Muszę szybko przygotować obiad. W mojej głowie szare komórki zaczęły się ścigać nad pomysłami, co zrobić na obiad, na przemian z myślami, jak jest w tej Ameryce. Nikt tak naprawdę nie mówił mi, jak się tam żyje. Mimo to, chciałam tam być i już!

Podałam mężowi pieczone udka z kurczaka i ziemniaki, a do tego sałatę.
– Kochanie, co się stało? – zapytał.
– A co miało się stać, nie rozumiem? – starałam się ukryć nową wiadomość.
– Ziemniaki nie są słone… – uśmiechnął się mój mąż.
– Eeeee, no bo ja, sama nie wiem… – plątałam się, nie mogąc niczego konkretnego powiedzieć.

Kornelia siedziała w swoim foteliku i rączką wpychała do buzi kolejnego ziemniaka. Dla niej było wszystko jedno, czy są nie posolone czy mają ostrzejszy smak. Uwielbiałam jej zapał do smakowania wszystkiego, co nowe. I ten jej radosny śmiech, kiedy nasze oczy kierowały się w jej kierunku.

– Kochanie, idziemy dzisiaj na kolejne spotkanie. Już nas umówiłam. Dostałam dziś następną kopertę.
– Co ty mówisz? Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
– Bałam się twojej reakcji. Wiem, że nie specjalnie ciągnie cię za ocean. To mnie nęci, żeby przekonać się na własnej skórze, jak tam jest. Zresztą dziś zapytam się też o to, czego możemy się spodziewać, jak tam dotrzemy. – Pocałowałam mojego męża w policzek. Kornelia też wyciągnęła rączki, domagając się swojej porcji pieszczot.
– Chodź tu do mnie mała księżniczko. – Słodko odrzekł mój mąż i wziął szkraba na kolana. – Już niedługo rozpocznie się nasza życiowa podróż w nieznane. Słyszysz? Będziesz taka piękna w tych sukienkach z kolorowych czasopism. – Dziecko chłonęło każde jego słowo i otwierało szeroko oczka.

Poszłam spakować potrzebne dokumenty. Już za chwilę mieliśmy ważne spotkanie dotyczące naszej kolorowej przyszłości.

– Witam państwa. Prosze się rozgościć. – witał nas rozpromieniony adwokat.
– Proszę, tu są nowe papiery, trochę tego dużo. – starałam się chować swoją ciekawość, bardzo chciałam wiedzieć, co tam jest ukryte.
Prawnik szybko przejrzał to, co mu dostarczyłam.
– A więc moi drodzy, musimy się sprężać, mamy dużo pracy a czasu mało. O tu, proszę spojrzeć, to jest data waszej wizyty w ambasadzie.
– Co?! – oboje powiedzieliśmy jednocześnie. – Czy zdążymy się z tym wszystkim uporać? Przecież to tylko dwa tygodnie do wyznaczonej daty.
Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. To wszystko działo się zbyt szybko. Najpierw długie wyczekiwanie, a teraz wszystko dzieje się w przyśpieszonym tempie.
– Spokojnie, najważniejsze, abyście rano dotarli do Warszawy. Jeśli wam się to uda, możecie umówić się na dwie wizyty za jednym razem. Dobrze by było, gdybyście przestudiowali sobie mapę Warszawy, wtedy łatwiej byłoby się wam poruszać. No, a potem już tylko wizyta w ambasadzie i w drogę… – snuł plany nasz adwokat.
– Zaraz, zaraz, a skąd pan wie, że nam się uda? Nikt nie jest pewien na sto procent, a pan mówi to wszystko jakby wiedział na pewno. Ja nie jestem taką optymistką. Zapewne będzie tam wielu ludzi takich, jak my, ba, może nawet z lepszym wykształceniem, lepszą pozycją… A my, co my mamy takiego, co może ich zainteresować?
– Droga pani, więcej optymizmu proszę! – zgromił mnie starszy pan. – W pani oczach tyle szalonych ogników widzę, chęci do działania, uporu, a teraz pani chciałaby uciec? Proszę pani, to normalne i często się zdarza, nie pierwszy raz widzę takich ludzi, jak wy. Nie pierwszy raz pomagam i wiem komu się uda, a komu nie. Mam nadzieję, że jak tylko dotrzecie na miejsce, wyślecie mi kartkę z pozdrowieniami.- Roześmiał się adwokat. – Macie jeszcze jakieś pytania?
– Tak. Chciałabym wiedzieć, jak tam jest. Wielu znajomych przyjeżdża i opowiada o wolnym i beztroskim życiu, jakie tam wiodą. Czy to prawda?
– Hmmm… trudne pytanie. Byłem tam już kilka razy, ale na stałe nie mógłbym się tam przenieść. Wy, młodzi, to co innego, ale ja już jestem stary i mój pogląd na życie jest trochę inny. Wiem jedno, że dacie sobie radę. Na początku może być trudno, dopóki się nie zaklimatyzujecie, ale potem będzie z górki. Nie mogę przedstawić wam obrazu Ameryki. Musicie sami ocenić i poczuć ten specyficzny klimat, jaki tam panuje. No, ale kończmy już na dzisiaj. Dziecko jest zmęczone i wy też musicie odpocząć. Zadzwońcie, jak wrócicie z Warszawy.

Wróciliśmy do domu z mieszanymi uczuciami. Nie rozmawialiśmy już tego wieczoru. W mojej głowie kłębiły się różne myśli, a co jeśli nam się tam nie spodoba? Jeśli się nie zaklimatyzujemy? Nie będziemy mogli znaleść pracy? Co wtedy? Wrócimy z poczuciem klęski, że nigdzie nie możemy sobie poradzić? Nie, nie mogę tak myśleć, muszę stawić czoła, damy radę. Mamy dziecko, jesteśmy młodzi, jakoś sobie poradzimy. Musimy.

Następnego dnia zadzwoniłam do Klary. Chciałam, żeby pomogła mi w Warszawie. Kto jak to, ale ona znała ją najlepiej. Właśnie szykowała się do kolejnej misji w Afryce, ale w tym czasie była jeszcze u siebie w klasztorze. Miała wyjechać dopiero za dwa tygodnie, więc chętnie zaofiarowała swoją pomoc. Umówiliśmy się, że w poniedziałek rano będziemy na miejscu.

Kornelia cieszyła się na wyjazd samochodem. Uwielbiała jeździć przypięta do swojego fotelika. Mąż poprzypinał dużo maskotek, grających zabawek, lusterek i grzechotek, żeby mała nie miała czasu na nudę. Mieliśmy przed sobą kilka godzin dobrej jazdy. O czwartej nad ranem, zapakowani w najpotrzebniejsze rzeczy, wyruszyliśmy. Za oknem było jeszcze szaro, ale to nie przeszkadzało Korneli przykleić swojego malutkiego noska do szyby i wpatrywać się w mijające krajobrazy. Jechaliśmy w milczeniu. Każde pogrążone w swoich marzeniach i obawach.

Warszawa powitała nas pięknym słoneczkiem. Kornelia zasnęła od nadmiaru wrażeń. Podjechaliśmy pod bramę klasztoru. Andrzej zatrąbił klaksonem kilka razy i już po chwili Klara wychodziła zza klasztornej furty.
– Witam was, szybko przyjechaliście! Jak minęła podróż? Jak Kornelia zniosła tak długą jazdę? – zasypywała mnie pytaniami siostra.
– Witaj kochana! Wszystko dobrze! Ona jest niesamowita jeśli chodzi o podróże. Nie zapomnij, że już jedną odbyła nie tak dawno, pamiętasz? – starałam rozweselić samą siebie, bo jakiś niepokój zagościł w moim sercu. Bałam się coraz bardziej tego wyjazdu.

Klara uśmiechnęła się ciepło na samo wspomnienie tamtej podróży…
– Dobra, kochani, poproszę o adres, a ty Andrzej usiądź z boku, ja poprowadzę. Ja znam lepiej te ulice i będzie nam dużo łatwiej poruszać się kiedy będę prowadziła – uśmiechnęła się moja siostra.

Siedziałam z Kornelią z tyłu. Mogliśmy podziwiać Stare Miasto i liczne zabytki. Jak ja dawno nie byłam w Warszawie!
Po chwili dotarliśmy pod wskazany adres. Muszę powiedzieć, że moja siostra to naprawdę dobry kierowca. Andrzej też musiał to przyznać.
– Poczekam tutaj na was, a wy zróbcie to prześwietlenie i pojedziemy pod kolejny adres. Teraz mogą być korki, ale pojedziemy okrężną drogą.

Weszliśmy do dużego budynku. Wszędzie były rozwieszone tabliczki. Trzeba było znaleźć rtg. Dobrze, że nie musieliśmy robić dziecku żadnych zdjęć. Kolejka nie była długa. Szybko uwinęliśmy się i czekaliśmy tylko na odbiór zdjęcia. To trochę trwało. Mieliśmy czas na przewinięcie dziecka i na kolejne karmienie.
– Widzisz, jak to dobrze, że jeszcze karmisz, nie trzeba podgrzewać mleka lub wozić ze sobą termosów. Dobrze, że nalegałem na naturalne karmienie. – powiedział mój mąż.
– Faktycznie, to twoja zasługa. – Potwierdziłam.

Zza szklanych drzwi wyszła pielęgniarka podając nam nasze koperty ze zdjęciem.
– To już wszystko. Dziekujemy. Opłata na dole przy wyjściu. Do widzenia! – zakomunikowała pani w białym kitlu
i schowała się za drzwiami.

Zeszliśmy na dół. Uiściliśmy opłatę i mogliśmy ruszać dalej…

* * *

Umyłam okna, zmieniłam firanki. Pięknie. Byłam z siebie dumna. Z kuchni nie dochodziły żadne odgłosy.
Cicho pracowali. Ta cisza była niepewna, nie dałam się zwieść.
– Przecież nie są już malutkimi dziećmi, że siedząc cicho narobią szkód. – pocieszałam samą siebie. Teraz wyszoruję dywan i na dzisiaj koniec roboty. Mam dość sprzątania, ale najpierw sprawdzę, co oni tam robią.

Otworzyłam drzwi i zamarłam…Nie wiedziałam, gdzie mam się patrzeć. Widziałam tylko biały tabun dymu.
– Matko jedyna, Kornelia, co się tu dzieje?! – krzyknęłam.
Przestraszeni moim krzykiem jeden przez drugiego zaczęli wrzeszczeć.
– To nie ja, to Szymek! – Darł się Wiktor.
– Mamo, to nie ja, to Wiktor, Kornelia strzeliła go w głowę, bo nie potrafił zrobić skrzydeł, tak jak ona! – Wołał mój najmłodszy syn.
– Zamknij się, ty długi ozorze! – Wrzeszczała moja córka.
– Sama masz długi jęzor! – Piszczał syn.
– A masz. – Kornelia rzuciła w głowę Szymona kulkę z masy solnej.
– O matko, spokoooooj! – Krzyknęłam. – Cisza! Nie wytrzymam z wami, jak boga kocham nie wytrzymam!
Co tu się dzieje?!. – Nie wierzyłam własnym oczom patrząc na moją kuchnię.

Starałam się zachować spokój.
– No, bo Wiktor wziął mąkę o tak… – Nabrał w ręce mąkę mój syn i zaczął mi demonstrować. – A potem poszedł z nią do Korneli, nabrał powietrza w płuca i …- Z całej siły dmuchnął mi całą zawartość w twarz.
– Nie wytrzymam ehhhh ehhh…- Krztusiłam się mąka, która znalazła się teraz na mojej twarzy.
– Mama wygląda jak duch! – Śmiały się moje dzieci.
– Wynocha mi stąd! – Krzyknęłam. – Kornelia do pokoju, Wiktor do łazienki, Szymon zostaje ze mną! Mam dość was na dzisiaj i waszych projektów! Nie dam rady, naprawdę nie wytrzymam z wami!

Dzieci rozeszły się do wskazanych miejsc. Usiadłam na najbliższym krześle. Rozejrzałam się po tym pobojowisku. O boże, jak ja to wszystko posprzątam. Pyl po rozsypanej mące unosił się w powietrzu. Kwiaty na parapecie bieliły się, podłoga się kleiła. Stół oblepiony był figurkami. Jedne przypominały anioły, inne dinozaury, jeszcze inne węże i kwiatki. Prawdziwe cuda. Szkoda tylko, że nie potrafię nauczyć dzieci, jak mają po sobie sprzątać.

Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Pobiegłam otworzyć. W progu stał mój mąż.
– Ojej, co ty robisz kobieto, co ci się stało? – Nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
– Mama wystraszyła się naszej pracy i wygląda jak duch. – Z dumą zakomunikował Szymon.
– Nie no, uciekaj mi stąd! – ciut spokojniej warczałam na mojego synka. – Chodź, coś ci pokażę…

Wzięłam pod rękę mojego męża, by pokazać mu dzieło naszych dzieci, które jak są cicho, robią więcej złego, niż dobrego…

Jola O.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *