DPS

Notatki z drogi: Indonezja. Część druga.

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

425340_317362435062233_1311370293_n

Pomieszałem strefy czasowe. Wstałem o 3.50 zamiast godzinę później, ale wcinam melatoninę więc tryby biologicznego zegara uczyniły ze mnie prawdziwego Rolexa. Godzinę później jeszcze w lekkim półmroku mkniemy drogą mijając wyrastające z leniwie zawisłej nad ziemią mgły palmowe drzewa. W oddali majaczą sporadycznie kształtne piersi wulkanicznych szczytów. Chwilę potem wypełzają z mgieł ryżowe pola i kontury nieruchomych jak strachy na wróble postaci w charakterystycznch trójkątnych nakryciach głowy.

Budzi się nowy dzień, budzą się egzotycznie ćwierkające po indonezyjsku ptaki…Przynajmniej tak mi się wydaje, bo ćwierkają inaczej niż te za moim oknem w Krakowie. Taki oto sielski krajobraz burzy mi niestety moja wyobraźnia. Wyobraźnia, albo obejrzane w dzieciństwie kilometry taśm VHS o amerykańskich herosach
w Vietnamie. Niby gdzie indziej, ale pola ryżowe i te kapelusze…Widzę już jak z zarośli wyłoni się kroczący gęsiego uzrbojony pluton, a z góry nadleci charakterystyczny śmigłowiec. Zaraz zrzucą napalm…

Śmigłowiec nie nadlatuje, ale z tej dziwacznej projekcji wyrywa mnie pisk opon samochodu, który to nadleciał zamiast śmigłowca. Zupełnie odpłynąłem nie widząc, że droga stała się już tłoczna. Niemalże cmokneliśmy się zderzakami jak parka na pierwszej…no, drugiej randce po czym wszystko wróciło do normy.
Gdyby w Milionerach pojawiło się pytanie: którą stroną jeździ się w Indonezji wybrałbym odpowiedź: każdą. Bez żadnej opony ratunkowej, bo żadna by tu nie pomogła, biorąc pod uwagę prędkości jakie się tu rozwija.

Obserwowałem ten motoryzacyjny teatr przez przednią szybę i z podziwu wyjść nie mogłem. Oni muszą sobie czytać w myślach, mieć jakieś klaksonowe kody, aby wiedzieć w której sekundzie gdzie skręcić, odbić, zrobić unik. Tu wszystkie manewry odbywaja się “na lusterka, na milimetry”…I pośród tych trzech kolumn ruchu
w jednym kierunku trzeba przepuścić kierunek o przeciwnym zwrocie, nie zahaczając o stojącą na środku kobiecinę z dzieckiem na ręce i koszykiem w drugiej na ten przykład.

300588_317362208395589_603843067_n

401951_317362568395553_398842679_n

Świątynie majestatyczne. Co tu dużo mówić. Wyobrażenie rąk które dotykały każdy kamień układając te trójwymiarowe puzzle i przyozdabiając je później milionem historii w płaskorzeźbach, nasuwa mi wniosek – uduchowienie i cierpliwość tego ludu wyprzedzać musiała o lata świetlne inne ludy. Tłoczno od zwiedzających oczywiście było i tutaj, ale buddyjska świątynia główna tworzyła sześcioplatformową konstrukcję z obejściami wokoło, tak więc szybko zgubiłem się na jednym z poziomów tak, żeby nikt mnie nie widział i żeby choć trochę nacieszyć się ciszą i samotnością.

Zostałem misiem. Europejczyk o tak charakterystycznych, szlachetnych, słowiańskich rysach jak moje…żarcik. Łysiejący białas uwagę lokalnych przykuć musi. Przechodząc z oddali słyszę wrzawę i nawoływanie. Jakaś grupa młodzieży islamskiej macha w moją stronę. Odmachałem co zaowocowało podwyższonym entuzjazmem. Dobra, zachęcony interakcją zrobiłem podskok wykonując figurę pajacyka i szczerząc zębiska – efektu nie muszę opisywać. Po prostu szał, euforia, co najmniej jakby bollywoodzki celebryta pobłogosławił swój lud. Ja się śmieję, oni się śmieją, słońce mi świeci w twarz…No i czego tu trzeba więcej do szczęścia.

Kilka minut później wędrując obok jednej ze świątyń, stadko niewiast łapie mnie za ręce i prosi o zdjęcie.
No dobra, proszę, zrobię wam… Ale nie o to chodzi, niewiasty chcą zdjęcie z białym misiem, ze mną chcą zdjęcie!… Powariowali, drugiego Fronczewskiego chcą ze mnie zrobić…

Kanji zabrał aparaty i pstryka. Westchnął tylko, że tylko ja tu jestem egzotyczny… Kanji jest Japończykiem
z Nagasaki. Poznaliśmy się rano w drodze do Borobudur (Polki odpadły z powodu zatruć pokarmowych).
Wspólne szwędanie zainicjowała burzliwa dyskusja o prawdzie czasu i prawdzie ekranu w serialu “Shogun”. Przebrnęliśmy jeszcze przez “Oshin”, ” Musashi” i “Sinobrodego”. Zakończyło się na Kurosawie. Połączył nas chyba ten sam background naszych młodości…

179731_317362441728899_287605861_n

425244_319457058186104_914972023_n

W Yogjakarcie mogłym chyba utonąć na jakiś czas. Fascynuje mnie ten specyficzny leniwy klimat labiryntu
w którym mieszkam. To taki przeogromny (zazwyczaj dwupiętrowy) dom z korytarzami i komnatami.

Przechadzając się tędy zaglądam ciekawsko do środka, gdzie napotykam w odpowiedzi te same ciekawskie uśmiechnięte twarze. Na werandach dwóch domów, w odległości metra sąsiadki szyja, pióra, gotują tocząc przy tym codzienne rozmowy. Są tu mini sklepiki, minibiura – takie miniosiedle z pełną infrastrukturą.

Jest noc i siedzę w miniarze sącząc mega Bintanga. Z głośników płynie Marleyowskie “All I need is my religion”…

Tekst i zdjęcia: Miron Przybysz

305517_318299341635209_1428091345_n

10036_319457038186106_485705012_n

971934_318298988301911_1085458862_n

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *