DPS

Nie wątp. Zagubione we mgle serce zawsze odnajdzie drogę

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

DSCF1432-001

Tam, dokąd dotarła mała Peruwianka, jest około pięć tysięcy trzysta metrów nad poziomem morza. Chyba rekord. Trudno sprawdzić, ale to prawdopodobnie jedyna jedenastolatka w tym kraju, która weszła tak wysoko. Z pewnością jedyna, która weszła tak wysoko z poparzoną połową ciała.

Jeśli chodzi o moją wiedzę na temat andyjskich lodowców, łatwo można odnieść wrażenie, że nie dzielę się nią na prawo i lewo. Niektórzy mówią nawet, że jestem jak pies ogrodnika, który sam nie zje i drugiemu nie da. Znaczy się sam nie wchodzi, a innym nie powie jak to zrobić.

W rzeczywistości jest inaczej. Wchodzę. Ale faktycznie nie wyjaśniam. Z jednego powodu. Tego nie da się wyjaśnić.

Takim lodowcem jest na przykład Yanahucsha. Wiele osób pytało już o moje ulubione miejsce w Peru.
Za każdym razem odpowiadam tak samo: nie ma takiego miejsca. A już na pewno nie jest nim Machu Picchu.
Jeśli jednak miałbym wyznać to na torturach, w pierwszej kolejności wymieniłbym właśnie ten lodowiec
w Kordylierze Hauytapallana.

Jak do niego trafić? Bardzo łatwo. Pojechać do Huancayo i wynająć agencję turystyczną, która zorganizuje taką wyprawę.

Ale jak trafić samemu? Powiedz wreszcie, bo przecież wiesz i chodzisz tam bez pośredników.

Z tym jest właśnie największy problem. Chodzi o to, że nawet jak się wynajmie agencję, nie ma pewności, że się do tego lodowca trafi. Dojść to pół biedy. Ale wrócić?

Miłe panie w biurze podróży dają oczywiście gwarancję, że wszystko zakończy się dobrze. One jednak siedzą za biurkiem w mieście. Znajduje się ono zaledwie czterdzieści kilometrów od ośnieżonej kordyliery, ale nie widać z niego zbyt dobrze tego, co dzieje się i dziać może w wysokich górach. To zmartwienie przewodnika, który idzie z chętnymi. Jeśli nagle załamie się pogoda, a w górach to normalka, musi wszystkich powiązać sznurkiem, żeby się nie pogubili.

Sam też może się zgubić. Co najczęściej się zdarza. W andyjskiej mgle wszystko wygląda inaczej, a właściwie nic nie wygląda dobrze. Nie ma żadnego punktu odniesienia. Żadnego drogowskazu. I na nic wypatrywanie wydeptanej ścieżki, bo już dawno mógł zmyć ją górski strumyk.

Przed wyprawa

Przed wyprawą

Nad laguną

Sprawa wygląda zatem tak, że podczas niesprzyjającej pogody wykwalifikowany przewodnik z Huancayo, jeśli wybierze krótszą, trudniejszą drogę do Yanahucsha, najczęściej gubi się z turystami uwiązanymi do sznurka.
Ja nie jestem lepszy. Większość ścieżek, które wybrałem do tej pory we mgle w okolicach tego lodowca, okazała się ślepymi uliczkami.

Jak więc się odnalazłem? Dzięki intuicji. Nie mojej ma się rozumieć. W życiu wystarczająco dużo razy polegałem na własnej intuicji. Skończyło się to tym, co zwykliśmy nazywać katastrofą. Była dobrą nauczycielką, a ja jestem pojętnym uczniem. Dziękuję zatem i pozdrawiam. Z powodzeniem opieram się natomiast na cudzej intuicji. Osób, które przez chodzenie ze mną po górach, trafiają, zazwyczaj nie zdając sobie z tego do końca sprawy,
w tarapaty.

Po prostu idziemy we mgle jak barany, a ja – jakimś nieznanym bliżej zmysłem – słucham tego, co mają do powiedzenia ich serca. Dobre serce, nawet jeśli jest wkurzone, wystraszone, czy zmęczone, zawsze doprowadzi do celu.
Oczywiście można uznać to wszystko za niepotrzebną zabawę i zadzwonić po pogotowie górskie. Żyjemy przecież w dwudziestym pierwszym wieku. W ten sam sposób myślą te panie zza biurka. Tyle tylko, że przy lodowcu Yanahucsha nie ma zasięgu sieci komórkowych. A nawet gdyby był, to coś takiego jak peruwiański GOPR nie przyjedzie. Trzeba radzić sobie samemu.

Także wtedy, gdy ktoś zasłabnie lub straci przytomność z powodu wysiłku połączonego z obniżoną
o kilkadziesiąt procent zawartością tlenu w powietrzu. W zeszłym roku turystka z Limy, która szła ze mną i moją polsko-angielską grupą, niemal nie umarła na naszych oczach. Wpadła w hipotermię i tylko wiedzy oraz przytomności umysłu będącej z nami lekarki zawdzięcza to, że z niej wyszła. Oczywiście nie dała rady zejść sama. Trzeba było zorganizować konia od mieszkającego w okolicach Indianina, który odtransportował ją na swoim grzbiecie (koń, nie Indianin) w bezpieczne miejsce.

Ktoś jeszcze reflektuje na szczegółowy opis trasy, by pójść nią samemu? Służę chętnie. Tylko po co? Równie dobrze mógłbym napisać poradnik o tym, jak popełnić samobójstwo w Andach.

Przy lodowcu

Przy lodowcu

Przy lodowcu

Dlaczego więc tam łażę? I na dodatek ciągam ludzi? Ktoś nawet podsunął mi pomysł, żebym od każdego brał oświadczenie, że idzie na własną odpowiedzialność. Licho przecież nie śpi.
Niech nie śpi. To nie moja bajka. Oświadczeń nie pobieram i pobierać nie będę. Po pierwsze: co mi po kartce papieru, gdy ktoś naprawdę umrze? Po drugie: to nie wchodzi w grę. Nie umrze. Nie ma takiej opcji. Wiem to, zanim decyduję o wyjściu w góry.

Jakim cudem? Ano takim, że ja też mam serce i wiem dokąd ono prowadzi. A jeśli nie wiem, co się również zdarza, nie kiwam nawet palcem u stopy. Tylko siedzę w domu.
W sprawie Lucero, poparzonej jedenastolatki ze slumsów w Limie, serce nie tylko podpowiedziało, że dojdziemy do lodowca, dotkniemy go i wrócimy, ale także że na niego wejdziemy.
W jego stronę udaliśmy się z Marco prawie w komplecie. Prawie, bo Alę, która wolała inne atrakcje, zastąpiła Edytka, żona Michała z Rodzinki Misyjnej. Reszta się zgadzała: Lucero, jej mama Elisabeth, siostra Nicol, Leszek i ja ze sznurkiem.

Natrafiliśmy na piękną pogodę, co na wysokości powyżej czterech tysięcy metrów nad poziomem morza jest tak pewne, jak to, że w tym miesiącu Korea Północna zostanie demokratycznym państwem.
I dokładnie tak się stało. Kiedy mijaliśmy kamień z informacją, że właśnie dotarliśmy na wysokość pięciu tysięcy metrów, pojawiła się dobra znajoma. Mgła.

Jeszcze nieśmiało, jakby nie była zdecydowana, czy wygra ze słońcem, które wciąż przebijało się przez nią swą siłą. Ale kiedy przyszła, od razu przyniosła pewność, że czeka nas dużo więcej przygód, niż można to było sobie wyobrazić.
Pojawiło się też coś, czego nigdy w tym miejscu nie doświadczyłem. Zmęczenie. Byłem tak zmęczony podchodzeniem, że gdyby nie współtowarzysze wędrówki, obróciłbym się na pięcie i zawrócił.

Po sznurze na górę

Nie zawróciłem także z innego powodu. Lucero była już… daleko w przodzie. Prawie na lodowcu.

Opowiadałem niedawno, że ta dziewczyna inspiruje mnie. Teraz dodam, że zadziwia. I wywołuje na wierzch uczucia, które istnieją nie tylko w filmach, ale także w głębi duszy. Rok temu prawie umarła ratując przed ogniem młodsze dziecko, a teraz patrzyłem na nią w oddali jak wraz Edytą wbiega na skalną półkę, z której jęzor lodowca jest już na wyciągnięcie ręki.

Kiedy dotarliśmy tam wszyscy, mgła pokonała ostatecznie słońce. A potem Lucero, Edyta i ja pokonaliśmy, na krótko, mgłę. Na rozwiniętym sznurze wciągnęliśmy się na grzbiet lodowca.

Tam, dokąd dotarła mała Peruwianka, jest około pięć tysięcy trzysta metrów nad poziomem morza. Chyba rekord. Trudno sprawdzić, ale to prawdopodobnie jedyna jedenastolatka w tym kraju, która weszła tak wysoko.
Z pewnością jedyna, która weszła tak wysoko z poparzoną połową ciała.

Po sznurze na gore

Po sznurze na gore

Z górki nie było wcale z górki. Dla nikogo. We mgle zgubiliśmy drogę.
Kierunek do niej ustaliliśmy dzięki intuicji Edyty, która w oddali, zdaje się, usłyszała alarm w samochodzie. Potem spotkaliśmy grupę wracających z pól przemiłych Indianek, które wytłumaczyły resztę. Doszliśmy resztkami sił.

Idź za sercem. Nie wątp. Ono zawsze wskaże drogę.

Nie minęły dwa zakręty serpentyny do Huancayo, a wszyscy podróżnicy już spali w fotelach samochodu. Szkoda, że jeszcze nie wymyślono automatycznego pilota zastępującego kierowcę, bo sam też chętnie uciąłbym komara.
Z drugiej strony to jednak dobrze, że nie wymyślono. Chwila, w której spowitą we mgle, niemal mleczną drogą zwozi się zwycięzców własnych słabości, nie powtórzy się przecież już nigdy.

Poza tym mogłem pomyśleć o dalszej podróży. Mimo że wracaliśmy, jeszcze się nie skończyła.

Piotr Małachowski
Zapraszamy na stronę autorską Piotra: OperujewPeru.com

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *