DPS

“Życie jak na platformie wiertniczej”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

emigracja

Kocham być w świecie wielokulturowym za granicą. Ale to jest bycie w świecie na zasadzie partnerskiej,
w charakterze kolegi czy współpracownika. To jest zupełnie co innego niż polegająca na wyrzeczeniach migracja zarobkowa
– mówi psycholog kulturowy prof. dr hab. Paweł Boski, kierujący Pracownią Psychologii Kulturowej i Badań Międzykulturowych w Instytucie Psychologii PAN.

Według niektórych statystyk, obecnie za granicą przebywa dwa miliony Polaków. Emigracja stała się powszechnym zjawiskiem.

Używanie pojęcia „emigracja” w stosunku do obecnych wyjazdów Polaków jest błędem. Emigracja jest przeszłością, ostatnią jej falą była tzw. emigracja solidarnościowa w latach osiemdziesiątych. Obecnie jesteśmy w Unii i wyjeżdżamy po prostu do pracy. Załóżmy, że ktoś mieszka w Rzepinie, tuż przy granicy polsko-niemieckiej. Tyle samo kilometrów ma do Poznania i do Berlina. Jeżeli więc jedzie do pracy w jedną bądź
w drugą stronę, to jest po prostu migrantem, a nie emigrantem. Emigracja oznaczała prawie zawsze wyjazd na stałe, koniec relacji z krajem.

Dziś tak nie jest. Możesz wyjechać, możesz wrócić kiedy chcesz. Nie czeka się na paszport i na wizy, wystarczy dowód osobisty. Dlatego uważam, że obecne wyjazdy nie są emigracją. Dopiero wtedy, gdy wyjeżdża pełna rodzina, gdy ludzie kupują tam mieszkanie czy dom, który określa stałość pobytu, gdy dzieci chodzą do szkoły,
a dorośli mają stałą pracę – migracja staje się emigracją.

Wskażę jeszcze jeden punkt zwrotny – emigrantem trwałym staje się człowiek, który przestaje przeliczać dolary, funty lub euro na złotówki. Wtedy Polska przestaje być dla niego punktem odniesienia. Osoby wyjeżdżające dziś nie pozbywają się całego majątku, mają swój drugi dom w Polsce, mogą zawsze wrócić.

A może wyjazdy są pewnym stylem życia?

Oczywiście. Dla wielu ludzi jest to jakiś styl życia, na przykład dla studentów międzynarodowych albo dla
tzw. ekspatów – wysokiej klasy specjalistów pracujących w firmach międzynarodowych. W granicach Unii Europejskiej wyjazdy są czymś naturalnym, nie powodują większej dramaturgii życiowej. Dzięki samolotom
i szybkim pociągom czas podróży bardzo się skrócił. A i język nie jest obcy, bo przecież w Europie porozumiewamy się angielskim.

Jeśli jednak rozejrzymy się szerzej w świecie, to zobaczymy, że nie wszędzie tak jest. W krajach bardzo słabo rozwiniętych – w Afryce, Ameryce Południowej, Azji – wyjazd to szansa znalezienia się w lepszym świecie,
w świecie dobrobytu. To jest coś zupełnie innego niż przemieszczanie się Europejczyków – i z prawnego,
i z psychologicznego punktu widzenia. Przecież styl życia jest wyborem, raczej pozytywną wartością. Na styl życia nie jest się skazanym. Nie sądzę, żeby nielegalni migranci z Afryki czy Ameryki Południowej mieli taki styl życia, że sobie podróżują do Europy lub do USA. Oni chcą poprawić swój los i już znalezienie się na innym kontynencie jest w jakimś sensie zmianą na lepsze.

To prawda. Rzeczywiście zmienił się wizerunek emigranta. Kto emigrował dawniej, a kto migruje teraz?

W Polsce można mówić o dwóch nurtach emigracji. Po pierwsze – emigracja polityczna, która była zawsze mniejszościowa, choć bardziej wyrazista. W dziewiętnastym wieku byli to literaci, filozofowie, artyści, podobnie było po II wojnie światowej i dlatego powstał „emigracyjny Londyn” i „emigracyjny Paryż” – bez tego bylibyśmy ubożsi, bo nie byłoby paryskiej „Kultury”, nie byłoby Rządu na Emigracji. Po drugie – była emigracja zarobkowa, „za chlebem”. Stanowili ją ludzie niezwykle prości, nierzadko analfabeci, chłopi z przeludnionych wiosek, którzy szukali lepszego świata.

I chyba to jest pewnego rodzaju łącznik między przeszłością a współczesnością – wyjeżdżają w większości Polacy z małych miasteczek i wsi. Bo po co młodzi ludzie mają wyjeżdżać z Warszawy czy Wrocławia, w których żyje się na poziomie europejskim? Jeżeli jednak ktoś mieszka na przykład w Ełku, Olecku albo w Zambrowie, to dla niego nie ma większej różnicy, czy jechać do Warszawy, Londynu, czy do Brukseli. Pewnie, że jeśli postanowi wyjechać do Warszawy, to będzie mu trochę łatwiej, bo język jest prawie taki sam. Ale, z drugiej strony, jeśli człowiek z Siemiatycz czy Radomia odnajdzie się wśród swojaków w Londynie, to może czuć się bardziej swojsko niż w naszej stolicy, bo wątpię, żeby w Warszawie odnalazł klub ludzi z Siemiatycz.

Dlaczego ludzie wyjeżdżają za granicę?

To jest sprawa absolutnie uniwersalna. Ludzie wyjeżdżają dlatego, że chcą polepszyć swoje życie, swój status materialny, jadą więc tam, gdzie można więcej zarobić. Motyw zarobkowy, ekonomiczny dotyczy ponad 90 procent wyjeżdżających. Jest też wąska grupa migrantów szukających ciekawej pracy, których nie interesuje praca jakakolwiek, ale dająca satysfakcję. To są ambitni, dobrze opłacani, wysoko wykwalifikowani specjaliści: księgowi, inżynierowie, informatycy, architekci. Im chodzi o to, żeby sprawdzić się na polu zawodowym, ale też
w pewnym stylu życia, na wyższym poziomie niż w Polsce. Podkreślam jednak: dla takich ludzi wyjazd ma sens wówczas, gdy oparty jest na wynegocjowanym i podpisanym kontrakcie. Wyjazd specjalisty „w ciemno” jest nieracjonalny.
Część wyjeżdżających z wyższym wykształceniem nie znajduje odpowiedniej pracy za granicą i godzi się na krótkotrwałą degradację. Myślą: „No trudno, trzeba na początku pocierpieć. Zaczynam na zmywaku, ale szybko dam się poznać i ponieważ jestem inżynierem elektroniki, to niedługo wrócę do fachu”. Sytuacja normalna
i pożądana psychologicznie będzie wtedy, kiedy polscy specjaliści będą jeździć do Niemiec albo Anglii w ramach kontraktów, a nie „w ciemno”. Żaden specjalista francuski nie pojedzie do Anglii, by zaczynać karierę zawodową z poziomu ulicy.
Jeszcze inną kategorią są ludzie, którzy mówią: „A co mi tam! Mam wprawdzie dyplom wyższej uczelni, ale będę robotnikiem, bo to mi się opłaca”. To jest wybór, dlatego trzeba go szanować, jednak nie doradzać.

Są też tacy, którzy jadą dla przygody, nie dla pieniędzy.

To w języku młodzieżowym nazywa się gap year – to znaczy, że daję sobie wolne na rok i jadę dookoła świata dla przygody, dla przeżycia czegoś cudownego. Ale czy wyjazd na przykład do Anglii, ciężka praca na zmywaku, te wszystkie wyrzeczenia i ograniczenia można traktować jako gap year? Chyba lepiej pojechać dookoła świata.

Wyjeżdżają też ludzie po studiach, którzy nie znaleźli pracy w Polsce. Pracują w Anglii na zmywaku, ale cieszą się, bo tam nawet za minimalne wynagrodzenie mogą wynająć mieszkanie, utrzymać się, ubrać, wyjść do kina i jeszcze coś tam odłożyć. Nie muszą być na garnuszku rodziców.

No tak, ale jak długo można funkcjonować w takiej degradującej sytuacji? Jeśli jest się studentem, to trzy miesiące pracy na zmywaku nie zaszkodzą. Jeśli skończyło się już studia, a chce się zarobić na mieszkanko,
no to można wytrzymać pół roku, góra rok, nie dłużej. W każdym innym przypadku degradacja zawodowa, społeczna, kulturowa jest bardzo wysoką ceną.

Czy wielu ludzi zgodzi się zapłacić taką cenę? Mam nadzieję, że nie. Najkorzystniejsza z punktu widzenia jednostki i społeczeństwa będzie taka sytuacja, w której Polacy będą w Europie obywatelami pierwszej kategorii, tak jak wszyscy inni Europejczycy. Mąż powie do żony, czy żona do męża: „Mam propozycję pracy w Anglii. Pojedźmy tam razem. Co ty na to?”. Tak to powinno wyglądać. Natomiast dzisiejsze wyjazdy do pracy „byle jakiej” są pozostałością dawnych czasów, naszego zacofania.

Jednak coś się zmieniło…

Oczywiście. Mój syn, który jako 10-letnie dziecko wyjechał do Kanady, na studia przyleciał do Polski. I to jest ta zmiana. Ja wyjeżdżałem do lepszego świata, żeby się czegoś nauczyć, żeby poznać, rozwijać się, a teraz drugie pokolenie, czyli mój syn, wraca tutaj, żeby się uczyć. Czy wracają na stałe? Nie wiem, ale to nie jest najważniejsze. Nie wiem, pewnie i on jeszcze tego nie wie, ale to nie jest najważniejsze.

Gdy byłem młodszy dużo podróżowałem, sporą część świata dobrze znam, mieszkałem w różnych miejscach. Bardzo się cieszę, że w ciągu życia mojego pokolenia Polska znacznie nadrobiła dystans w stosunku do Zachodu. Ale też dlatego nie odczuwam już palącej potrzeby wyjazdu. Kocham być w świecie wielokulturowym za granicą i często po kilku miesiącach pobytu w Polsce zaczyna mi być duszno i chcę wyjechać. Ale to jest bycie w świecie na zasadzie partnerskiej, w charakterze kolegi, współpracownika itp. To jest co innego niż polegająca na wyrzeczeniach migracja zarobkowa, po to żeby odłożyć, żeby dzieci miały lepszą przyszłość.

Ale migracja już mniej polega na wyrzeczeniach. Traktowana jest jako szansa…

Emigranci, tacy z krwi i kości, w Ameryce mówili tak: „My, jako pierwsze pokolenie, jesteśmy na straty, to wszystko dla naszych dzieci”. I rzeczywiście, ich dzieci trochę się odbiły, mają lepiej. Ale to jest straszna tragedia, gdy człowiek tak o sobie musi myśleć: „Moje życie jest na straty, tylko moje geny w moich dzieciach będą lepiej żyły”. Taka rezygnacja ze wszystkiego, z samego siebie, jest ogromnym poświęceniem, jest rodzajem prawdziwego altruizmu. Mocno zapamiętałem te słowa. Ciarki mnie przechodzą, ilekroć o nich pomyślę. Nie chciałbym, aby dotyczyły mojego życia. To znaczy chcę, tak jak każdy rodzic, aby dzieci miały lepiej, ale nie żebym ja był na straty.

Są cztery modele jakości życia. Najlepsza sytuacja jest wtedy, gdy to, co robię, daje mi satysfakcję i również efekty mojej pracy dają mi satysfakcję w postaci osiągnięcia pewnego poziomu życia. To jest pełnia szczęścia. Drugi model to hedonizm: minimalizacja pracy na rzecz tego, co daje mi przyjemność, na przykład picie piwa, chociaż konsekwencje mogą być niezbyt przyjemne, ale to, co robię jest fajne.

Trzeci model wygląda następująco: to, co robię, daje mi w zasadzie same nieprzyjemności i nie lubię tego, ale odroczony efekt da mi satysfakcję, bo odłożę pieniądze. Czyli moje życie jest bardzo ciężkie, ale właśnie marzenia, na przykład że zbuduję dom, dają siłę. Cierpię teraz, żeby było lepiej później. To model zdecydowanej większości wyjeżdżających – ciężko pracuję, żeby odłożyć jak najwięcej dla siebie czy dla dzieci.

W czwartym modelu zarówno to, co robię, jak i konsekwencje tego, co robię są negatywne – to jest życie na marginesie. Mam nadzieję, że coraz mniej ludzi będzie żyło według tego modelu, jednak drastyczne przypadki bezdomnych Polaków i osób innych narodowości, których egzystencja jest zagrożona, pokazują, że to jest wkalkulowane w wyjazdy zagraniczne.

Prócz motywu ekonomicznego są przecież inne plusy wyjazdu za granicę. Ludzie poznają inny świat, innych ludzi, inną kulturę…

Mamy różne, bardzo interesujące wyniki badań z ostatnich lat. Niewątpliwym plusem jest zmiana stereotypu Polaka. Okazuje się, że Anglicy i Irlandczycy uważają, że Polacy są bardzo pracowici. Gdy się trochę pomyśli,
to te wyniki nie powinny dziwić. Przecież podstawowym motywem wyjazdów są pieniądze.

Migrant chce jak najwięcej zarobić, niezależnie od tego czy z Makowa Podhalańskiego wyjechał do Warszawy, czy do Londynu. Pracuje na okrągło, bo po to wyjechał. Nie może być leniuchem, bo wtedy jego wyjazd nie miałby sensu, bo to by znaczyło, że jest głupi, że nie wie, co robi. W rolę migranta jest wpisana pracowitość.

Można przypuszczać, że wielu wyjeżdżających powiedziało sobie: „Jadę, żeby zarobić. Żeby zarobić, trzeba pracować. W związku z tym nic poza pracą nie jest dla mnie ważne”.

Dziekuję za rozmowę!

Rozmawiała: Agnieszka Chrzanowska

Pełny tekst wywiadu znajdziesz w wydaniu tabletowym „Charakterów” 5/2013 (dostępne w App Store oraz Google Play)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *