DPS

“Pocztówki z Montrealu”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Ostra zima to dobry czas na gorącą czekoladę, zaległe lektury, filmy i artykuły z wspomnieniami z wakacji. Dla tych, którzy zastanawiają się nad tym, jak w kanadyjskim domu Polacy mówią po polsku oraz dla tych, którzy planują już teraz letnie zagraniczne pielgrzymki i wojaże – wibrujący w upalnym słońcu Montreal.

Latem to wyjątkowe miasto jeszcze bardziej przypomina Paryż. Nie tylko dlatego, że językiem podstawowym dla jego mieszkańców jest język Apollinaire’a, Aragona
i Voltaire’a, a stary Montreal zbudowali czystej krwi Francuzi. Do centrum zaprasza turystów znajomo brzmiąca Bazylika Notre-Dame. Muzycy i inni artyści performujący
w okolicach uliczki Saint-Paul czy Placu Jacques-Cartier sprawiają, iż można się tu poczuć jak na nieustannym ulicznym festiwalu. Rozliczne gwarne starówkowe kafejki, galerie, butiki; ciasne, miło zacienione w upale uliczki, dobrze zachowana stara zabudowa i zabytki sprawiają, że Montreal zdaje się dobitnie europejski, tylko jeszcze bardziej niż Paryż rozluźniony, słoneczny, wielokulturowy… z domieszką Ameryki.

Widok z Mont Royal

Widok z Mont Royal

Słynna uliczka Saint -Paul - najstarsza w Montrealu

Słynna uliczka Saint -Paul – najstarsza w Montrealu

***

Cztery godziny podroży spod Bostonu przez Białe i Zielone Góry i jesteśmy w Kanadzie. Po obu stronach drogi ciągną się wielkie pola kukurydzy. Energia zmienia się tuż po przekroczeniu granicy – zupełnie, jakby ktoś wypuścił nagle z mięśni niepotrzebną adrenalinę i wywiał z głowy zbędne myśli. Przed nami błyszczy w słońcu surrealnie szeroka rzeka i falują niekończące się serpentyny autostrady. Z wody, jak Manhattan, wynurza się wyspa drapaczy chmur z metropolii, która swoją nazwę zawdzięcza królewskiemu wzgórzu z Oratorium Jozefa – Mont Royal. Witamy legendarny Montreal, miasto dziesiątek kościołów i setek ulic o imionach chrześcijańskich świętych; ulic zakorkowanych do późnych godzin wieczornych i wywołujących w zmotoryzowanych gościach odruchy paniki i rozpaczy. Bez GPS i szczegółowej mapy (czyżby nieświadome pragnienie przygody?) dojazd na miejsce noclegu zabiera nam kolejne cztery godziny, ale przecież nic nie szkodzi, w wakacje nie należy się spieszyć, nawet
w takie dwudniowe. Cóż, może faktycznie potraktowaliśmy to zbyt dosłownie…

Old Montreal to zaledwie kilka uliczek, jednak odwiedzając miasto, nie wypada ich ominąć. W Images Boreales – największej tu galerii ze sztuką Inuitów (dawniej wszystkie plemiona z owej dalekiej Północy nazywaliśmy po prostu Eskimosami – dziś polityczna poprawność uznaje to za przykrość) – można spędzić długie godziny, podziwiając szamańskie zwierzęta, wykute z kunsztem w wielkich drogich kamieniach i czytając Inuickie opowieści i legendy w książkach, porozkładanych wokół przedziwnej ptasiej rzeźby. O tak, w pozbawionych sentymentów Inuickich opowieściach można się zaczytać: wielki niedźwiedź, który sieje postrach, a wkrótce potem staje się pożywieniem dla innych; foka, która wychodzi za mąż za mężczyznę, chowającego przed nią jej foczą skórę; Sedna, która poślubia ptaka; sowa i kruk, którzy malują nawzajem swoje pióra, znudzeni swoją śnieżną bielą i popadają w konflikt; Kobieta-Szkielet, ucząca mężczyznę, który ją złowił, troszczyć się, kochać i rozumieć zmianę…

Place d'Armes, w sercu historii - najstarszy drapacz chmur w Montrealu, z 1888 r.

Place d’Armes, w sercu historii – najstarszy drapacz chmur w Montrealu, z 1888 r.

Dorożki dodają uroku staremu Montrealowi

Dorożki dodają uroku staremu Montrealowi

Wzdłuż najsłynniejszej w mieście ulicy Saint-Paul, leniwie zakręcającej jakby po śladach końskich kopyt, ulokowało się także mnóstwo pysznych kafejek, restauracji, sklepów z pamiątkami. Jest i polski lokal – Stash Cafe Restaurant Polonais. Dla rodaków spoza Północnej Ameryki dodam, że „Staś” to tutaj odpowiednik – mniej więcej – polskiego „Jana Kowalskiego”. Naturalnie serwuje pierogi.

Z katedrą Notre-Dame nie szczęści nam się – z uwagi na wystawne śluby (pary podjeżdżające limuzynami i rolls-royce’ami) kościół jest zamknięty dla zwiedzających. Cóż, widziałam niezapomniane wnętrze paryskiej – może wystarczy. Niespodzianką są natomiast dzwony. W pachnącym latem i końmi (biznes dorożkarski kwitnie tu bardziej niż w okolicach Central Parku w Nowym Jorku) gorącym powietrzu ich dźwięk jest tak bliski, głośny, czysty, wibrujacy; tak wyraźny, że na zawsze zapisuje w głębokiej pamięci moment, w którym zatrzymujemy się niepodal katedry, na środku zatłoczonej ulicy, by w skupieniu się w nie wsłuchać. Czy to nie dziwne, że dźwięk potrafi czasem jakby powstrzymać wewnątrz cały ruch? Tak odtąd brzmi Montreal.

Jeden z wielu polskich biznesów w Montrealu - Stash Cafe

Jeden z wielu polskich biznesów w Montrealu – Stash Cafe

Montrealska Bazylika Notre- Dame

Montrealska Bazylika Notre- Dame

Images Boreales - jedna z największych galerii w Kanadzie ze sztuką Inuitów

Images Boreales – jedna z największych galerii w Kanadzie ze sztuką Inuitów

Sztuka Inuicka - w językach Inuitów słowo inuk znaczy osoba, natomiast inuit - ludzie

Sztuka Inuicka – w językach Inuitów słowo inuk znaczy osoba, natomiast inuit – ludzie

***

Wyprawa na wzgórze Mont Royal ma zupełnie inny klimat. U podnóży rozciągają się parki, zamki i pałace należące do miejscowych szpitali. Kiedy w końcu dziarsko wdrapiemy się na szczyty, okazuje się, że prowadzi tam też droga. Jest i parking – więc w zasadzie mogliśmy odpuścić sobie wspinaczkę w ponad 30-stopniowym upale. Całkiem tutaj ładnie, a co najważniejsze – chłodno. Wysokie drzewa okalają polany, na wprost mamy jezioro, a przy drogach rozliczne fontanny z eświeżą pitną wodą. Mieszkancy Montrealu tłumnie przybywają tu w soboty na coś w rodzaju wielkiego towarzyskiego pikniku, który sam się organizuje z grillujących rodzin i młodzieżowych grupek. Wygląda to bardzo naturalnie, swobodnie i spokojnie. Kontynuować wspinaczkę?… Na mapie całkiem niedaleko widnieje Chalet Du Mont Royal – OK, zatem historyczna ubikacja? Jak się okazuje, najbliższych kilka kroków prowadzi do najbardziej fantastycznej panoramy miasta, jaką tylko można sobie wyobrazić. Tu zostawię nas na chwilę, usatysfakcjonowanych takim zwieńczeniem wysiłków i napawających się widokiem.

Sam Chalet to rozlegly drewniany budynek z egzotycznymi historycznymi malowidłami na scianach oraz z niecodziennym sufitem, który podtrzymują ciemne drewniane bele i… niezliczone rzeźbione wiewiórki. Zabawne!

Malownicze okolice Old Port of Montreal

Malownicze okolice Old Port of Montreal

Mont Royal - idealne miejsce na sobotni piknik

Mont Royal – idealne miejsce na sobotni piknik

***

Warta zobaczenia jest i bardziej industrialna, powszednia czy portowa twarz Montrealu. Nam do gustu przypadł nie tylko Old Port of Montreal (zimą ponoć świetne, wielkie, naturalne lodowisko), ale i pomysł na urządzenie galerii sztuki w zabytkowym budynku straży pożarnej. Po drodze mija nas młodzieżowa wycieczka około 50 rowerzystów; wcześniej grupy młodych ludzi na skuterach i pojazdach, przypominających hulajnogi. W poszukiwaniu polskiego kościoła i księgarni przedzieramy się w zgęstniałym upale przez ulice, do złudzenia przypominające mi niespodziewanie na przemian warszawską Saską Kępę oraz Pragę…

Kanada ma bardzo dobrze funkcjonującą Polonię. W Monteralu i Quebecu dużo jest różnego rodzaju polonijnych ośrodków, kościołów, szkół, lokali, biznesów oraz mediów. W poszukiwaniu polskich śladów trafiamy najpierw do polskiego kościoła Trójcy Świętej, a następnie, nieopodal stacji metra Monk, do przeniesionej tu z Toronto księgarni o jak najbardziej polsko brzmiącej nazwie „Quo Vadis”. W środku – czekam chwilę, aż sympatyczne polskie małżeństwo zrobi filmowe zakupy – by z panią Haliną Krzaczyńską zacząć rozmowę o polskim życiu w Kanadzie i o polskim jezyku.

Pani Halina Krzaczynska za ladą polskiej księgarni w Montrealu

Pani Halina Krzaczynska za ladą polskiej księgarni w Montrealu

Quo Vadis - polska księgarnia opodal metra Monk

Quo Vadis – polska księgarnia opodal metra Monk

***

Pani Halina zastepuje raz w tygodniu za ladą właścicielkę księgarni, Joannę Kwasek. Najbliższa rodzina pani Haliny – mąż Marek Przybyła oraz trójka dzieci: Łukasz (lat 21), Alexandra (18) i Emilia (7) – okazuje się wzorcowym przykładem do akcji portalu Dobra Polska Szkoła „W naszym domu mowimy po polsku”. Najpierw jestem mile zaskoczona polszyzną, którą posługuje się moja rozmówczyni (wszyscy wiemy, że odkąd mieszkamy za granicą, nasz język polski domaga się coraz większych korekt…). Kiedy dowiaduję się, od jak dawna pani Halina jest już poza Polską, mój podziw rośnie.

Do Kanady trafiła z Krakowa, a w zasadzie z Ośrodka Sportu i Rekreacji w Sanoku, przez Grecję i serię życiowych przypadków-nieprzypadków. Polskę opuściła w 1991 roku. Zastrzega, że nigdy nie zamierzała emigrować… ani zostawać „wzorową panią domu”, która to rola na emigracji stała się jej udziałem. Z opowieści wnoszę, że bardzo przysłużyło się to dzieciom pani Haliny i pana Marka, a także ich polszczyźnie. Podobnie jak liczne rodzinne wyjazdy do Polski, tradycyjnie już odbywane raz na 2-3 miesiące. Najstarszy syn, Łukasz, studiuje w Montrealu inżynierię (oczywiście po angielsku) i tłumaczy samodzielnie na polski gry komputerowe. Podobnie jak pozostałe dzieci – i większość mieszkańców Montrealu – mówi również biegle po francusku. „Robinsona Cruzoe” czytał jednak po polsku, a w polskim przykościelnym teatrze grywał już w języku rodziców rozmaite postaci – Gustawa ze „Ślubów Panieńskich” Fredry, Świętego Franciszka, bohaterów Mrożka… Czy ktoś poza Kanadą słyszał o jednym z jego ulubionych polskich tekstów, „Pielgrzymce na Jasną Górę”, reportażu Władysława Reymonta? Pora zatem na krótką lekcję polskiej klasyki! Siostra Łukasza, Alexandra, z przyjemnością ogląda po polsku jeden z najlepszych polskich seriali historycznych, „Czas Honoru”. Po polsku chce również przeczytać „Hrabiego Monte Christo”. Cała trójka dzieci bardzo dobrze sobie radzi z polskim językiem, w którym komunikuje się z rodzicami, i lekko przechodzi z polskiego na angielski, następnie na francuski i tak dalej. Teściowa w Polsce podczas wakacji robi swoim Kanadyjczykom polskie dyktanda.

W naszym domu mówimy po polsku - Pani Halina, Pan Marek, Łukasz, Alexandra i Emilia Przybyła

W naszym domu mówimy po polsku – Pani Halina, Pan Marek, Łukasz, Alexandra i Emilia Przybyła

***

Polska księgarnia w Montrealu to nie tylko bogaty księgozbiór, obejmujący również samodzielnie sprowadzane pozycje z zakresu filozofii, religii czy poezji, oraz książki antykwaryczne, ale także sprzedaż i wypożyczanie filmów (największą popularnością cieszą się polskie seriale, w tym wspomniany „Czas Honoru”) oraz działalność o charakterze klubowym. Właścicielka księgarni, według pani Haliny, „serce ma na dłoni” i niektórym stałym klientom w starszym wieku osobiście donosi lektury do domu. Klienci księgarni to w dużej mierze młode polonijne małżeństwa. Poszukują m.in. pozycji z zakresu zdrowia, literatury dziecięcej i beletrystyki kobiecej. Widać, że atmosfera w „Quo Vadis” jest bardzo ciepła, nieformalna i że dla klientów wizyta tutaj to także okazja do przyjacielskiej wymiany zdań, a jednocześnie – że przedsięwzięcie ma bardzo profesjonalny charakter. Księgarnia jest nowoczesna, estetyczna, fachowa, a obsługa kompetentna. Naprawdę dawno nie słyszałam też poza Polską tak ładnej polszczyzny!

***

To chyba na tyle pocztówkowych wspomnień. Letni Montreal, oglądany zimą, jest jak kolorowy sen, rozsnuwający się leniwie w słońcu, w miarę upływu dnia coraz bardziej rytmicznie zaskakujący zapisanymi w umyśle formami, barwami i dźwiękami, a wieczorem znikający z całym swoim artystowsko-turystycznym, starówkowym gwarem i światłami w mroku, rozpływający się czy niknący w oddali, na rozległych wodach pamięci albo St. Lawrence River.

Na koniec, krótko przed powrotem z dwudniowych miniwakacji, trafia nam się miła rozmowa z właścicielami sklepiku z artystycznymi folkowymi pamiątkami w historycznym Bonsecours Market. Kobieta ma korzenie polsko-szkockie, a mężczyzna jest rodowitym (z dziada pradziada) Montrealczykiem. Kurtuazyjnie przedstawiamy sobie wszyscy nawzajem naszą (w niektórych przypadkach dość skomplikowaną) wielokulturową genealogię. Dzięki rozmowie dowiadujemy się także, że swoją galerię sztuki w tym samym budynku prowadzi – oczywiście Polka. Tuż po zakupie bardzo kanadyjskiej minifoki do kluczy oraz innych pamiątkowych folk gadżetów-prezentów dla przyjaciół, wstępujemy na chwilę ciszy do Kaplicy Notre-Dame-de-Bon-Secours.

Performance przed Bonsecours Market

Performance przed Bonsecours Market

To najstarsza kaplica w Montrealu, z 1771, a oryginalnie z 1675 roku, znana także jako „kościół marynarzy” i pierwszy kamienny kościół. Założyła ją, podobnie jak pierwszą szkołę w mieście, „współtwórczyni” Montrealu, kobieta, Francuzka, zakonnica i misjonarka – święta Marguerite Bourgeoys. Kaplica od 350 lat jest miejscem pielgrzymek – czyżbyśmy i my odbyli jakąś? „Pielgrzym”, z łacińskiego „peregrinato”, to ktoś, kto przekracza granice i porzucając rutynę swojego życia, udaje się w podróż, która zaprowadzi go do świętego miejsca w osobistym poszukiwaniu sensu, które to miejsce z kolei zaprowadzi go do wewnątrz, do źródła jego bycia. Tak czytam w buklecie pt. „Notatnik Pielgrzyma”, z wizerunkiem kaplicy na okładce. W środku znaleźć można także niezwykłe fragmenty z pamiętnika Marguerite i hinduskie psalmy…

Kiedyś, gdzieś, trafiam także na taki oto cytat: „Serce rozbudzone miłością do podróży nigdy już nie odnajdzie ukojenia w trwaniu w bezruchu, pchać je będzie przed siebie nadzieja poznania, zaś tam dokąd pójdzie, tam będzie jego dom…”. Tak, Montreal – dobrze będzie tutaj wrócić. Może latem, może za kilka lat.

Tekst i zdjęcia: Lidia Gruse

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *