DPS

“Peruwiańskie kalesony a kwestia polska”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page
Callao widziane z morza. Najbardziej bezpiecznego miejsca.

Callao widziane z morza. Najbardziej bezpiecznego miejsca.

Z nowym rokiem zmieniły się peruwiańskie przepisy dotyczące przebywania w budynkach użyteczności publicznej. Otóż nie można do nich wchodzić nie mając na sobie długich spodni. A ja właśnie wybrałem się
w krótkich.

Palacio de Justicia w Callao nad Pacyfikiem może i nazywa się Pałacem Sprawiedliwości, ale nie wygląda. Wygląda jak kilkupiętrowy blok z czasów głębokiego socrealizmu, pomalowany dodatkowo na czerwono.
To przed drzwiami tego budynku zostałem zatrzymany przez straż sądową. I ani kroku dalej. Dopóki nie wrócę
w spodniach z nogawkami do kostek.

Żeby nie było niejasności: nie jestem z tych buraków, co to zakładają białe skarpetki do czarnego garnituru.
Czy na odwrót. Poza tym znowelizowane prawo określające zasady wchodzenia do urzędów w Peru uważam za krzywdzące.

Po pierwsze dlatego, że jest niesprawiedliwe, jeśli brać pod uwagę miejsce wydarzeń.

Gdybym próbował wejść w szortach do sądu na przykład w centrum Limy, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Od razu wokół mnie pojawiłyby się osoby ze spodniami i garniturami na półgodzinny wynajem. Do koloru, do wyboru. Bo tak ogólnie w Peru jest. Prawo sobie, a życie goni za nim w podskokach.

Callao to jednak inna para kaloszy. Wokół prawie żywego ducha, kraty w oknach i drzwiach, a na czatach policjanci, którzy radzą wziąć taksówkę niż przejść dwieście metrów samemu.

Po drugie, rozumiejąc intencje prawodawcy, śmiem wątpić, aby nakaz zakładania spodni z długimi nogawkami, zwłaszcza w środku upalnego lata, przyczynił się do wzrostu szacunku wobec państwowych instytucji. Łatwo sobie wyobrazić, że może być wręcz odwrotnie.

Po trzecie wreszcie, i tu trochę ponarzekam, prawodawca w Peru nie ma zielonego pojęcia o realiach Limy
i sąsiedniego Callao. A realia są takie, że portki jak najbardziej mogę zmienić w trzydzieści sekund, ale żeby to zrobić, muszę poświęcić cały dzień, aby po nie pojechać i wrócić.

Odbiłem się zatem od tego strażnika sądowego jak od ściany. Stuprocentowo przekonany, że gdybym miał na sobie pas z kałasznikowem zamiast tych krótkich spodenek, bez problemu wszedłbym do środka. A tak szukaj wiatru w polu. Amigo, gdzie ja ci teraz znajdę spodnie do kostek?

Wbrew radom policjanta zapuściłem się jednak dalej niż dwieście metrów od sądu. Przecież w taksówce ich nie dostanę. I tak zawędrowałem w miejsca, o których nie śniłem.

Kolonialne Callao. Z wąskimi zaułkami. Pastelowymi budynkami. Zapierającymi dech w piersiach balkonami. Wyłożonymi brukiem uliczkami. A do tego lekki powiew oceanicznej bryzy z La Punty. Miejsca, w którym działy się ważne, jak nie najważniejsze rzeczy w morskiej historii Peru. Bajka innymi słowy. Aż nóż się w kieszeni otwiera, że nie można tu przyjść z turystami, by to wszystko im pokazać. Nawet zdjęcia zrobić nie można, bo okoliczne chłopaki zaraz zbiegną się, obiją gębę, zabiorą aparat i tyle będzie z tego zwiedzania.

Na szczęście długie nogawki udało się pożyczyć. Poszło gładko: pięć soli opłaty i depozyt zwracany w chwili ich oddania. Ale nie czułem się jakoś specjalnie komfortowo. Trudno czuć się komfortowo siedząc w sądowym archiwum w cudzych kalesonach.

Z drugiej strony nie ma co narzekać. Wizyta w tym pałacu uzmysłowiła mi wiele rzeczy. Choćby tą,
że w peruwiańskich sądach, prokuraturach i komisariatach byłem więcej razy niż na Machu Picchu. Za tych, co być nie mogą. Rodaków z wypadków, oszustw i kradzieży. A teraz także z przemytu.

– Podobno większość Polaków, którzy mieszkają w Peru, siedzi w więzieniu za narkotyki – tą krążącą po stolicy anegdotą zagaiłem wesoło rozmowę przy obiedzie, już bez kalesonów, z pracownikiem sądowym.

Spojrzał na mnie poważnie i odparł:

– Wydaje mi się, że wszyscy.

A potem wyśpiewał to, co chciałem usłyszeć. Po lekturze peruwiańskiego kodeksu karnego była to wielce pouczająca lekcja. Wiem po niej, że da się. Swego czasu wyciągnąłem dziesięciotonowy kontener z rąk portowej mafii w krawatach. Teraz nie ma żadnych przeciwwskazań, abym wyciągnął zza krat chłopaka, który chciał zarobić dużo, a dostał jeszcze więcej. Prawie siedem lat.

Wyszła długa historia, ale tak naprawdę piszę o tym wszystkim w ramach wstępu. W istocie bowiem to nie
o Peru, lecz o Polskę mi chodzi.

Nie wiem, jak mógłbym się w niej odnaleźć. Nie potrafię wyobrazić sobie siebie nie targującego się na dworcu kolejowym w Poznaniu o bilet do Warszawy. Nie mam pojęcia jak mógłbym nie kupić obiadu w garkuchni przy ulicy i nie zjeść go siedząc na krawężniku. Ogarnia mnie panika na myśl, że jadąc autobusem miałbym szukać najpierw biletu, a później kasownika, skoro tu, w Peru, to problem przewoźnika, nie pasażera.

Takich pytań, roszad, rozterek i zagadek jest w mojej głowie coraz więcej. Codziennych, polskich spraw.
Nie ogarniam już ich. To nie mój świat po prostu. To znaczy ciągle mój, ale taki, jakbym stracił go bezpowrotnie.

I – zmierzając żołniersko do puenty – myślę sobie, że gdybym teraz znalazł się w Polsce, z własnymi kalesonami na tyłku, nie trząsłbym się z zimna. Tylko ze strachu.

Piotr Małachowski
Lima, Peru

Zapraszamy na bloga Piotra www.operujewPeru.com

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *