DPS

“Kto się boi ten nie ma albo imigracyjna opowieść interpokoleniowa”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

jezyk

Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Nie jest to moje ulubione przysłowie, lecz czasem rzeczywiście najlepiej opisuje sytuację.

Dopiero co wyznałam, jak mi się wspaniale układa z otoczeniem i jakiego doznajemy z córkami zewsząd wsparcia i wyrozumiałości w naszej podróży przed multilingwialny świat, a tu bęc. Do tego dźgnięcie z najmniej spodziewanej strony, bo pogrzebaczem w rękach najbliższych.

Ale po kolei.

Jak przystało na nowoczesną rodzinę mamy familię idealnie rozstrzeloną po świecie i udaje nam się zebrać przy jednym stole zwykle tylko podczas świąt, po tym, jak odbędziemy wyprawę na drugi koniec kontynentu.
Gdzie i do kogo w danym roku decydują różne czynniki: zdrowie, finanse, wiek dzieci, czasem nawet losy.
Gdy w ciemne, zimowe wieczory córkom brak czasem pomysłu na zabawę daję im mapę i każę łączyć miejsca zamieszkania poszczególnych krewnych. Wychodzą przeciekawe figury geometryczne.

W ostatnie święta obraliśmy kierunek na Kalifornię, do rodowej siedziby męża. Szczęśliwi teściowie, nie zmęczeni przedświątecznymi przepychankami na lotniskach i autostradach już w progu zaproponowali babysitting, abyśmy zaraz po świętach wyskoczyli z mężem na jednodniowy urlop do pobliskiego San Francisco.

Urlop udał się wyśmienicie, wróciliśmy, tylko że w domu przywitała nas grobowa atmosfera. Na pierwszy rzut oka nikogo nie brakowało i nikt nie obnosił widocznego uszczerbku na ciele, musiało więc chodzić o koty.
Trzy dorodne wąsatki u dziadków są oczkiem w głowie moich dzieci.

– Zdechł jakiś? Pobił się z kimś? Coś któregoś rozjechało?

– Nie – pokręciła głową Starsza. – Tylko dziadek powiedział, że mamy do siebie mówić po angielsku.

– Co … powiedział? – odjęło mi mowę.

– I jeszcze powiedział, że jak nie będziemy, to będą się z nas śmiać w szkole – dokończyła cichutko Młodsza.

– Słucham? – powtórzył mąż i zanim miałam czas osunąć się zmartwiała na kanapę on już pędził rozmówić się
z ojcem aż deski na schodach jęczały. Dwujęzyczność córek to od początku nasz wspólny front.

Zeznania teścia sprawiły, że sprawa nabrała nieco innego wyglądu niż ten, jaki ujrzeliśmy po pierwszej interakcji z dziećmi.

– Owszem, poprosiłem, żeby mówiły do siebie po angielsku, ale to dlatego, że ewidentnie o coś się spierały
i chciałem im tylko pomóc rozwiązać konflikt. Lub przynajmniej, żeby mi wyjaśniły o co chodzi!
– To zmienia postać rzeczy – zgodził się mąż. – A co dokładnie wtedy robiły?

Mąż przeniósł swoje zainteresowanie na okoliczności zajścia, by mógł się z kolei po ojcowsku rozmówić
z dziećmi. Przed wyjazdem nałożył im szlaban na sprzeczki przy dziadkach i dał do podpisania cyrograf.

– Żebyście jednego dnia nie wytrzymały bez kłótni … – dobiegło mnie po jakimś czasie z sąsiedniego pokoju,
i zaraz po tym piskliwy dwugłos argumentów, zdominowany przez frazę „bo ona”.

Usiadłam z herbatą naprzeciwko teścia przy kuchennym stole. Twarz miał ściągniętą, prawą nogę w bucie ortopedycznym ułożoną z boku krzesła. Nie mogło to być wygodne.

– Bardzo boli?

Skinął głową.

– Już cztery miesiące jestem uziemiony, a kości wciąż nie chcą się zrosnąć – westchnął. – Nie mam pojęcia jak długo jeszcze. Nie mogę pracować, nie mogę prowadzić samochodu, nie mogę nic. Co to za życie – machnął ręką. – I te nerwy. Coraz częściej mi puszczają. Dzisiaj też chyba za bardzo wybuchnąłem. Powiedz im to ode mnie.

Teraz ja skinęłam głową. Człowiek ze zdrowymi rękami i nogami miewa regularne ataki braku cierpliwości do konfliktów między rodzeństwem. W 9 na 10 przypadków przeklina wtedy los, że rozumie o co się spierają,
bo w głowie mu się nie mieści, że można tracić energię i dobry humor na takie głupstwa.

– Małe też nie są bez winy – powiedziałam. – Wiedzą, że przeholowały. Ale…

Jedną rzecz musiałam wiedzieć. Rzecz, która nie miał nic wspólnego z kłótnią dzieci, wszystko zaś z obiektywem, przez który patrzyły na świat. Skąd i po co pojawił się komentarz o szkole? Miny córek mówiły same za siebie. Ziarno niepokoju zostało zasiane i rosło w szybkim tempie.

Na przestrzeni lat przeprowadziliśmy z monolingwialnymi dziadkami moich córek niezliczoną ilość rozmów na temat tego, czym jest dwujęzyczność, jak ją praktycznie osiągnąć i jak ważne – najważniejsze! – jest zaszczepienie, a potem konsekwentna pielęgnacja u dziecka pozytywnego nastawienia do procesu nauki i rozwoju drugiego języka. W sytuacji, w jakiej jesteśmy jako rodzina: językiem codziennym w naszym domu jest angielski, utrzymanie u córek polskiego jako medium, w jakim porozumiewają się między sobą, to najlepsza praktyka i motywacja do językowego rozwoju jaką możemy im zapewnić. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Przez lata wyglądało na to, że twardo – całą bliższą i dalszą familia w komplecie – siedzimy na tym samym krześle. Szczerze – po prostu tego komentarza nie rozumiałam.

– Nie mów mi, że o tym nigdy nie myślałaś – zaperzył się teść. – Wiesz chyba jak to w życiu bywa. Zwłaszcza między dziećmi w szkole.

– Prawdę mówiąc nie – ja też się zaperzyłam. – Mam tę świadomość, tak, ale, odpukać, jak dotąd koleżanki co najwyżej zazdroszczą dziewczynkom dwujęzyczności, zaś nauczyciele zwartym szeregiem dopingują je do dalszej nauki, bo nie ma już chyba dziś na świecie człowieka, który nie słyszałby o benefisach płynących z dwujęzyczności. Nadto zaś regularnie przerabiamy z dziećmi w domu lekcję, że krytyka u drugiego człowieka umiejętności i wiedzy, której samemu się nie posiada, to przejaw ignorancji najgorszego kalibru. – Emocje zaczynały mnie spychać na lepki grunt dydaktyzmu, więc nabrałam w usta powietrza i już tylko rzeczowo zapytałam: – A potwierdziły, że mają z tym problemy? Że ktoś się z nich śmieje?

– No, nie potwierdziły – przyznał teść, ale jeszcze nie składał broni. – Ostrożności w życiu nigdy nie za wiele. Poza tym, to tylko kwestia czasu.

– Ma tata pewność?

Pewne, rzekł swego czasu ukochany przez Amerykanów Benjamin Franklin, są tylko podatki i śmierć. Zajęło mi to kawałek życia, ale mam dziś pewność także co do dwóch innych spraw. Ostrożność dobra rzecz, jednak przeciwdziałanie nieszczęściu, które ma absolutnie niewiadomy współczynnik prawdopodobieństwa wystąpienia to strata czasu. Można się z dużo większym pożytkiem zająć sprawami oczekującymi na uwagę tu
i teraz. Zwykle nikomu takich nie brakuje, a jeśli brakuje, warto się uważniej rozejrzeć wokół siebie. W każdej sekundzie naszego życia reszta świata ustawia się do nas w kolejce z najważniejszymi i najpilniejszymi kwestiami, w których możemy dopomóc. Po drugie zaś jesteśmy tym, kim mówimy, że jesteśmy. Dumni ze swojej ojczyzny i języka, dumni z umiejętności i talentów, sprawiamy, że są one przedmiotem podziwu, nie szyderstw ze strony innych.

Przyznaję, nie jestem aż taką optymistką, by myśleć, że moje córki uważają swą dwujęzyczność wyłącznie za dar od niebios i budzi ona w nich wyłącznie pozytywne emocje. O, bynajmniej. Mają swoje przemyślenia, a bunt, jaki od czasu do czasu zjawia się na pokładzie w związku z np. polską lekturą, którą proszę je o przeczytanie, czy choćby napisaniem listu do polskiej babci, to ich oczywisty nośnik. Nie mam złudzeń – żyjemy już dzisiaj w świecie gdzie coraz więcej dorosłych posługuje się, prócz języka ojczystego, także angielskim, czyniąc współczesne społeczeństwa bardziej multilingwialnymi niż jakiejkolwiek inne w przeszłości, jednak funkcjonalny multilingwializm wśród dzieci wciąż nie jest chlebem powszednim i stanowi wyzwanie – i dla dzieci, i dla ich otoczenia. Wsparcie ze strony dorosłych w każdej formie i każdej ilości to absolutna podstawa. Nazywam ją na własny użytek jedyną naprawdę utwardzoną ścieżką przez las, w którym nie brak grzęzawisk i nieoczekiwanych zapaści.

Dzieci poszły spać, znękany bólem stopy teść również. Rano przy śniadaniu Starsza pierwsza zaczęła rozmowę.

– Dziadku, my nie będziemy ze sobą mówić po angielsku i musisz to zrozumieć …

Teść, pokrzepiony poranną kawą, ale i jakimiś nowymi przemyśleniami, które niemal widocznie żeglowały po jego czole, poklepał ją czule po dłoni.

– Wiem, dziecko, rozumiem, naprawdę. I powiem wam tak. Odwiedzajcie mnie częściej, bo jestem stary i żyję dniem wczorajszym. Myślę kategoriami z przeszłości, a świat przecież tak bardzo się zmienił. Ten kraj się zmienił i ludzie się zmienili. Wasi pradziadkowie, jak wiecie, również byli imigrantami, i zdaje się, że ja niestety do dzisiaj mierzę świat ich miarką. Dużo ich kosztowało, żeby się tutaj znaleźć i do czegoś dojść, dlatego na niczym nie zależało im bardziej niż na tym, by ich dzieci, ja i moi bracia, jak najszybciej stały się w 100% Amerykanami, nierozróżnialnymi w tłumie, jednakowo wykształconymi i zanurzonymi w tutejszej obyczajowości i kulturze. Święcie wierzyli, że tylko tak będziemy mieli szansę odnieść tu sukces i odnaleźć szczęście w życiu. Oni tego szczęścia nigdy nie odkryli.

– Dlaczego nie wrócili do Europy? – Młodsza przysłuchiwała się opowieści dziadka z otwartą buzią i coraz bardziej zmarszczonym ze zdumienia czołem.

– Szukam na to pytanie odpowiedzi do dzisiaj. Tylko, że oni mi już tego nie powiedzą.

Teść zapatrzył się na chwilę w okno. Młodsza zebrała myśli.

– A ja chyba wiem. Może przyzwyczaili się bać. Jak się człowiek czegoś boi, to przestaje robić to, na co ma ochotę. A nawet to, co jest dla niego dobre.

Wymieniliśmy z mężem porozumiewawcze spojrzenia. Rozmowa z niezręcznej zmieniła się w fascynującą i nie mogliśmy doczekać się jej dalszego ciągu.

Nie doczekaliśmy się jednak. W tym bowiem momencie z impetem rozwarły się wejściowe drzwi i do kuchni wpadł kłusem dwuletni kuzyn moich córek, adept bardzo wczesnych porannych spacerków. Przebytą trasę znaczył pasażem z błota pryskającym obficie z bucików i nogawek.

– Bój się Boga! – krzyczała za nim ścigająca go matka, ale z góry skazana była na niepowodzenie. Kobiety
w ósmym miesiącu ciąży, bez względu na to, jak się starają, rzadko rozwijają znaczne prędkości.

Dwuletni kuzynek nie bał się niczego, nawet Boga i zatrzymał się dopiero na kolanach Starszej żądając, by podzieliła się z nim swoją bułeczką z makiem i kakao.

Eliza Sarnacka-Mahoney

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *