DPS

“Niech czyta, a mówić będzie albo korzyściach wielu płynących z czytania na głos” (cz.2)

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

DSC_0939

I. Prywatny zarys sytuacyjny

– I co, i będę miała 18 lat, będę zupełnie dorosła, a ty wciąż będziesz mi kazała czytać na głos? – Rzuca
z fochem starsza córka pozując na schodach a la ScarletT O’Hara (minus falbaniasta suknia do ziemi) godzina dwudziesta coś tam coś tam, któryś marca, rok nieważny wcale.

– Zgadza się. Ani się obejrzysz, a będziesz miała tę wyczekaną osiemnastkę – wołam z kuchni zalewając wrzątkiem herbacianego szczurka. – Czy staniesz się w tym momencie dorosła – nie wiem. Jednak czytać na głos, mam nadzieję, będziesz wtedy sama, bez upomnień z mojej strony z kilku istotnych przyczyn. Po pierwsze zadziała rzewna nostalgia za najwspanialszym na świecie rodzinnym domem. Po drugie ściśnie cię jeszcze rzewniejsza nostalgia za tymi uroczymi czytelniczymi chwilami z ukochaną matką, kiedy to twój wdzięczny głos skakał po zaciszu sypialni niczym wiosenny dzwoneczek, a matce twojej łzy szczere do oczu napływały, bo przypominały jej się jej własne literacko zorientowane wieczory z rodziną mnóstwo lat wcześniej, nie mówiąc
o wzruszeniu na dźwięk polskiego języka w ustach jej dziecka rodzonego, a nie w Polsce przecież. Trzecia przyczyna czysto praktyczna będzie taka, że sama uznasz to za dobry sposób na oliwienie twojego polskiego, by mu zębatki nie pordzewiały, gdy już znajdziesz się w dalekim świecie z dala od polskojęzycznych krewnych.

– Jakie z dala? Jakie z dala? – leci kolejny foch, tym razem już z sypialni na górze.

Głuche uderzenia o podłogę świadczą, że córka umościła się w fotelu strąciwszy z niego uprzednio w sposób nagły wszystkie poduszki.

– Chyba, że mnie wyrzucisz stąd siłą – córka rozwija myśl. – Bo jak nie, to ci przypominam, że ja nigdzie nie idę oprócz tego, że idę na studia w naszym mieście i dalej tutaj mieszkam! – Ostatnie słowa dobrzmiewają w chwili, gdy z kubkiem w ręku zamykam za sobą drzwi pokoju.

– Wspaniale! – jednym susem jestem przy niej i całuję ją z uczuciem w nos.

Nastolatki nie cierpią wylewności uczuć, efekt jest więc natychmiastowy. Nadpływa kolejny foch pod postacią zmarszczonego w falbankę czoła i ogólnokadłubowego wstrząśnięcia ciałem.

– Porozmawiamy o tym za cztery lata – ogłaszam rozejm i padam na fotel obok. – A teraz już jedziemy.

– Jedzie pociąg z daleka – mówi córka i dla równowagi (równowaga we wszechświecie musi być!) zamiast focha dostaje napadu chichotek uznając, że żart wyszedł jej przedni. Chwilę później odnajduje w książce stronę
i zaczyna czytać.

Mamy obecnie na warsztacie najnowszą powieść Małgorzaty Musierowicz „McDusia”. W kolejnym rozdziale główny, nastoletni bohater pada rażony urodą głównej, nastoletniej bohaterki kuso przyodzianej na okoliczność pory nocnej, a efektem jego kontaktu z rzeczami martwymi znaczącymi drogę upadku staje się rozcięte o kant mebla czoło i utrata przytomności.

– Mówiłam ci, że pani Musierowicz to nie same babeczki z lukrem. Ma ciągoty kryminalne i u niej też krew się czasem leje jak nie przymierzając w średniowiecznych eposach rycerskich – zauważam.

– Cicho! – karci mnie córka – Daj zobaczyć co dalej.

Posłusznie milknę, ale chochlik sytuacyjny ewidentnie ma dla nas na dzisiejszy wieczór inne plany. Pod drzwiami już od jakiegoś czasu słychać szelesty i szurania, w końcu rozlega się tubalny okrzyk ojca moich dzieci.

– A ty co tutaj robisz?! Powinnaś dawno spać!

– Ale taaato – odpowiada mu cieniusi głos młodszej córki – Tatoooo… tam się tak przyjemnie leje krew!

– Co się leje? – mąż otwiera z impetem drzwi i wpada do sypialni, w oczach ma czysty horror.

Tuż za drzwiami siada siedzi po turecku młodsza córka i wyraźnie nie ma pomysłu, co zrobić z plastikowym kubeczkiem obracanym w paluszkach. Kubeczkiem, który – odgadnie każdy kto sam był dzieckiem – służył jej
w wiadomych celach agencyjnych.

Dalsza część wieczoru przebiegła jak następuje: starsza córka strzelając fochami wycofała się do własnej sypialni, by w końcu (w końcu!) poczytać w spokoju. Młodsza otrzymała moje słowo, że gdy tylko skończymy kolejny tom „Tajemniczego domku na drzewie” (polskie tłumaczenie popularnej angielskojęzycznej serii „Magic Tree House” autorstwa Mary Pope Osborne) wybierzemy do czytania na głos któryś z wcześniejszych tomów wciągającej Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz.

– Ale to już nie będą przelewki. To normalna proza, trudniejsze słowa, skomplikowane wyrażenia, środki stylistyczne, metafory i tak dalej. Ja ci to na głos poczytam, ale znasz zasadę. Najpierw ty czytasz na głos mnie – przestrzegam ją otulając kołdrą i gasząc nocną lampkę.

– Poradzę sobie – zapewnia mnie bez cienia wątpliwości w głosie. – A pomyśl, jak mi się polski od tego naoliwi!

Podsłuchiwała od samego początku!? Może faktycznie pisana jest jej kariera w CIA…

Zasypiając z własną lekturą koło ucha („Pasja według św. Hanki” Anny Janko) życzę sobie na dobrą noc i całe życie, by moje córki nigdy nie przerwały tradycji głośnego czytania po polsku. Nawet wtedy, gdy będą czytać na tyle płynnie i chętnie, że Kochanowski do poduszki, a Reymont na plażę nie będą stanowić żadnego problemu (moje pobożne życzenia, ale któż ich nie ma?).

Wszyscy w naszych podróżach przez wychowywanie dwujęzycznych dzieci dokonujemy jakichś odkryć.
Ja odkryłam i chcę się z Państwem tą nowiną podzielić, że czytanie na głos po polsku to nieoceniona metoda podtrzymywania, by nie rzec konserwacji płynności polskiej wypowiedzi u dwujęzycznego dziecka.

Praktyczne szczegóły w następnym felietonie.

Eliza Sarnacka-Mahoney

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *