DPS

“Latający Mikołaj”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

latajacy.mikolaj

Nie zdarza nam się często taki wspólny czas, kiedy to spokojnie kładziemy się na nasze wielkie łóżko
i oglądamy film. Tego wieczoru odbył się seans „Przyjaciel Świętego Mikołaja” i już od pierwszego kadru dzieci przeniosły się do zaczarowanego świata. Obserwowałam swoje pociechy, były pochłonięte fabułą filmu.
Nawet najmłodszy Szymon, nasz domowy wiercipięta siedział na podłodze z pół otwartą buzią i śledził koleje losu cudownego psa.

Miałam czas żeby odpocząć po całym dniu sprzątania, gotowania i zajmowania się dziećmi. Przymknęłam oczy. Nie chciało mi się sprzątać po kolacji. Z wielkim postanowieniem dokończenia pracy w kuchni po filmie, delektowałam się wspólnym i spokojnym czasem, który tak rzadko u nas bywa…Przy trójce dzieciaków płacz, krzyki, przepychanki, są na porządku dziennym. Nawet ciekawy film nie jest w stanie ich rozdzielić. Kuksańce, szarpanie, szczypanie, drapanie, plucie i inne drastyczne ruchy są w ciągłym użyciu, nawet podczas oglądania.

Tym razem jednak było inaczej. Świąteczny czas ma wpływ również i na moje dzieci. Wydaje im się, że jak będą grzeczne chociaż przez ułamek sekundy, Mikołaj to doceni i przyniesie im stos wymarzonych zabawek…

Odprężam się przy bliskości tych małych ciałek leżących obok mnie. Mój mąż się uśmiecha. Dla niego to też taki cudowny obraz spokojnych dzieci. Przymyka oczy i już lekko pochrapuje. Ja wtulam się w jego ramię, by nie przeszkadzać dzieciom w oglądaniu filmu. Myślami wróciłam do tego czasu, kiedy czekaliśmy na decyzję…

* * *

O 7:30 rano stanęliśmy w długiej kolejce do ambasady. Ludzie przekładali różne papiery. Niektórzy szeptali między sobą. Byłam niespokojna. Bałam się, wydaliśmy wszystkie nasze pieniądze na załatwianie spraw związanych z zieloną kartą, a teraz mieliśmy dostać odpowiedź, czy możemy jechać do raju…

Kolejka posuwała się w żółwim tempie. Nie miałam ochoty na rozmowę z moim mężem, byłam znużona tym oczekiwaniem. Dobrze, że mała była spokojna. Tylko jak długo wytrzyma na suchym jedzeniu i nie zmienianym prawie od dwóch godzin pampersie?

Coś się ruszyło, kolejka poszła szybciej. Weszliśmy do środka. Ochroniarz kierował nas schodami w dół. Kręte schodki prowadziły nas do piwnicy. Szli tam wszyscy, którzy ubiegali się o zieloną kartę. Było nas sporo. Po paru minutach mogliśmy usiąść na plastikowych krzesełkach. Wzrokiem szukałam toalety żeby przewinąć dziecko. Była niewielka. Położyłam na kolanach małą i szybko przewijałam. Wpatrywała się we mnie, nie wiedząc, co się dzieje. Złapała się mojej bluzki, jakby chciała powiedzieć mi: boję się. Pogłaskałam jej malutką buźkę. Była taka piękna i niewinna. Nagle serce zadrżało mi z przerażenia. W głowie przeleciała myśl, czy dobrze robię? Jednak nie było czasu na rozmyślania. W poczekalni był mój mąż, musiałam mu towarzyszyć. Spojrzałam w lustro i przestraszyłam się. Moje odbicie pokazywało mój strach. Nie, nie mogłam teraz się wahać. Przykleiłam uśmiech i uszczypnęłam się w policzek, żeby nabrać koloru. Byłam dzielna i twarda, chciałam pokazać im, kim jestem, muszę, muszę osiągnąć swój cel.
– Jezu, nie opuszczaj mnie teraz, dodaj mi sił, pomóż mi… – wzywałam Boga na pomoc.

Usiadłam obok mojego męża. Ścisnęłam jego dłoń.
– Damy radę, zobaczysz. Uda się nam. Wierzę, że Bóg nam pomoże, jestem tego pewna, wiesz? – z całą pewnością siebie mówiłam do mojego męża.

Zatrzepotał swoimi długimi rzęsami. Czułam, że się boi, ale z racji tego, że był facetem, nie chciał się zdradzić. Znałam go już tak długo, że wiedziałam, co się dzieje w jego sercu.
– Mama am! – moja córeczka nie dawała za wygraną. Suchy prowiant nie był jej ulubionym smakołykiem. Wolała moje mleko. Jak miałam ją tu nakarmić wśród tylu ludzi, którzy przeszukując torby, nesesery, kręcili się wkoło? Nie miałam wyjścia. Zakryłam się pieluszką, żeby nikt nie oglądał karmiącej matki. Przecież nie mogłam głodzić dziecka, a butelka nie wchodziła w grę. Moje dziecko pluło na sam widok smoczka. Kornelia przyssała się. Nie minęła chwila, kiedy kobieta łamiącą polszczyzną zawołała
– Aleksandra i Andriu M. – o matko, to przecież my! Serce zaczęło mi walić coraz mocniej.

Siedzieliśmy naprzeciwko okienka, z którego dochodził głos. O matko, trafiła nam się najbardziej surowa urzędniczka. Odkąd weszliśmy do tego miejsca, mieliśmy okazję obserwować ludzi, którzy podchodzili do kobiety, która nas wołała. Na kilkanaście osób, tylko dwie odeszły z uśmiechem, reszta odsuwała się powoli lub z płaczem. Widziałam małżeństwo z dwójką dzieci, które podało swoje dokumenty i tłumaczyło się grubo, kiedy ambasadorka pokazała im, że świadectwo dojrzałości, które przedstawili, nie jest zarejestrowane, że zostało kupione gdzieś na bazarze. Surowym głosem karciła ich mówiąc, że gdyby nie mieli dzieci, zostaliby aresztowani. Tym bardziej, że składali przysięgę, że będą mówić prawdę. Kobieta płakała, że tyle pieniędzy, ich dorobek życia został stracony. Inny mężczyzna też odszedł ze spuszczoną głową. Kobieta udowodniła mu, że był za granicą nieleganie, wszystko to było zanotowane. Złożeczył jej, aż interweniowała ochrona. Teraz nadeszła nasza kolej, jeśli i nas odrzuci? Co wtedy, jak będziemy żyć? Moja podświadomość zaczęła wysyłać sygnały strachu.

Koieta spojrzała na nas.
– Dokończ karmienie baby, a ty chodź! – Wskazała palcem na mojego męża.

Wstał, zabrał neseser z naszymi dokumentami i ruszył tak powoli, jakby to miało nas uchronić przed odmową, jaka miała wypłynąć z jej ust.
– No, poproszę o dokument, że żona zdała maturę.
– Proszę. – Podał jej papier.
– Zaraz wrócę.

Odeszła. Mój mąż spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem, jakby chciał mi powiedzieć, chodź tutaj. Starałam się jak najszybciej zakończyć karmienie. Małej nie spodobało się to, zaczęła kwilić. Dałam jej misia, jej najlepszego przyjaciela, ale on też nie sprawił cudu. Mała przeczuwając, że coś się dzieje, chciała być blisko mnie, czuć mój zapach i bliskość. Mąż zabrał ją ode mnie, chciał żebym to ja zajęła się sprawą dokumentów, a on stanie się niewidoczny z dzieckiem na ręku. Mała się uspokoiła, słysząc spokojny głos tatusia.

Kobieta wróciła z uśmiechem.
– Numery się zgadzają, to pani dokument. – Powiedziała nawet miło.- Widzę, że i pan ma skończone studia. Tak, tam brakuje takich inteligetnych ludzi. A gdzie będziecie mieszkać?
– Tu mamy adres, gdzie się zatrzymamy. – Podałam jej podstemplowany akt naszego przyszłego zameldowania.
– Dobrze, bardzo dobrze. Proszę dbać o dziecko. To wszystko, proszę opłacić wizę.
– Co, jak to? To znaczy, że lecimy?
– Przecież mówię, proszę opłacić wizę.
– Ojej, dziekuję, dziekuję pani! – Łzy radości popłynęły mi z oczu. Udało się nam, udało! Dziekuję, Boże, słyszysz? Dziekuje ci, o jejku, nie mogę uwierzyć!

Kasa znajdowała się obok. Przede mną było kilka osób. Mój mąż usiadł z wrażenia, a ja, jak na skrzydłach, szalałam z radości. Udało się!!!
– Proszę 1,500$, za trzy osoby. – Mówiła pani w okienku kasy.
Przeliczyłam pieniądze i podałam jej banknoty.
– Proszę pani, nie przyjmujemy pomazanych ani nowych banknotów. Niech pani idzie do banku na rogu i wymieni. Nie mogę przyjąć tych pieniędzy.

Moja radość ulotniła się w oka mngnienu.
– Jak to? Przecież to też są pieniądze! Nikt mnie nie poinformował, że muszę mieć plik czystych banknotów.
– Idzie pani czy nie, ja mam innych ludzi do obsłużenia.

Wzięłam plik pieniędzy. Ubrałam się i wyszłam na zewnątrz. Rozglądałam się za najbliższym bankiem. Mój wzrok utkwił na wielkim szyldzie PKO SA. Znajdował się naprzeciwko ambasady, trzeba było tylko przejść na drugą stronę, mijając tramwaje przejeżdżające co chwila po ulicy.
Weszłam do środka.
– Proszę pani, muszę mieć dolary czyste, nie popisane, o starych nominałach, tak mi powiedzieli… – Nie dokończyłam.
– Droga pani, tu mamy codziennie takich klientów, jak pani, ja nie wiem dlaczego oni mają takie wymogi. Przecież tam piszą po nominałach, i jak pieniądz ma być czysty? – Kontynuowała swój wywód pani za szklanym okienkiem. – Proszę niech pani przeliczy i uważa.

Wyszłam ściskając mocno pieniądze, które miały decydować o wszystkim. Szybkim krokiem przemierzałam ulice i już stałam pod bramą ambasady. Chciałam przecisnąć się między ludźmi.
– Chwila, gdzie pani się pcha? – Zarzmiał surowy głos ochroniarza.
– Ja do środka muszę, tam jest moje dziecko i mój mąż. – Niemal płacząc informowałam faceta.
– Tak nie można, gdzie pani kartka? No przecież musi mieć pani kwitek, jak mogę panią wpuścić?
– Ale ja nic nie mam, ja tylko poszłam rozmienić pieniądze, bo te, które miałam, nie były odpowiednie. – Zaczęłam szlochać.
– Niech pani nie płacze, jak pieniądze mogą być niedobre? Coś mi tu nie gra. Proszę podać mi swoje dane. – Powiedziałam, jak się nazywam.

Mężczyzna odszedł, nie spuszczając ze mnie wzroku. Wziął słuchawkę i wykręcił numer. Zaczął coś mówić, nie mogłam zrozumieć. Matko jedyna, a jeśli on dzwoni na policję? Może pomyślał, że jestem jakąś terrorystką? Co ja zrobię, jak poinformuję swojego męża? Zaraz przyjadą i mnie zgarną. Czego on się na mnie tak gapi? Serce mi drżało ze strachu. Zachciało mi się Ameryki…

Wyszedł uśmiechając się pod nosem.
– Ma pani szczęście, dobrze, że mówi pani prawdę. Tu już był niejeden z podobnym tekstem, a potem się okazywało, jakie ma zamiary… proszę do środka. – Zakomunikował ochroniarz.
Kamień spadł mi z serca. Byłam bezpieczna. Szybko przecisnęłam się między ludzi i na nowo stanęłam w kolejce. Po chwili podawałam pieniądze kasjerce. Oglądała każdy banknot bardzo dokładnie. Była zadowolona.
– Czy dziś państwo odbiorą paszporty czy mamy je wysłać? – Zapytała.
– Proszę przysłać do domu. – Byłam zmęczona, musiałam odpocząć. Nie miałam sił, żeby siedzieć kolejne kilka godzin w zatłoczonej poczekalni i oglądać, jak ważą się losy ludzi. To nie na moje nerwy. Chciałam na nowo znaleźć się w zaciszu mojego przytulnego mieszkania.

* * *

Błogi spokój przerwał huk. Zerwaliśmy się na równe nogi. Kornelia i Wiktor ponieśli głowy. To Szymon. Skakał na łóżku, nie mógł spokojnie wysiedzieć 1,5 godziny gapiąc się w ekran. Nie on. Nasze najżywsze dziecko miało tysiące pomysłów. Albo wspinaczka po ścianach by pozwisać na drążku jak małpa, albo skakać po kanapach. Tym razem udawał, że lata. Udawał, że ma zaprzęg reniferów i lata rozwożąc prezenty. Nie zdawał sobie sprawy, że stoi na rogu łóżka i w każdej chwili może spaść. Nasz spokój nie mógł trwać długo. Oboje staliśmy obok zapłakanego Szymona.
– Co się stało? – Dygocząc starałam się dowiedzieć, co go boli. A kiedy ten chciał coś powiedzieć, z jego ust chlusnęła krew.
– Andrzej, dzwoń na pogotowie!!! Jezu, przebił się! – Darłam się w niebogłosy.
– Gdzie jest telefon?! Kornelia, Wiktor, szukajcie go! Gdzie moje spodnie? Jedziemy do szpitala! – Krzyczał mąż.
– Wzywam karetkę!
– Nie wzywaj! Ubierać się, szybko! – Rozkazująco grzmiał mój mąż.

W pięć minut byliśmy gotowi. Dzieci w piżamach i kapciach wylądowały w samochodzie. Zalanego krwią Szymona trzymałam na kolanach. Jasna tapicerka samochodu była teraz w czerwonych smugach. Ręcznikiem przytrzymywałam jego buzię. Krzyczał bardzo głośno. Kornelia i Wiktor byli przestraszeni.
– Ale to nie nasza wina, to nie my go tak urządziliśmy. Naprawdę. Wierzysz nam, mamo? – Dopytywały się zapłakane dzieci.

Wierzyłam, obwiniałam samą siebie za chwile słabości. Powinnam była siedzieć w kuchni i doprowadzać ją do stanu użytkowania, a nie odpoczywać…Głupia baba jestem! Nie mam pojęcia, dlaczego tego mojego dzieciaka nie można na chwile zostawić samego, zawsze są z nim jakieś problemy.

Dojechaliśmy do szpitala. Krew jakby mniej się lała. Co nie zmieniało faktu, że wyglądaliśmy strasznie, a nasz widok budził sensację. Wpadłam do okienka informując pielegniarkę o tym, co zaszło.
Nie czekaliśmy długo. Wezwali nas od razu. Zabrali Szymona i położyli na łóżko. Darł się jeszcze głośniej. Otworzyli mu buzię. Zrobiło mi się słabo. Nie jestem mocna, jeśli chodzi o moje dzieci, a tym bardziej, jak widzę krew. Usiadłam na krześle, żeby nie upaść.

Lekarz poklepał mnie po ramieniu.
– Niech się pani nie martwi, przegryzł język, dobrze, że obok tętnicy. Nie musimy zszywać, samo się zagoi. Język jest bardzo unerwiony i mocno krwawi, jeśli jest jakieś obrażenie. Niech mi pani opowie, jak to się stało. – Pytał lekarz.

Było mi wstyd. Musiałam opowiedzieć, jak do tego doszło. I o tym, że pozwoliłam sobie na chwilę relaxu i o łóżku, że ma wystające drewniane boki i pewnie w to musiał uderzyć szczęką przy łądowaniu. Widziałam, jak lekarz powstrzymuje śmiech. Nie codziennie ma takie ciekawe historie, jak ta nasza o zaprzęgu reniferów i latającym Mikołaju w roli naszego syna…

JOLA O.



Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *