DPS

Uczenie się świata czyli Immigrant Learning Center

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page
The Immigrant Learning Center, Inc.

The Immigrant Learning Center, Inc.

Rozmowa z Diane Portnoy, Polką z pochodzenia, Prezesem i CEO The Immigrant Learning Center w Malden, Massachusetts. Pod polskim tłumaczeniem – angielska wersja językowa.
Interview with Diane Portnoy, President and CEO of the Immigrant Learning Center in Malden, MA, of Polish origin. Check for an English version below the Polish translation.

Czy możemy zacząć od Pani własnej historii? Skąd pomysł na założenie Immigrant Learning Center?

Diane Portnoy: Moja historia jest taka, że moi rodzice byli polskimi Żydami, którzy przeżyli Holocaust, ale stracili w czasie drugiej wojny światowej wszystkich swoich krewnych. W czasie wojny zostali rozdzieleni. Oczywiście to, czego każde z nich doświadczyło i co widzieli, jest zarazem niewiarygodne i niemożliwe do opisania, niemniej jednak przeżyli i po wojnie odnaleźli się. Historia tego, jak się ponownie zeszli, jest fascynująca.

Otóż, oboje pochodzili z Kalisza. W Kaliszu przed ratuszem rośnie wielkie drzewo. Po wojnie ludzie wracali do rodzinnego miasta, by zobaczyć, czy ktoś z ich bliskich przeżył i na tym drzewie zawieszali karteczki z krótką notatką. Mój tato wrócił do Kalisza jako pierwszy i zostawił na drzewie swoją wiadomość. Kilka dni później wróciła moja mama – przeczytała jego wiadomość i w ten sposób się odnaleźli.

Diane Portnoy

Nie wiem, dlaczego rodzice wyjechali z Kalisza. Ja urodziłam się w miasteczku o nazwie Stolp, przypisanym ostatecznie do wschodnich Niemiec. Później pojawili się tam Rosjanie.
Moi rodzice zrozumieli, że ponieważ są Żydami, pozostawanie w tej części Niemiec jest bardzo niebezpieczne. Tato zapłacił kierowcy ciężarówki, by ukrył nas z tyłu samochodu. Mama karmiła mnie piersią przez całą drogę, żebym nie wydawała żadnych odgłosów. W środku nocy przewieziono nas przez granicę do amerykańskiej strefy – był to koniec 1946 roku – do Sztutgardu, gdzie mieszkaliśmy, dopóki nie skończyłam 3,5 roku. W 1948 roku Stany Zjednoczone podpisały ustawę o wysiedleniach (Displaced Person Act) i moi rodzice złożyli podanie o wyjazd do Ameryki. Ustawa ta umożliwiała 450 tysiącom wysiedleńców z czasów wojny przybycie do Stanów Zjednoczonych. Wizę otrzymało 190 tysięcy Żydów. Aplikacja moich rodziców została przyjęta – przypominało to dzisiejszą loterię wizową.

Przybyliśmy do Ameryki jesienią 1949 roku, na zaadaptowanym do przewozu ludzi okręcie bojowym. Mężczyzn ulokowano po jednej stronie statku, kobiety po drugiej, a ja bardzo się rozchorowałam. Kiedy dobiliśmy do brzegów Wyspy Ellis, nie pozwolono mi wjechać do kraju i spędziłam dziesięć dni w szpitalu na wyspie.
Szpital na Wyspie Ellis ma swoją bardzo niechlubną historię… Niemniej jednak, w końcu wydobrzałam i wypuszczono mnie stamtąd. Oczywiście istniały organizacje żydowskie, które pomagały wielu ludziom.

Mój tato usłyszał, że w Malden jest fabryka, która zatrudnia pracowników, przyjechaliśmy więc do Malden i tato znalazł pracę w fabryce zwanej Malden Knitting Mill, która produkowała swetry. Ostatecznie został tam dyrektorem. W fabryce pracowało około 450 osób. Początkowo mieszkaliśmy w części Malden zwanej Skwerem Suffolk, która przypominała getto – zamieszkiwali ją wyłącznie imigranci, głównie ocalałe ofiary Holocaustu czy żydowscy imigranci. Oznaczało to, że wszystko wokół nas, wszystkie napisy, było nie po angielsku, lecz w jidysz. A wszyscy przyjaciele moich rodziców, wszyscy, których tu spotkali, stracili w czasie wojny w obozach koncentracyjnych męża, żonę albo dzieci. Teraz każdy próbował założyć nową rodzinę.

Moi rodzice byli tu jedyną parą małżeńską, która przetrwała. Dorastałam zatem w okolicy, w której nikt nie mówił po angielsku, wliczając w to mnie samą. Nie było darmowych szkół i z pewnością nie było pieniędzy na to, by zapłacić za naukę. Rodzice z miejsca umieścili mnie jednak w publicznej szkole. W wieku czterech lat poszłam do przedszkolnego oddziału i tam w naturalny sposób nauczyłam się angielskiego. Dla moich rodziców i ich przyjaciół było to trudniejsze, jednak udało im się stworzyć nowe życie. Wszyscy oni nauczyli się angielskiego i znaleźli pracę, zostali przedsiębiorcami i stworzyli miejsca pracy, płacili podatki, a ich dzieci poszły na studia. Wszyscy mieli niezwykły zapał i silną etykę pracy. Widziałam to na własne oczy, więc wiem, ile wnoszą do tego kraju imigranci. Żyłam na co dzień z tym poczuciem. Wciąż to obserwuję.

Picture 020Kiedy moje dzieci były małe, uczyłam na pół etatu
w programie edukacyjnym dla dorosłych. W latach 80., kiedy otworzyła się Europa Wschodnia, zauważyłam ogromny napływ imigrantów do kraju i związaną z tym nagłą potrzebę programów nauczania angielskiego czy ESL. Większość uczniów pochodziła wtedy albo
z Rosji czy Ukrainy, albo z Wietnamu, który leży
w południowo-wschodniej Azji. Miałam wyobrażenie
o tym, jaki program byłby najlepszy – otóż intensywny. Jeśli ktoś ma nauczyć się angielskiego, nie może robić tego przez cztery godziny w tygodniu, musi przychodzić do szkoły codziennie, na trzy godziny,
18 godzin tygodniowo. Program ten zakłada całkowite wtopienie się w obcojęzyczną rzeczywistość językową. W każdej klasie mamy maksymalnie 20 osób i dziesięć różnych języków. Nie sposób tłumaczyć na każdy z nich, stąd wszystko musi być po angielsku. Miałam więc pomysł na to, jakiego rodzaju program chciałabym rozpocząć i zaczęłam zbierać fundusze na to przedsięwzięcie wśród przyjaciół i w rodzinie. Zadbałam o stronę finansową i rozpoczęłam program z trzema klasami, 60 uczniami i trzema nauczycielami, a w dniu otwarcia na liście oczekujących mieliśmy kolejnych 80 osób.

Rozpoczęłam to przedsięwzięcie jednak także dlatego, że chciałam uhonorować moich rodziców.

Szkoła ruszyła zatem z dwóch powodów, jeden był bardzo emocjonalny, a drugi – tak myślę – bardzo racjonalny. Dla mnie w jakiś sposób oba te powody wzajemnie się przenikają. Pod wieloma względami jest to misja – czuję mocno, że imigranci wnoszą do tego kraju bardzo wiele. Jesteśmy narodem imigrantów. To, co imigranci ze sobą przywożą, jest niezwykłe, a więc są oni częścią tej barwnej materii, która tworzy „społeczną szatę” Ameryki. Musimy otworzyć drzwi i umożliwić przyjazd tutaj tym, którzy chcą tu przyjechać. Nie wszyscy chcą tu przyjechać. Czasem przyjeżdżają, ponieważ pochodzą z krajów, w których toczy się wojna, obawiają się o życie. Mamy tu takich uczniów, których prawdziwych imion prawdopodobnie nigdy nie poznamy. Nie wolno nam robić im zdjęć, ponieważ w ich rodzinnych krajach są na liście osób „do usunięcia”, a zatem jest tu wiele strachu i terroru. Rozmawiałam z wieloma uczniami, czy wiesz, co mi mówili? Po raz pierwszy w życiu czują się bezpieczni, mają jakąś nadzieję. Każdy z nich może także poczuć wolność, ona jest dla nich tutaj bardzo namacalna.

Jak bardzo rozrosła się szkoła?

Zaczęliśmy od biura i trzech klasowych pomieszczeń. Sama robiłam wszystko: zbierałam fundusze, przeprowadzałam wywiady z uczniami, odbierałam telefony, znajdowałam nauczycieli. Szkołę otworzyliśmy
w listopadzie 1992 roku, w styczniu otworzyliśmy pierwszą popołudniową klasę, o wyższym poziomie, gdzie spotkania odbywały się dwa razy w tygodniu, i odtąd co roku szkoła się powiększa. Potrzeba wciąż jest niezmierna, choć czasami sama nie mogę uwierzyć, że na liście mamy co roku 450 uczniów i 31 nauczycieli.

Ile osób, w przybliżeniu, odwiedza Centrum?

Przyjmujemy za każdym razem 450 uczniów, a nieco ponad 600 osób czeka na przyjęcie. Od otwarcia szkoły byliśmy w stanie pomóc ponad 7600 imigrantom z 90 krajów, którzy mieszkają w 81 pobliskich społecznościach. Co roku otrzymujemy statystyki. Dwie trzecie naszych uczniów ma dyplom szkoły średniej, jedna trzecia stopień naukowy z uczelni, a niektórzy nie mają wykształcenia z kraju, w którym się urodzili. Mamy zatem klasy dla osób, które nigdy nie nauczyły się pisać i czytać we własnym języku oraz klasy dla osób, które wybierają się na wyższe uczelnie, gdy skończą naszą szkołę.

Na każdym poziomie oferujemy program kształtujący umiejętność pisania i czytania, mamy czterech nauczycieli
i grupę ochotników oraz dużo indywidualnej pracy. Poziomów jest od jeden do pięciu. Z osobą rejestrującą się u nas przeprowadzamy wywiad; wykonuje ona także test. Dysponujemy środkami do weryfikacji poziomu naszych uczniów.

Dlaczego ludzie z różnych krajów przybywają do Ameryki? Czy są jakieś główne powody wyboru tego kraju do emigracji?

Jedna trzecia naszych uczniów była profesjonalistami w swoim rodzinnym kraju. Ludzie ci byli doktorami, nauczycielami, pielęgniarzami czy pielęgniarkami; zajmowali się technologią. Zdecydowali się przyjechać do nowego kraju. Wiemy o kilku głównych powodach, jeden z nich to ekonomia – szansa na rozpoczęcie własnego biznesu, której ktoś nie miał we własnym kraju, albo szansa na znalezienie pracy. Nawet gdy amerykańska ekonomia nie ma się najlepiej, wciąż można tu zarobić więcej niż w innych krajach, nawet za tę samą pracę. Innym powodem jest szansa dla dzieci emigrujących osób. Widziałam uczniów, którzy pracowali w pralniach na nocną zmianę, aby móc zapłacić za średnią szkołę czy studia swoich dzieci. Dla wielu imigrantów powodem jest wolność.

Uchodźcy z krajów ogarniętych wojną przyjeżdżają tu oczywiście w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Oto przykład: jednym z naszych uczniów był dżentelmen z Wietnamu. Miał około 18 lat, gdy zmarła jego matka. O jej śmierci zadecydował fakt, że jako katoliczce w Wietnamie odmówiono jej pomocy medycznej. On sam zdecydował się uciec z Wietnamu wraz z kilkorgiem przyjaciół. Ich łódź przechwycili piraci. Mężczyzna ten jest naszym byłym uczniem. Nigdy nie opowiadał o tym, co mu się przydarzyło, gdy został złapany przez piratów, ale oczywistym było, że doświadczył przemocy, ciężkiego pobicia. Dziesięć lat spędził w obozach dla uchodźców, w tym pięć lat na wyspie Hong Kong, gdzie codziennie mała łódź dowoziła mieszkańcom obozu jedzenie. Mieszkali głównie w drzewach. Potem żył przez pięć lat w Tajlandii, gdzie obozowicze mieszkali w pudłach z kartonu. Wszystko, co mogę powiedzieć, to to, że dziś ma on żonę i czwórkę dzieci, oraz własną firmę czyszczącą. Proszę tylko pomyśleć – kto mógłby to zrobić? Mam w zanadrzu więcej podobnych historii, w które trudno uwierzyć. Imigranci wnoszą wkład do naszego społeczeństwa i kraju. Przechodzą przez ogromne trudności. Nawet z tymi trudnościami Ameryka jest jednak krajem szansy i wielu ludzi marzy o przyjeździe tutaj i o posiadaniu tej szansy.

Rose i Edmund odgrywają słowa “Tourne”, haitańskiej pieśni o żonie, która tęskni za mężem w USA, w spektaklu „Absolutnie prawdziwa historia imigranta na pół etatu”, kwiecień 2013. Inspiracją do produkcji była książka Shermana Alexie „Absolutnie prawdziwy pamiętnik Indianina na pół etatu”. Sztuka porusza tematykę tożsamości i przynależności.

Rose i Edmund odgrywają słowa “Tourne”, haitańskiej pieśni o żonie, która tęskni za mężem w USA, w spektaklu „Absolutnie prawdziwa historia imigranta na pół etatu”, kwiecień 2013. Inspiracją do produkcji była książka Shermana Alexie „Absolutnie prawdziwy pamiętnik Indianina na pół etatu”. Sztuka porusza tematykę tożsamości i przynależności.

Czy ludzie Ci mają szansę na spełnienie swoich marzeń?

Kiedy spojrzymy na osiągnięcia naszych uczniów, wielu z nich kończy szkołę i rusza dalej. Większość znajduje pracę i odnosi w niej sukces, niektórzy zapisują się na kursy uniwersyteckie, idą na uczelnię, zostają obywatelami Stanów Zjednoczonych i tak dalej. W niektórych kulturach mąż pracuje, a żona wychowuje małe dzieci, a więc może nie pracować, choć wiele z tych kobiet pracuje. Nasi uczniowie są w stanie nawigować przez wiele skomplikowanych systemów w naszej kulturze, takich jak system edukacji. Podczas naszego programu kształtowania umiejętności czytania i pisania uczymy, jak ważne jest ćwiczenie tych umiejętności z dziećmi, czytanie dzieciom po angielsku, zaangażowanie w naukę dzieci w szkole. Uczymy także o komunikacji miejskiej, systemie bankowości, o tym, jak znaleźć pracę. Prowadzimy warsztaty dotyczące tych zagadnień.

Motto Imigrant Learning Center brzmi „Dajemy dar języka”, ale w rzeczywistości jest to więcej niż dar języka…

Tak, dajemy im życiowe umiejętności, dzięki którym mogą funkcjonować na co dzień w nowej kulturze.
Poprzedniego dnia otrzymaliśmy przesyłkę, którą dostarczył dżentelmen z UPS, nasz były uczeń. Pewna kobieta – niewiarygodna historia – jest z Afganistanu. Jej ojciec i dziadek nie uważali, że kobieta powinna mieć wykształcenie, a więc nie potrafiła ona czytać ani pisać, ale była zamężna i miała trójkę dzieci. Jej mąż pracował dla rządu Stanów Zjednoczonych i zabili go Talibowie. Ona sama często była w niebezpieczeństwie i oto ona, w Afganistanie, z trójką dzieci, przerażona. Nie wiem dokładnie, w jaki sposób, czy pieszo, czy pociągiem, ale zabrała ze sobą dzieci i przedostała się do Pakistanu, gdzie mieszkała w obozie dla uchodźców. Do tego kraju przybyła jako uchodźca z trójką małych dzieci, dwie dziewczynki i chłopiec – żadne z nich nie chodziło nigdy do żadnej szkoły. Dziewczynki były w wieku czwarto- czy piątoklasistek, kiedy tu przyjechały.

Annie i C.K. w trakcie spektaklu “Zagubieni i odnalezieni” w wykonaniu Immigrant Theatre Group w Immigrant Learning Center, Inc. (ILC), grudzień 2012. Inspiracją do produkcji były osobiste doświadczenia uczniów, związane z rozpoczynaniem nowego życia w USA.

Annie i C.K. w trakcie spektaklu “Zagubieni i odnalezieni” w wykonaniu Immigrant Theatre Group w Immigrant Learning Center, Inc. (ILC), grudzień 2012. Inspiracją do produkcji były osobiste doświadczenia uczniów, związane z rozpoczynaniem nowego życia w USA.

Bycie uchodźcą oznacza, że otrzymujesz 800 dolarów miesięcznie przez dwa miesiące i pomagają Ci kościelne społeczności czy organizacje. Ta kobieta poszła tu do szkoły, nauczyła się czytać i pisać, teraz jest obywatelką Stanów Zjednoczonych i ma pracę. Jej najstarsza córka ma stypendium w bardzo dobrej szkole, inna – na wyższej uczelni. Największym darem imigrantów dla amerykańskiego społeczeństwa są dzieci, i z reguły radzą sobie one bardzo dobrze. Burmistrz wstąpił do nas niedawno, a wraz z nim jeden z jego pomocników, młody mężczyzna z Haiti. Zaczęłam opowiadać mu o szkole, kiedy przerwał: „Nie musisz opowiadać mi o tej szkole, moja matka i wszyscy jej przyjaciele przeszli przez tę szkołę i świetnie im się wiedzie. Wszyscy znają angielski i mają pracę”. Mamy zatem takie historie, pokazujące sukces.

Czy w Centrum uczyło się wielu polskich imigrantów?

Nie dysponuję statystykami, ale z Polski pochodziła jedna z moich pracowniczek. Pracowała tu przez sześć czy siedem lat, a teraz ma pracę dla Unii Europejskiej, w Brukseli. Została obywatelką Stanów Zjednoczonych i pracowała również w połączonym z nami Instytucie Edukacji Publicznej.

Co Imigrant Learning Center zrobiło dla imigrantów?

Mamy dwie misje: jedną z nich są lekcje języka, a więc nasi uczniowie uczą się czytać, pisać, mówić i myśleć po angielsku. Robimy to na wiele sposobów: klasy komputerowe, teatralne, rodzinne lekcje pisania i czytania, na wszystkich pięciu poziomach, a więc uczą się oni angielskiego, a jednocześnie różnych umiejętności, potrzebnych im w codziennym życiu.

Inną dużą część naszej działalności, która dla mnie znaczy bardzo wiele, stanowi program edukacji publicznej. Po 11 września otworzyłam Instytut Edukacji Publicznej. Po 11 września wielu z naszych uczniów bało się przychodzić do szkoły. W tym czasie ludzie mówili mi okropne rzeczy – że oni są terrorystami. Mówili tak również moi rodzice, choć wiedzieli, na czym polega moja praca. Czułam, że ludzie powinni wiedzieć więcej. Wykształcone osoby mówiły mi: „Problemem Ameryki są imigranci, Diane”. Nie wiedziałam nawet, co odpowiedzieć. Po 11 września dramatycznie wzmocniła się antyimigracyjna retoryka i antyimigracyjne nastroje. Było to oparte na braku informacji, błędnych ideach, stereotypach, etykietowaniu, a więc powiedziałam „Wiecie co? Musimy rozszerzyć naszą misję i edukować społeczeństwo w zakresie pozytywnego wpływu imigrantów na kraj i ekonomię”.

Zaczęliśmy od zebrania odrobiny pieniędzy i dołożyłam do nich swoje fundusze, by ta idea stała się rzeczywistością. Zaczęliśmy również badania i teraz zamówiliśmy badania uniwersyteckie, które są wiarygodne oraz poprawne od strony statystycznej. Zbieramy również osobiste historie z tych badań – można je znaleźć online. Centrum oferuje prezentacje, fora i fora dla nauczycieli w swojej siedzibie oraz online. Ostatnio zostaliśmy partnerem Uniwersytetu George Mason, który mieści się na obrzeżach Waszyngtonu DC i tam otworzyliśmy Instytut Badań Imigracyjnych (Institute for Imigrant Research). Chcemy być blisko miejsca, gdzie są wszyscy politycy, chcemy dostarczać im informacji, zwłaszcza teraz. Opublikowałam książkę Immigrant Struggles, Immigrant Gifts i byłam w radiu. Książka nie powstała po to, by zarabiać pieniądze; proponuje ona sposób na edukację. Przyglądamy się w niej 11 różnym grupom etnicznym i każda z nich, od Niemców w okresie rewolucji, poprzez pozostałych Europejczyków, aż do Meksykanów i Zachodnich Indian dziś, musiała poradzić sobie z natywizmem, który oznacza stereotypizację i antyimigracyjne nastroje. Pokazujemy także, jak każda z grup to zrobiła i zintegrowała się, a także niewiarygodny wkład, jaki wniosła do społeczeństwa. Wszystko to jest częścią naszej historii. Nie ma powodów, by wierzyć, że w przypadku dzisiejszych imigrantów jest inaczej. Są dokładnie tacy sami, a w gruncie rzeczy dzisiejsi imigranci integrują się i uczą się języka angielskiego znacznie szybciej niż dawniejsi.

Spektakt “Zagubieni i odnalezieni”, grudzień 2013.

Spektakt “Zagubieni i odnalezieni”, grudzień 2013.

Jak Amerykanie postrzegają pracę Centrum? Czy wspierają ją?

Ludzie z reguły bardzo nas wspierają. Przez wszystkie te lata otrzymałam tylko jeden list i jeden telefon z negatywną odpowiedzią. Zdumiewające. Kiedy zaczęłam program edukacji publicznej, imigranci byli w Massachusetts postrzegani jako deficyt – koszt i ekonomiczne zagrożenie. Myślę, że przez tych dziesięć lat naszej pracy ludzie zaczęli rozumieć, że imigranci są ważni. Uniwersytet George Manson przedstawił interesujące badania – próbowano kartograficznie odwzorować największą obecność imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Okazało się, że najwięcej jest ich tam, gdzie występują najsłabiej antyimigranckie nastroje. Stany, w których ludzie usiłują przeforsować antyimigracyjne prawa, nie są de facto tymi, w których żyją imigranci. Tam nie ma interakcji, kontaktu z imigrantami.

Z nami jest podobnie. Kiedy wchodzisz do klasy w Imigrant Learning Center, masz tu 20 osób, które pochodzą z ośmiu różnych krajów. Początkowo dwóch-trzech studentów z Haiti siedzi razem, nie inaczej ze studentami z Brazylii, Maroka, Algierii, Albanii czy z jeszcze innych miejsc. Nauczyciele są bardzo świadomi tego, że tak się dzieje. Po trzech-czterech miesiącach zaczynamy obserwować, że siadają już w innej konfiguracji. Uprzedzenia ustępują, kiedy ludzie zaczynają ze sobą rozmawiać. Osoby z różnych krajów i kultur zaczynają zdawać sobie sprawę, że mają znacznie więcej wspólnego – jako istoty ludzkie. Dużo więcej nas do siebie zbliża niż dzieli. Matka z każdego kraju martwi się dokładnie o te same rzeczy: moje dziecko jest chore, moje dziecko zrobiło to i to w szkole, moje dziecko zachowuje się w ten a nie inny sposób… A mężczyźni z różnych kultur również mają podobne troski. Pod powierzchnią kultury wszyscy jesteśmy ludzkimi istotami. Widzę to w szkole. Stajemy się zatem społecznością. Ludzie zaczynają sobie nawzajem pomagać, wspierać się wzajemnie.

Leora – instruktor programu teatralnego – udziela aktorom Immigrant Theater Group wskazówek przed premierą „Zagubionych i odnalezionych” w grudniu 2012 r.

Leora – instruktor programu teatralnego – udziela aktorom Immigrant Theater Group wskazówek przed premierą „Zagubionych i odnalezionych” w grudniu 2012 r.

Jednym z cudownych programów edukacyjnych, które prowadzi Centrum, jest program teatralny, w którym dramaturgia, aktorstwo stają się środkami do nauki angielskiego na poziomie zaawansowanym. Uczniowie uczestniczący w programie mają szansę podzielić się swoją historią w literackiej formie – i zagrać w sztuce. Czy ma to także terapeutyczną rolę?

Jest to sposób na poprawę swojego angielskiego, może ma on funkcję terapeutyczną, ale tego nie wiem. Myślę, że samo codzienne przychodzenie do szkoły już jest terapeutyczne. Jest to bardzo pozytywny krok w życiu imigranta i ludzie tutaj uśmiechają się. Oni się rozwijają, robią coś, by było lepiej. Jak każdy z nas – mamy przecież swoje cele i kiedy zaczynamy coś robić w ich kierunku, czujemy się lepiej. Czy opowiedzenie swojej historii jest terapeutyczne? Jestem pewna, iż niektórzy psychologowie stwierdziliby, że tak, ale osobiście nie byłam świadkiem zmian w czyimś życiu czy postawie, które byłyby wywołane przez zajęcia teatralne. Program teatralny może za to edukować trochę lepiej publikę. Widzowie naszych przedstawień to oczywiście uczniowie – spektakl pokazujemy przez dwa dni, a więc wszyscy uczniowie mogą go obejrzeć – ale przychodzą także osoby z lokalnej społeczności. Nigdy nie wiesz, kogo coś poruszy czy też kto nagle zobaczy coś w zupełnie inny sposób. Jedna z naszych pracowniczek udzielała ostatnio wywiadu dla telewizji i podczas programu pewien widz zadzwonił i powiedział: „Nie wiedziałem, że imigranci muszą płacić podatki”. Ludzie nie wiedzą, że nawet nielegalni imigranci płacą podatki.

Czego Imigrant Learning Center najbardziej potrzebuje?

Dobry los sprawił, że pracowałam z najlepszymi i najbardziej wielkodusznymi ludźmi; mam wielkie szczęście. Zrobienie czegokolwiek, rozwijanie programów, wymaga funduszy. Radzimy sobie nieźle, mamy grupę donatorów, grupę ofiarodawców i współpracowników, którzy czują wobec naszej misji to, co ja. Otrzymujemy pewną sumę pieniędzy od Ministerstwa Edukacji, w całym budżecie 20 proc. pochodzi od rządu. Nasze wskaźniki są bardzo dobre, zatem Ministerstwo Edukacji dało nam teraz znaczący grant. Dostaję również pewne sumy od miast Malden i Medford, kilka tysięcy dolarów. Cały budżet to dwa miliony dolarów… Zawsze tak jest – możesz mieć najwspanialsze idee, ale jeśli nie stoją za nimi finanse… Pierwszym krokiem jest zatem znalezienie właściwych ludzi, którzy będą to robić, ludzi, którzy są empatyczni i naturalnie rozumieją, jakie są nasze potrzeby oraz przez co przeszli nasi uczniowie.

Czy Pani polscy rodzice mieli szansę zobaczyć to, co Pani stworzyła?

Byłam z moimi rodzicami bardzo blisko, ponieważ była nas tylko czwórka z całej rodziny: moja mama, tato, mój brat, który urodził się już w tym kraju, i ja. Nie mieliśmy dziadków czy innych krewnych. Miałam ogromne szczęście mieć cudownych rodziców. Myślę, że moja mama mogła pisać książki psychologiczne o wychowaniu dzieci. Była bardzo kochająca i zabawna, w naszym domu było dużo śmiechu. Mój brat i ja byliśmy poważniejsi. Dorastałam więc w bardzo kochającym i wspierającym domu, gdzie czułam, że mogę być kimkolwiek i zrobić wszystko. Mam nadzieję, że dałam to moim dzieciom i że robię to także tutaj, ponieważ naprawdę noszę to w sercu. Moja mama odeszła, kiedy miałam 34 lata, a więc nie zobaczyła Imigrant Learning Center. Tatę straciłam dziesięć lat temu, a więc on trochę widział. Mieszkał tutaj, w Malden, a ja tu pracowałam, a więc mogłam codziennie spędzić z nim kilka godzin, kiedy był już naprawdę stary i miał problemy ze zdrowiem.

Ale… właśnie celebrowaliśmy 20. rocznicę powstania Imigrant Learning Center. Przyszło blisko 300 osób, był to cudowny i bardzo szczególny wieczór. Byli z nami wcześniejsi uczniowie, mieliśmy orkiestrę, były tańce, śpiewanie, mój brat śpiewał, prezes Uniwersytetu George Manson przemawiał, ja przemawiałam… I miałam wrażenie, że w jakimś sensie duch moich rodziców jest tu z nami. Moim rodzicom zadedykowałam swoją książkę o imigrantach: Imigrant Struggles, Imigrant Gifts.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Lidia Gruse

———————–

Diane Portnoy

Interview with Diane Portnoy, President and CEO of the Immigrant Learning Center in Malden, MA, of Polish origin.

Could we start with your personal story? Where did the idea to establish an Immigrant Learning Center come from?

Diane Portnoy: My personal story is that my parents were Polish Jews who survived the Holocaust, but lost their entire families during World War 2. They were actually separated during World War 2. Of course what each of them experienced and what they saw were both unbelievable and indescribable, but they survived and they found each other after the war. How they reunited is a fascinating story. They were from the city of Kalisz, and there is a large tree in front of the city hall. People were returning to their home city to see if anyone was still alive after the war ended. They would write and put a little note on that tree. My father was the first to come back and put a note on the tree, a few days later my mother came back, found the note, and they found each other.

I don’t know why my parents left Kalisz. I was born in a city that eventually became East Germany, a city called Stolp. Later the Russians took over and my parents recognized it as extremely dangerous to remain in this part of Germany, because they were Jewish. My father actually paid a truck driver to hide us at the back of the truck. My mother was breastfeeding me all the time, so that I wouldn’t make a sound. In the middle of the night, we were smuggled across the border into the American zone – it was at the end of 1946-47 – to the city of Stuttgart, where we lived till I was 3½ years old. In 1948 the United States passed the Displaced Persons Act and my parents applied to come to America. This act permitted 450,000 displaced persons from the war to come to America, 190,000 Jews were given visas. My parents applied and were accepted, it was like a lottery. We came in the fall of 1949 on a converted battleship. Men lived on one side of the boat, women and children on the other, and I became very ill.

When we landed at Ellis Island I was not permitted to enter, and I spent 10 days at the Ellis Island hospital. There is an infamous history of the Ellis Island Hospital… However, I got better and was released. Of course there were Jewish organizations which helped many people. My father heard there was a factory in Malden MA, that was hiring workers so they came to Malden and he found a job in a factory called Malden Knitting Mill, which made sweaters. He eventually became the superintendent, there were about 450 people working there. We initially lived in an area of Malden called Suffolk Square, and it was like a ghetto, made up entirely of immigrants, primarily Holocaust’s survivors or Jewish emigrants. It meant that everything around us, all wording was not in English, but in Yiddish. And all of the friends of my parents, everyone they met, had lost a husband, or wife, or their children in the concentration camps of World War 2. And now, each one of them was starting a new family. My parents were the only original husband and wife. Growing up in this neighborhood, nobody spoke English, including me. There were no free schools, and there certainly was no money to pay for school. My parents put me in a public school right away. At four years old I was in a kindergarten and I learned English naturally. For my parents and their friends however, it was difficult, but they created new lives. They all learned English and found jobs, they all went on to start businesses, they created jobs, they paid taxes, all their children went to collage, they had an incredible drive, a strong work ethic. I saw this first-hand, so I know what immigrants contribute to this country. I lived that every day. I continue to see it.

Picture 020When my children were young, I taught part-time in an adult education program. During the 1980’s, when eastern Europe opened up, I saw this huge influx of immigrants into this country and suddenly the need for English Language programs or ESL was huge. Most of the students back then were either from Russia, the Ukraine, or from Vietnam, which is Southeast Asia. I had an idea what kind of program would be best: an intense program. If you are to learn English, you cannot do it for four hours a week, you have to come to school every day for 3 hours, for 18 hours a week. It’s a total immersion program. In every class you can have up to 20 people and ten different languages. You cannot translate for even language individually, therefore everything has to be done in English. So I had an idea of kind of program I would like to begin, and I began funding which I was able to do through friends and family. I provided funds and started the program with 3 classes, 60 students and 3 teachers, and we had a waiting list of 80 students on opening day.

But it was also established to honor my parents.

I began this school for two reasons, one is very emotional, and one is, I think, very rational. And somehow both reasons merged for me. In many ways it is a mission, I feel very strongly that immigrants bring so much to this country. We are a nation of immigrants. What they bring is amazing, so they are a part of the fabric of this country. We have to open our doors and make it possible for those who want to come here to come here. Not everybody wants to come here. Sometimes they come because they are from war-torn countries, they’re terrified for their lives. We have students here that we will probably never learn their real name. We are not permitted to take pictures of them because they are targeted in their native countries to be killed, so there is a lot of fear and terror. I’ve talked to many students, do you know what they tell me? That for the first time they feel safe, they feel hope. And everybody can feel freedom, it’s almost something they can touch.

How has the school grown?

D. P. : We began with three rooms and a office. I did everything: raised money, interviewed students, answered the phones, found three teachers. The school opened in November 1992, by January we opened the first afternoon class, a high level class meeting twice a week, and since then it has grown in every year. The need is still tremendous, though even I sometimes cannot believe that we have 450 students enrolling every year, and 31 staff.

On average, how many people visit the center?

D. P.: We have 450 students enrolled at any given time, and a little over 600 awaiting admission. Since opening the school, we were able to help over 7600 emigrants from 90 countries which live in 81 surrounding communities. We have statistics for every year. ⅔ of our students have a high school diploma, ⅓ have a college degree, and some have no education from their native country. We have pre-literacy classes, for people who never learned to read and write in their own language, and classes for people who are going to college when they leave here.

At every level: there is a literacy program, four teachers, and a number volunteers, and a lot of individual work. We have levels one, two, three, four, five. When you register here, we do an interview and test. We have a means to evaluate every student’s level.

Why do people from other countries come to America? Are there main reasons for immigration to America?

D. P.: The third of our students were professionals in their own country; they were doctors, technology people, teachers, and nurses. They picked up, and they decided to come to a new country. We have found a few main reasons, one is economic: an opportunity to start a business one doesn’t have in one’s own country, or an opportunity to find a job. Even when the American economy isn’t great, you still may earn more than in other countries, even for the same job. Another reason is the opportunity for their children. I have seen students working night shifts in a laundry, so they can pay for their children to go to high school and college.

And for many immigrants: the reason is freedom. Of course for refugees from war-torn countries, they come here seeking safety. I’ll give you an example: one of our students was a gentleman from Vietnam. He was about 18 years old when his mother died, because she was not given medical treatment due to her being Catholic in Vietnam. He decided to escape with some friends from Vietnam, they went on a boat and were captured by pirates. He is a former student of ours. He never talked about what happened, when he was with the pirates, but it was obvious that he was badly beaten and brutalized. He spent ten years living in refugee camps, five of those years on the island of Hong Kong, where everyday a little boat brought food for the people there. They basically lived in trees. Then five years in Thailand, where they lived in cardboard boxes, also living in a refugee camp for 10 years. All I can tell you is that today he is married and has four children, and he owns his own cleaning business. Now, think about that – who could do that? I have more stories like that, that you cannot believe. Immigrants contribute to our community and to the country. They have tremendous difficulties. Yet even with difficulties in America, it is still a beacon of an opportunity and many people dream about coming here and having an opportunity.

Rose and Edmund act out the words to

Rose and Edmund act out the words to “Tourne,” a Haitian song about a wife missing her husband in the U.S. during the April 2013 production of “The Absolutely True Story of a Part-Time Immigrant.” This production was inspired by the book The Absolutely True Diary of a Part-Time Indian by Sherman Alexie and explored themes of identity and belonging.

Do they have a chance to fulfill their dreams?

D. P.: When we look at students achievements, many of our students graduate and move to other areas. Most of the students find work and become successful in their work, they take college courses, attend college, become citizens, and so on. In some cultures the husband works, and the mother have young children and so they may not be working although lots do. And they are able to successfully navigate some very complex systems in our culture, for example the educational system. At our family literacy program they learn how important it is to do literacy activities with their children, read to their children, get involved in their children schools. They learn about transportation, the banking system, and how to find a job. We have workshops on these things.

So – where the Immigrant Learning Center’s motto states: “Giving the Gift of Language” – it’s really more than the gift of a language…

D. P.: Yes, we give them life skills so they can function on the day-to-day basis.

The other day we had a delivery by a UPS gentlemen, who was a former student. One woman – an incredible story – she is from Afghanistan. Her father and grandfather did not believe that women should be educated, therefore she couldn’t read or write, but she was married and has three children. Her husband worked for the US government and the Taliban killed him. She was in a lot of danger, and here she is, a young woman with three small children, in Afghanistan, and she is terrified. I don’t know exactly how, whether she walked or took trains, she packed up those three children and went to Pakistan where she lived in a refugee camp. And she came to this country as a refugee with three small children, and her children had never been to school, she has two girls and a boy. Two girls were the equivalent 4th or 5th grade when they came here. As a refugee it means you are given 800 dollars a month for two months and you’re living with some assistance from churches. She came to school here, she learned how to read and write, she is now a citizen, and she has a job. Her oldest daughter has a full scholarship to very good school, her other daughter has a scholarship to a university, and her son is in high school. The greatest gift given by immigrants coming to this country, is their children, and they tend to do quite well. The mayor stopped here one day, he popped in, and with him was one of his aides, a young man from Haiti, and I started telling him about the school. He said: “You don’t have to tell me about this school, my mother and all her friends came through this school, and they did great. They all know English and have jobs.” So we have stories like that, showing success.

Annie and C.K. during the December 2012 production of “Lost and Found” by the Immigrant Theater Group at The Immigrant Learning Center, Inc.(ILC). This production was inspired by the student’s personal experiences of starting a new life in the U.S.

Annie and C.K. during the December 2012 production of “Lost and Found” by the Immigrant Theater Group at The Immigrant Learning Center, Inc.(ILC). This production was inspired by the student’s personal experiences of starting a new life in the U.S.

Have many Polish immigrants have studied at the center?

D. P.: I don’t know the statistic, but one of my employees was from Poland. She worked here for 6 or 7 years, now she has a job through the EU, in Brussels, and became an American citizen, she also worked in the affiliated Public Education Institute here.

What has the Immigrant Learning Center done for immigrants?

D. P.: We have two missions, one is direct language services, so they are learning to read, write, speak, and think in English. We do this in many ways: computer classes, theatre class, family literacy, all the different levels from pre-literacy all the way up to level five, so they learn English and at the same time they learn life skills.

The other big part, which means a lot to me, is the public education program, I started the Public Education Institute after 9/11. After 9/11 many of our students were afraid to come to school. People were saying terrible things to me at that time, that they were terrorists, my parents also were saying this though they knew the work I did. I just felt that people should know better. Educated people were saying to me: “The problem in America is immigrants, Diane”. I didn’t even know what to say. So after 9/11 there was a very dramatic increase in anti immigrant rhetoric and sentiments. It was all based on misinformation, misconception, stereotypes, labels, and so I said, you know, we have to extend our mission to educate a public about the positive impact the immigrants have on the country, and the economy.

We started with rising a little bit of money, and I contributed funds to make this happen. We also started research, and we now commission university based studies which are reliable and statistically correct. We also gather personal stories from many of these studies; and you can find them online. The Center offers presentations, forums, and teachers forums right here and online. And online forums for people who work in immigrant services. We recently partnered with George Mason University which is right outside Washington DC, and we established an Institute for Immigration Research there. We want to be near where all the policy makers are, we want to give that information to them, especially now. I published a book (Immigrant Struggles, Immigrant Gifts), and I’ve been on the radio. The book is not to make money, but it offers a way to educate. We look at 11 different ethnic groups, and each one, from the Germans during the revolutionary period through the Europeans, to Mexicans and West Indians today, each group has had to deal with nativism, which is stereotyping and shows an anti-immigrant sentiment. We also show how each group has overcome and integrated, and the incredible contributions that they continue to make to this country. It’s all part of our history. So there is no reason to believe that the immigrants today are any different. They’re exactly the same, and in a matter of fact, today immigrants integrate and learn English more quickly than the immigrants in the past.

How do Americans perceive the center’s work? Are they supportive?

D. P.: People tend to be very supportive. I have only received one negative letter and one negative phone call in all these years. It’s amazing. When I started the public education program, immigrants in Massachusetts were seen as a deficit, that they cost money and are not good for the economy. And I think that during ten years when we do this work people started to understand the importance of immigrants. There is an interesting research coming out of George Manson University, they’ve been mapping where you have the most immigrants. It appeared to be the places where you have the least anti-immigrant sentiment. States where people try to pass anti-immigrant laws are actually not those where the immigrants tend to live. So there is nothing like interacting and having contact there. There is no difference when walking into a classroom at the Immigrant Learning Center. You’ve got 20 people there, and they come from 8 different countries. At a first stage 2-3 students from Haiti are sitting together, and 2-3 students from Brazil, Marocco, Algieria, Albania, elsewhere, too. Teachers are very conscious of this. After 3-4 months, you begin to see that they’re sitting differently. So prejudice breaks down as people begin to talk. People from different countries and cultures begin to realize that there is much more that they have in common as human beings, that brings us together rather than what tears us apart. A mother from any country worries about exactly the same thing: my child is sick, my child did this school, is acting this way… And men from different cultures have similar concerns, too. Underneath we are all human beings. I see that in a school. So we become a community. People start to support each other, help each other.

Production of “Lost and Found”, December 2012.

Production of “Lost and Found”, December 2012.

One of the wonderful learning programs you developed at the center is the Theater Program where – drama is a means to learn advanced English. Participating students can share their stories in a literary form – and act in a play. Does it have an inherent therapeutic function?

D. P.: It is a way to improve English, maybe it has a therapeutic function, but I do not know about that. I think it is just therapeutic to come to school every day. In itself it is a very positive step in a life of immigrant, and people smile around here. They are moving forward, they’re doing something to make it better. It’s like all of us – we may have a goal in mind and once we start doing something about it, we begin feel better. Is it therapeutic to tell your story? I am sure some psychologists would say that yes, but I personally didn’t witness a change in person’s life or attitude that are based on theatrical classes. What a theatre program might do is to educate the public a little bit more. The people who go to see these performances are certainly the students, we do that for 2 days, so all the students may see it, and also people from the community come and watch. You never know who would be touched or suddenly see something differently. One of the people working here was recently interviewed for TV and during the program some viewer called and said: “I didn’t know that the immigrant has to pay taxes”. People do not know that even illegal immigrants pay taxes.

What are the main needs of the Immigrant Learning Center?

D. P.: I had a good fortune to work with the kindest and most generous people, I am extremely fortunate. But to do anything, expand programs, it has financial needs. We’re pretty good, we have donors, a group of contributors who feel about the mission the way I feel about it. We get some money from Department of Education, of my total budget 20 percent is from the government. Our ratings are very good so the Department of Education has given us a substantial grant for a few years now. I also receive a little bit of money from the city of Malden, and Medford, a few thousand. My total budget is two millions dollars…. It’s like always – you may have the best ideas, but if you don’t have a funds behind it… So the first step is find the correct people to do it, people with empathy, and natural understanding of what we need and what our students went through.

Did your Polish parents have a chance to see your creation?

Leora - instructor of the Immigrant Theater Program, giving direction before the December 2012 production of “Lost and Found” by the Immigrant Theater Group.

Leora – instructor of the Immigrant Theater Program, giving direction before the December 2012 production of “Lost and Found” by the Immigrant Theater Group.

D. P.: I was extremely close to my parents as there were only four of us: my mother, father, my brother, who was born in this country, and me. No grandparents or other relatives. I was very fortunate to have wonderful parents. I think my mother could have written the psychology books on how to bring up children. She was loving and funny, there was a lot of laughter in our house. My brother and I were more serious. So I was growing in a very loving and supportive home, where I felt that I could be and do anything. I hope that I gave it to my children, and that I do it here, as it’s really in my heart. My mother passed away when I was 34, so she didn’t see The Immigrant Learning Centre. I lost my father ten years ago, so he saw a little bit. He lived here in Malden, and I was working here, so I could spend a few hours with him every day, when he was getting really old and had problems with health.

But.. we just had the 20th anniversary of The Immigrant Learning Centre. Nearly 300 people came, it was a wonderful and special evening. There were former students, we had an orchestra, there was dancing, singing, my brother sang, the president of George Manson University had a speech, I had a speech… And I had a feeling that the spirit of my parents was there somehow. I dedicated my book about the immigrants to my parents: Immigrant Struggles, Immigrant Gifts.

Thank you very much for the interview.

Lidia Gruse

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *