DPS

“Dzięcięcy świat wyobraźni istnieje między Chilca a Kołacinem”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page
Adali, Chabela, Mayu, Paola, Ruth, Treysi, Benjamin, Carlos, Cesar, Damian, Emerson, Jair, Juan Carlos i Miguel z prezentami od polskich przyjaciół.

Adali, Chabela, Mayu, Paola, Ruth, Treysi, Benjamin, Carlos, Cesar, Damian, Emerson, Jair, Juan Carlos i Miguel z prezentami od polskich przyjaciół.

Nie jestem dobry w myśleniu. Znowu się o tym przekonałem. Czegokolwiek nie wymyśli się w sprawie dzieci, one i tak zrobią to lepiej.

Rzadko zdarza się, że nie wiem od czego zacząć. Jasne, najlepiej od początku, ale ta historia jest tak niesamowita, że wydaje się go nie mieć.

W wielkim skrócie chodzi o to, że uczniowie trzeciej klasy Szkoły Podstawowej w Kołacinie koło Łodzi bardzo chcieli nawiązać kontakt z dziećmi spoza Polski. Ich wychowawca Wawrzyniec Musiał trafił na mojego bloga.
I tak się to wszystko zaczęło.

W Peru dzieci dostatek, ale długo nie wiedziałem, jak do tego podejść. Do takich spraw trzeba przecież podchodzić jak do jeża. Dzieci to nie dorośli. Nie można ich tak sobie zawieść. Ostatecznie wybór padł na wychowanków Villa Infantil Federico Ozanam w Chilca koło Limy. Choć wydawało się, że mieszkańcy tej placówki spełniają wszystkie wymogi, aby przyjaźni z Polakami nie nawiązywać.

To dom dziecka na pustyni, o którym można powiedzieć też: „przechowalnia“. Jeżdżę tam kiedy czas na to pozwala uczyć języka angielskiego. Co nie jest akurat najistotniejsze. Najważniejsze, że dzieci z Chilca nie mają zielonego pojęcia co ich czeka. Jeśli nie uwierzą w siebie i bez tej wiary staną się dorośli, po wyjściu
z przechowalni czeka na nich prawdziwa dżungla zamiast piasku.

Villa Infantil Federico Ozanam. Sześćdziesiąt kilometrów na południe od Limy.

Villa Infantil Federico Ozanam. Sześćdziesiąt kilometrów na południe od Limy.

Oczywiście nie mówią po polsku. Część zresztą ledwie mówi. Nie mają jak zadzwonić. Nie wiedzą jak się obsługuje komputer. Niektórzy nie wiedzą nawet co to jest komputer. Jednym słowem, nie nadają się do nawiązywania kontaktu z kimś z innego świata.

Tak sobie pomyślałem. Ale w myśleniu to ja nie jestem dobry. Szybko się o tym przekonałem. I nauczyłem. Czegokolwiek nie wymyśli się w sprawie dzieci, one i tak zrobią to lepiej. Prosto z serca.

To dlatego nie wiedziałem, jak zacząć o tym opowiadać. To, co dzieje się, gdy zaczyna działać serce, można co najwyżej poczuć.

Efektem są listy, które co prawda muszę jeszcze tłumaczyć z polskiego na hiszpański i odwrotnie, ale obym cały czas miał takie tłumaczenia. Efektem są też zdjęcia, którzy młodzi wymieniają między sobą. A ostatnio pojawił się także komputer i laptop. To prezent od dzieci z Kołacina dla przyjaciół z Peru.

Do roli Świętego Mikołaja jestem już przyzwyczajony, ale jadąc do Chilca miałem całkowicie nowe doznania.

Najpierw przekazałem komputer i właściwie było już pozamiatane. Dzieciaki oniemiały. To była sytuacja niczym z filmu. Nikt nie oczekuje niczego, aż tu nagle spełnia się najskrytsze marzenie.

Marcin, Kuba, Martynka, Ania, Iza, Arek, Marta, Natalka, Natalka, Martyna, Kinga, Kinga, Kuba, Wojtek, Kamil, Adaś i Mateusz w czasie Bożego Narodzenia podzielili się opłatkiem z peruwiańskimi przyjaciółmi. Fot. Wawrzyniec Musiał.

Marcin, Kuba, Martynka, Ania, Iza, Arek, Marta, Natalka, Natalka, Martyna, Kinga, Kinga, Kuba, Wojtek, Kamil, Adaś i Mateusz w czasie Bożego Narodzenia podzielili się opłatkiem z peruwiańskimi przyjaciółmi. Fot. Wawrzyniec Musiał.

Ten komputer nie był nawet marzeniem, bo dzieci z Chilca nigdy nie wyobrażały sobie, że to może się stać. Przecież były przekonane, że na to nie zasługują. Łatwo wyobrazić więc sobie, co się stało, kiedy wyciągnąłem jeszcze laptopa.

Urządzenia szybko zaczęły pełnić swą rolę. Do końca lutego mali Peruwiańczycy mają wakacje, więc laptop
i komputer służą przede wszystkim do zabawy. Ale każdego dnia, zgodnie z harmonogramem, zamieniają się w pomoce dydaktyczne. Na pierwszy ogień poszedł język angielski dla najmłodszych i kurs… języka polskiego dla starszych.

Do tej pory wydaje się, że to nie zdarzyło się naprawdę. Ale przecież dotknąłem i uwierzyłem.

Poza tym uleczyłem się. Brązowe drzwi do domu dziecka w Chilca to jedyna brama, przez którą bałem się przechodzić. Bałem się za każdym razem, gdy przed nią stałem. Ale nie tego, co za nią jest. Tylko tego, że stamtąd, dokąd prowadzi, nie będę chciał wyjść.

Teraz, dzięki dzieciom z Polski, samotność tych, którzy za tymi drzwiami zostają, nie jest już tak wielka.
Mogę więc je spokojnie zamknąć od zewnątrz. I w najbliższej wolnej chwili znów przed nimi stanąć, by nacisnąć dzwonek.

Piotr M. Małachowski
http://operujewperu.pl

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *