DPS

Tamtego dnia…

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

11wrzesnia

Konrad Lata, mieszkaniec Nowego Jorku: “Dwanaście lat temu, 11 września 2001 roku, tuż przed 9, jak co rano wysiadłem z metra, wyszedłem na ulicę i nieśpiesznie zmierzałem w kierunku biura. Był piękny, wrześniowy poranek, tak jak dziś. Typowy dla Nowego Jorku o tej porze roku: ciepło, słonecznie, w powietrzu wciąż czuć było lato.

Jednak coś ten sielankowy obraz poranka zakłóciło, mijały mnie kolejno policyjne radiowozy, duże samochody FDNY, karetki. Przynajmniej kilkanaście pojazdów w ciągu kilku minut – nawet w NY widok niezwykły. Nie zwalniały nawet na ruchliwym skrzyżowaniu 31 ulicy i Broadwayu. Wjechałem windą do biura, z ust koleżanki usłyszałem: “Awionetka uderzyła w Bliźniaki”. Biuro znajdowało się na ostatnim piętrze, kilkanaście kroków schodami pokonałem błyskawicznie i wybiegłem na dach budynku. Oniemiały, w gronie kilku osób, patrzyłem na dymiący budynek i szaro-czarną chmurę pchaną przez wiatr w Downtown. Po chwili zobaczyliśmy błysk i kolejną chmurę dymu z południowej wieży. Mimo, że od World Trade Center dzieliło nas w prostej linii kilka mil, budynki były doskonale widoczne. Stało się jasne, że to nie jest wypadek, ktoś zaczął się głośno modlić. Kiedy patrzę na zdjęcia z tego dnia nawet dziś trudno jest powstrzymać łzy, myśląc o tysiącach ludzi, którzy bezsensownie zginęli tego dnia z rąk terrorystów w Nowym Jorku, Pentagonie i Stonycreek Township, PA, gdzie odważni pasażerowie doprowadzili do rozbicia ostatniego z porwanych samolotów.”

Stanisław Trojanowski, strażak: “Pierwsze informacje widzieliśmy w telewizji. Trudno było uwierzyć, że to się stało naprawdę. Przygotowaliśmy ciężarówki, narzędzia i powiedzieliśmy, że pojedziemy. W momencie uderzenia drugiego samolotu przyszedł alarm, że mamy jechać. Szybko dojechaliśmy na miejsce. Zatrzymaliśmy się jedną przecznicę dalej. Niektórzy strażacy dostali polecenie, by iść do budynku na 84. piętro. W międzyczasie wszystko leciało, i ludzie skakali z okien. Gdy pierwszy budynek się zawalał, myśleliśmy, że ktoś wysadza bomby. Jak runął budynek, po chwili nic nie było widać. Wielu skaczących ludzi było w płomieniach. Miałem możliwość tylko przeżegnać się za każdego skaczącego, którego widziałem, na dłuższą modlitwę nie było czasu. Nie było nawet szansy na ucieczkę.

Po pierwszym zawaleniu uratowali się strażacy i paru cywilów. Jednego chłopaka z naszej jednostki nie było widać. Nie miał radia, więc nie można się było skontaktować. Oficer nakazał wszystkim czekać koło budynku, a sam miał iść z drugim oficerem z 212. kompanii. Tamten poszedł po maskę i kask, zginął akurat jak drugi budynek runął. Nie wiemy nawet, jak to się stało, ale znaleźliśmy go przywalonego i wyciągnęliśmy spod gruzu. Wielu ciał, a nawet ich fragmentów nie udało się odnaleźć.

Ci, którzy przeżyli, próbowali robić wszystko: i gasić, i ratować. Opatrywano poranionych, wzywano pogotowie. Było dużo gruzu. Wybuchały pożary, które próbowano gasić. Kilku cywilnych chłopaków pomagało. Dużo ludzi było w szoku. Siedzieli w prochu, zamroczeni. Nie reagowali na wołania. Widać było, że ocaleli, ale nie mogli nic zrobić, bo byli w szoku. Robiliśmy, co mogliśmy. Pod gruzami znaleźliśmy paru strażaków, zabrano ich do szpitala, ale nie udało się ich uratować.”

DSCN0016

ny_6

ny_17

Tomasz, nurek pracujący na dolnym Manhattanie: “Przez kilkanaście miesięcy pracowałem przy umacnianiu ścian retencyjnych odzielających wykop od rzeki Hudson zarowno od strony WTC. Gdy zobaczyłem ‘Ground Zero’ po wybuchu przytłumił mnie ogrom zniszczeń. Oczywiście spodziewałem się ruin – miałem już wcześniej okazje widzeć budynek wysadzony przez firmę rozbiórkową. To, co mnie zaskoczyło to fakt, iż ujżałem przed sobą, wciąż jeszcze dymiącą górę pyłu, z gdzie-niegdzie sterczącymi tregrami i prętami zbrojeniowymi. Dwa 110 pietrowe budynki z betonu, szkła i stali, 50 000 stanowisk pracy z biurkami, krzesłami, komputerami, dywanami wszystko to sproszkowane “na pył”.

Chwilami teren WTC przypominał zwyczajny plac budowy: koparki, spychacze, ciężarówki, dźwigi i robotnicy. Tylko obecność strażaków i policjantów, którzy skrupulatnie przesiewali każdą garstkę pyłu w poszukiwaniu ludzkich szczątków i dowodów rzeczowych przypominała o zaistniałej tragedii. W rutynie dnia pracy starałem się znaleźć zapomnienie. Co jakiś czas jednak, okrutna rzeczywistość niszczyła misternie sklecony plan. W miejscu gdzie jeszcz przed chwilą wrzała praca, poszukiwawczy pies z oddziału K-9 odnajdywał trop. Strażacy z FDNY rozpoczynali kopanie. Po chwili charakterystyczny zapach obwieszczał wszystkim w pobliżu, że znaleziono kolejne zwłoki. Ludzkie szczątki, w plastikowym worku, umieszczano na noszach i przykrywano amerykanska flaga. Na calym placu budowy zamierala praca.

W absolutnej ciszy, w obecności kapelana straży pożarnej, poprzez ludzki szpaler utworzony przez strażaków, policjantów i robotników, niesiono nosze do oczekującego na szczycie rampy ambulansu.
Przed oczami miałem “Tryumf Śmierci” Breugela Starszego.

Pracowałem po 12-14 godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu, co wraz z dojazdem (dla mnie około 2 godzin w jedną stronę) nie pozostawiało wiele czasu na życie rodzinne. Wiele razy w czasie trwania akcji, wstając o czwertej rano, po kolejnej zarwanej nocy, postanawiałem sobie, że to już koniec – mój ostatni dzień.

Zdjecie lotnicze WTC

Zdjęcie lotnicze WTC

Zmęczenie fizyczne i psychiczne zdawały się potwierdzać słuszność tej decyzji. Kiedy jednak, po skończonej zmianie opuszczałem ‘Ground Zero’, przez jedna z bram udekorowena kwiatami, swieczkami i zdjęciami ofiar, napotykałem stojących tam ludzi, spontanicznie dziekujących nam za wkładany wysiłek, w mysli postanawialem sobie: “Jeszcze jeden tydzien!”. Pewnego razu przy jednej z bram spostrzegłem starszą kobietę w żałobie, trzymająca w ręku zapaloną świeczkę. Kiedy przechodziłem obok, staruszka spojrzala mi prosto w oczy i wyszeptała: “Thank You! God bless!”(Dziekuję! Niech cię Bóg błogosławi!). W tym momencie zrozumiałem, że jestem częścią czegoś większego i że zostanę tu jak długo będzie potrzeba.

Podświadomie czułem także, iż jedynym sposobem na uporanie się z dręczącymi moją psychikę obrazami tragedii, było aktywne współuczestnicto w akcji ratowniczej i procesie odbudowy.

Patrząc z perspektywy lat zdaję sobie sprawę, że 11 września 2001 roku był jednym z najitensywnieszych emocjonalnie wydzarzeń w moim życiu. To, co widziałem, pozwoliło mi docenić rzeczy, które często uważamy za nam należne, pozwoliło także spojrzeć w innym świetle na życie, na jego wartość i przemijanie.

Zebrała: Marta Kustek
Zdjęcia: zbiory prywatne, internet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *