DPS

“Zanurzam stopę w piasku…”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Beata Pflanz

Beata Pflanz

Tyle się wydarzyło przez ostatnie lata. I wcale tego nie planowałam, ani nie przewidziałam. Początkowo usiłowałam tylko Zamieszkać W Swoim Obrazie. Przypominam sobie, że wiele czasu zajęło mi samo przygotowanie projektu do realizacji. Prozaiczne sprawy, jak brak profesjonalnego rusztowania, poszukiwania odpowiednich farb fasadowych, by 400 metrów kwadratowych ścian zamienić w obraz, czy ostateczny wybór tego co i jak będzie na zewnątrz mego domu, zajęły mi wiele czasu. Wkraczałam
w 2009 rok niepewnie, jeszcze nie wiedziałam do końca… Mijały kolejne dni. Precyzowałam swoje plany w głowie, ale wciąż nie mogłam się przełamać, by je urzeczywistnić.

Idę po ryby do przystani. Nie straszne mi te kilka kilometrów plażą. Uwielbiam marsze w towarzystwie morza
i własnych myśli. Zanurzam stopę w mokrym piasku… Fala przykrywa najpierw palce, potem obejmuje spienioną wodą moją kostkę. Szum przyboju, wiatr od morza, to wszystko sprawia, że niemal odpływam myślą. Zawsze tak czuję stojąc tu, na brzegu. Jakby istniało tylko TU, pozbawione całkowicie wszystkiego TAM.

Stopy zatapiają się coraz bardziej w drobnym i kolorowym żwirku, kolejne fale z cichym pluskiem umykają bezpowrotnie tylko po to, by dać miejsce następnej. Stoję tak dłuższą chwilę zapatrzona w dal. Słucham pieśni morza, poddaję się rytmowi, oddycham całym TU. Kakofoniczny zgiełk TAM pozostał gdzieś za mną. Wzbudzone nagłym podmuchem wiatru fale wybijają swoją mantrę. Z sykiem pozostawiają spieniony kożuszek. Usiłuję je złapać, choć wiem, że to nie jest możliwe.

Powróciłam z Festiwalu Experyment skonana, wykończona wręcz – kolejny raz. Fizycznie… Wielogodzinne nocne rozmowy z ludźmi, artystami z wielu zakątków świata, wspólne przeżywanie wystaw, spektakli, happeningów. Cudowny czas, bez czasu na spanie! Bo szkoda czasu było – po prostu. Za to odrodzona mentalnie i czysta.

To była niedziela wieczór, jak wróciłam. We wtorek od południa, 15 lipca 2009 roku stanęłam na rusztowaniach po raz pierwszy. Kilka dni później gościłam pierwszych dziennikarzy – potem stało się to codziennością. Planowałam, że tą akcją wytworzę reakcję. Chciałam zmienić, wpłynąć, otworzyć, zmieszać, wstrząsnąć, krzyknąć halo! moim malowaniem. Dać światu trochę mojej energii, podzielić się kolorem. Zatrzymywały się auta, słyszałam okrzyki zachwytu, także i gwizdy – dobrze. Ludzie przystawali, dzieciarnia obserwowała zaciekawiona. Nie miało być próżni i nie było. W projekcie założyłam sobie, że najważniejszą częścią mojego działania będzie otwieranie innych na sztukę. Całe serie warsztatów, akcji, happeningów z dziećmi, młodzieżą, a potem i z dorosłymi (bo ciągle to kontynuuję) przyniosły nadspodziewanie dobry efekt. Mam wspaniałych ludzi wokół, kapitalne dzieciaki! Uczymy się patrzeć na nowo – wzajemnie. Bo to nie jest tak, że ja tylko daję innym, przecież dostaję coś w zamian, coś bardzo cennego: radość i uśmiech. Założyłam również w projekcie przekraczanie samej siebie, mając na myśli walkę z moimi ułomnościami, choćby panicznym lękiem wysokości.

Beata Pflanz mieszka w swoim obrazie :)

Beata Pflanz mieszka w swoim obrazie 🙂

Bezmiar morza, czy oceanu zawsze mnie onieśmiela. Budzi we mnie respekt, refleksję. Czuję się w jego obecności odpowiednio mała i nieważna, bezbronna, jednocześnie zafascynowana tym ogromem, nieco przerażona i przytłoczona. TU silnie obecne – umyka wszelkim ograniczeniom. Postępuje według własnego kodu i tylko ja mu się poddaję, nigdy odwrotnie. To zupełnie, jak z czasem – pomyślałam. Też nie da się zatrzymać, złapać. Rządzi się swoimi prawami, przed niczym nie ugina i tylko my się mu poddajemy. Wiemy, że jest, że istnieje, że mija, że był, że będzie, że nam wyznacza i określa wszystko. Robi z nami co zechce…

Skończyłam malować w październiku. Oficjalne otwarcie przypadło 10 – go w sobotę. To było wielkie święto dla mnie. I nie spodziewałam się tylu gości u siebie. Ci dziennikarze, którzy nie zdążyli być u mnie w sobotę, odwiedzali mnie jeszcze przez kolejny tydzień, czasem czekając w kolejce. Najzabawniejsza i zarazem bardzo sympatyczna dla mnie była Biała Pyra przyznana mi przez Gazetę Wyborczą za „odrobinę pozytywnego szaleństwa”.

Czasem obcy mi ludzie, czasem z całkiem daleka, prosili, pytali, czy mogę im pokazać Mieszkam W Swoim Obrazie. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek odmówiła. A największa ilość gości na raz wynosi 200 plus panie przedszkolanki. Bo jak na warsztatach dla małych dzieci, w grupie trzydzieściorga dzieci, trzyletni Jasio podparł się zgrabnie rączką pod boczek i zapytał mnie głośno: a plose pani? A lesta dzieci to kiedy może psyjść? nie mogłam powiedzieć nie! Zakładałam przecież otwieranie innych na sztukę! I przyszli wszyscy. Całe przedszkole.

922686_4825216795347_477550494_nTakie sytuacje nazywam uwalnianiem się projektu ode mnie… Albo historia ze starszym państwem. Zadzwoniła do mnie starsza pani. Tłumaczyła i przepraszała, że pozwoliła sobie na telefon, ale że czytali, oglądali w telewizji i że całą rodziną chcą do mnie przyjechać, i chcieli spytać, czy mogą. Bo mają ponad sto kilometrów w jedną stronę i kiedy mogliby być. Jak zwykle nie odmówiłam i pamiętam, że spotkaliśmy się w grudniowy niedzielny poranek. Było chłodno, ale raczej jesiennie. Przed bramą zatrzymały się dwa samochody i wysypała się cała rodzina od nestorki rodu, po dwudziestoletniego wnuka. Pytali, słuchali i oglądali. Taka tura wokół domu trawa zazwyczaj nieco ponad pół godziny. Uśmiechy nas rozgrzewały, choć ręce zdążyły już zmarznąć. Prawie już odprowadzałam moich gości (dobre słowo i uśmiech było mi zawsze zapłatą), a tu starsza pani podekscytowana rzuciła mi się w objęcia, krzycząc w euforii, że to zwiedzanie, to był jej najpiękniejszy prezent imieninowy w życiu! Zatkało mnie. Dla takich chwil się żyje.

Kolejna fala ochlapuje mi nogi. Idę brzegiem, ale ten mój marsz to raczej wybijanie taktu, zespolenie z ogromem, z chęć bycia TU…
Dostawałam też maile. I dziś czasem jakiś się zdarzy: że ktoś widział, albo czytał, i że gratuluje. Ale najbardziej ujął mnie taki mail z Australii i do dziś zachodzę w głowę, jak to możliwe. Ot – globalizacja. A ja myślałam, że lokalne to moje działanie będzie…

Śmieszne, ale pierwsze zaproszenie do wystawy, po zamienieniu domu w obraz, przyszło z Rzymu, nie z Polski. Potem przyszedł czas na Madryt i Barcelonę, na Londyn i Tokio. W Polsce na Warszawę, BWA Zamek Książ i równie ogromną przestrzeń Zamku Krzyżackiego w Świeciu nad Wisłą. No i na mój rodzinny Poznań, i prestiżową Galerię Miejską Arsenał.

Jedni gratulowali, dla innych byłam solą w oku. Nic nadzwyczajnego w sumie. Jedna fala po drugiej przychodzi. Nie ma pustki, ciągle się dzieje, przemieszcza, przelewa…
Mieszkam W Swoim Obrazie podziałało jak burza. Przeszedł sztorm, fałszywi przyjaciele zniknęli w otchłani. Morze się otworzyło i zamknęło nad nimi na zawsze.

Trochę bolało, choć sama przed sobą nie chciałam się do tego przyznać. Myślałam jednak. że przyjaciele…

Próbuję objąć myślą ostatni czas. Bezwiednie rozchlapuję wodę, drobne kamyczki strzelają w powietrze wyprzedzając moje stopy.

248055_3043466861651_2006240861_nTyle miejsc i tylu życzliwych mi ludzi, nowych przyjaciół, znajomych. W Rzymie, Madrycie, Barcelonie, Londynie, Paryżu, w Warszawie, Poznaniu, nawet w dalekiej Australii i Nowym Jorku. W Bydgoszczy. Tyle kolorów i słońca. Doznań, zwyczajów, poglądów. Różnorodność.

Jedni zachwyceni moją mroczną stroną mówią: maluj czarne, koniecznie tylko czarne! Drudzy szepczą mi w ucho: maluj zawsze
w kolorze! A wszyscy prosto z serca – ot dobrze mi życzą. Uśmiecham się, bo łączę te dwie siebie w jedną – od zawsze. Taka jestem po prostu. Może tylko przestałam się bać koloru. Może tylko zapragnęłam grzmotnąć mocną czerwienią o płótno? Może tylko prześladujące mnie kolorowe energie pozostają odtąd zatrzymane na płótnie. Wróciła mi wiara w ludzi i przyjaźń.
Już teraz wiem, że to kolejne fale po prostu.

Nie wiem dlaczego, ale to poczucie absolutnego oderwania od rzeczywistości, którego doznaję nad brzegiem morza, skłania mnie każdorazowo do refleksji.

Idę… Widzę kutry na brzegu.
Dzisiaj kupię flądry.

Beata Pflanz

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *