DPS

“A więc twierdzicie, że chcielibyście pomieszkać trochę w Polsce”. Cz. 1

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

p018g0sx

Były organizacyjne plany, które trwały kilka miesięcy. Było wysyłanie paczek z ubraniami, butami, kołdrą. Było
w pewnym momencie dość rozpaczliwe szukanie mieszkania do wynajęcia, bo w małym polskim miasteczku potrafi to być wielkim wyzwaniem. Była noc, gdy po ponad dwudziestogodzinnej podróży pani z biura przewozowego dotarła pod dom, który odtąd miał być „nasz”. Gdy przypominam sobie tamten czas widzę przede wszystkim ciemność.

Ciemność ulicy, która w połowie lutego nawet w środku dnia straszyła półmrokiem. Ciemność chodników wiecznie pokrytych breją, bo w połowie lutego w Europie Centralnej najczęściej pada śnieg z błotem. I ciemność mojej własnej duszy, zwłaszcza przez kilka pierwszych tygodni, gdy pytanie: „po co to wszystko?” niejednokrotnie wysyłało mnie do łóżka z migreną.

11 lutego w tym roku był w Kolorado śliczny i biały. Młodsza z kolegą przez dwie godziny budowali w ogrodzie fort ze śniegu. Patrzyłam na nich przez okno, piłam polską herbatkę z dzikiej róży i próbowałam określić co właściwie czuję wracając myślami do wydarzeń sprzed pięciu lat. Nostalgię? Niedosyt? Czy jednak ulgę? Żal? Pięć lat temu 11 lutego przeprowadziłam się na 4 i pół miesiąca do Polski. Marzenie, by to uczynić „chodziło po mnie” od dnia, gdy urodziła się pierwsza córka. Miałam ku temu kilka motywów, na naczelne miejsce wysuwała się możliwość posłania córek do polskiej szkoły i przedszkola.

Mieli państwo podobne marzenia? Mają? Udało się je państwu zrealizować? A może nie starcza państwu odwagi?
Jeżeli to drugie, doskonale rozumiem rozterki. Im bardziej oddalam się w czasie od tamtej przeprowadzki, tym bardziej wyrastam we własnych oczach na … bohaterkę. Tak jest. Jak w dobrym filmie akcji przeżyłam wszystko: mieszkanie, które okazało się być tak zapuszczone (w „doskonałym stanie” przez telefon), że przegnite na zawiasach drzwiczki od kuchennych szafek zostawały po otwarciu w ręku, a pralka już przy pierwszym praniu przeciekła. Głodzone przez właścicieli psy za płotem, które rozdzierająco skarżyły się na swój los każdej nocy. Ukradzione auto. Atak zimy (na polskich drogach!) akurat w momencie, gdy przeleciałyśmy przez ocean. Zmasowany atak chorób na dzieci, wobec czego dużo czasu spędziły nie w placówkach edukacji integrując się z polskimi rówieśnikami, a z termometrem pod pierzyną. W weekendy, gdy auto akurat było nie ukradzione oraz było sprawne, a do tego nie padał deszcz, ani śnieg, uciekaliśmy w turystykę, temperatury za oknem i stan wiosennych dróg przestawały mieć znaczenie.

Gdy pytam córki, co najlepiej pamiętają z naszej „przeprowadzki” do Polski odpowiadają, że właśnie wycieczki.
Na przykład basen w lochach! Basen w lochach działa w uroczym, wykwintnie odrestaurowanym pokrzyżackim zamku w Rynie niedaleko granicy Mazur z Rosją. Choć podróż w tamte okolice to było kilka godzin jazdy w jedną stronę od naszej bazy w Polsce, wracaliśmy tam kilkakrotnie. W końcu ile osób, argumentowały dzieci, może pochwalić się noclegiem w zamku, gdzie w murach do dziś dnia znajduje się zamurowana księżniczka (nota bene matka
z dziećmi, tragiczna zakładniczka, której rodzina nie wykupiła na czas z krzyżackich rąk), a hotelowa pływalnia urządzona jest w podziemiach? No właśnie.

Dalej pamiętają poniemiecki bunkier, który ocalał dlatego, że by go ukryć przed alianckimi bombowcami pod koniec wojny Niemcy kazali chłopom wznieść wokół niego stodołę. Niemieckie napisy na ścianach, pordzewiałe zawiasy, na których zamontowane były polowe łóżka. Gdyby nie pora kolacji, podejrzewam, że zwłaszcza mąż – entuzjasta wojennej historii – nie dałby się stamtąd wyciągnąć wcale.

Także zarośnięty pokrzywami cmentarz żydowski w środku lasu, który odkryliśmy absolutnie przypadkiem, zatrzymując się na lunch z domowych kanapek przygotowanych przed wyjazdem. Niektóre nagrobki, choć wszystkie mocno nadgryzione zębem czasu, prezentowały się wciąż z wystarczająco czytelnymi napisami, hebraista poradziłby sobie z nimi bez trudu. To też wbiło się dzieciom w pamięć.

Aha! – i średniowieczna kapliczka w brzozowym zagajniku porastającym oniegdysiejszy ogród przy wykwintnym (onegdaj) majątku. Na posesji stał dworek, podczas naszych odwiedzin w samym środku remontu. Z tablicy informacyjnej dowiedzieliśmy się, że po wojnie mieściła się tam fabryka porcelany, zaś jeszcze wcześniej stał w tym miejscu zamek (szczątki fundamentów wciąż widoczne). Podsadzane po kolei przez ojca córki miały okazję stwierdzić, że na ścianach wewnątrz kapliczki – drzwi były zamknięte na kłódkę, lecz między nimi, a dachem była spora szpara – majaczą jakieś resztki fresków z postaciami rycerzy. „Widziałyśmy to wszystko, bo zabrałyśmy z domu latarkę, choć głupio pytaliście nas: po co!” – przypominają ważny szczegół tamtej wyprawy.

Planując przenosiny do Polski nie planowałam zbyt częstych wyjazdów „w Polskę”. Miałam nadzieję – przyznam się szczerze – na większą aktywność towarzyską, zwłaszcza córek, które, wydawało mi się to naturalne, natychmiast przecież zakolegują się z rówieśnikami ze swoich klas. Zakładałam, że pobyt w kraju zostanie do cna wykorzystany na tak głębokie, jak to tylko możliwe, ich „zanurzenie się w języku poprzez interakcje z innymi” (preferencyjnie osobami nie tylko z obrębu najbliższej rodziny).

Ale życie wie swoje, prawda? Wspominałam o chorobach. Choć udało mi się zapisać Młodszą do przedszkola, spędziła tam na pewno nie więcej niż trzecią, a może tylko czwartą część czasu, który opłacałam. Resztę przechorowała, tak więc osobami, z którymi miała najwięcej styczności, była, zupełnie jak w domu w Ameryce, nasza rodzina. Urozmaicenie wprowadzały wizyty babci z domowym rosołem i turystyka. Po dwóch miesiącach zaczęliśmy ją zabierać na wycieczki nawet wtedy, gdy kapało jej z nosa, zakładając, i słusznie, że jeśli będziemy czekać na kompletne ozdrowienie, to być może nigdzie nigdy z nami nie uda jej się pojechać.

Starsza chorowała tylko odrobinę mniej, ale w jej przypadku poczyniliśmy inne odkrycia. Znajomości między dziećmi też kierują się pewnymi zasadami, między innymi potrzeba na nie inwestycji z czasu. Gdy znajomości Starszej w końcu weszły w fazę większej zażyłości, to okazało się, że jednocześnie przyszła pora, by zacząć się z powrotem pakować i szykować do lotu w drugą stronę.

Polskie podwórko z trzepakiem – mieliśmy takie u babci pod blokiem – niewiele pomogło, choć tutaj winę należało złożyć przede wszystkim na karby pogody. W moich własnych wspomnieniach z dzieciństwa nie mam ani jednego, w którym biegałabym po zacinającym deszczu i nurzała się w błocie po pachy, dlaczego więc mieliby robić to inni? Dużym odkrycie odnośnie podwórka z trzepakiem był fakt, że podczas roku szkolnego niewiele przypomina dziś ono to, co tak wielu z nas, dzisiejszych rodziców wychowanych na takowym we własnym dzieciństwie, zachowało (i pieczołowicie przechowuje!) w pamięci. Bywa, że podwórko jest wyludnione nawet w najpiękniejszy słoneczny dzień. Współczesne polskie nielaty spędzają bowiem czas wolny od szkoły w sposób podobny do reszty świata: siedzą przed komputerem lub telewizorem, albo są wożone przez rodziców na zajęcia dodatkowe. Nigdy wcześniej nie czułam tak dogłębnej wdzięczności do Unii Europejskiej, jak wtedy, gdy odkryłam, że dzięki jej wsparciu nawet w małych miasteczkach działają centra kultury oferujące dzieciom – za darmo! – rozliczne zajęcia muzyczne i artystyczne. Oraz basen, o tak, basen. Nasz wielki, wierny przyjaciel. Także wzniesiony za pieniądze z UE, a do tego formatu, jakiego w moim amerykańskim mieście (wielkość Olsztyna) nawet nie ma. Co najważniejsze – czynny w te wszystkie ponure, ciemne dni, gdy z dziećmi „absolutnie trzeba coś z zrobić” i absolutnie nie wiadomo co.

Od strony stricto językowej największą korzyścią dla Starszej okazały się polskie lektury. W wieku dziewięciu lat była już dość dobrze rozwiniętym molem książkowym, więc nie mając wyboru – pozwoliłam jej przywieźć ze sobą tylko dwie lub trzy pozycje angielskie – zaczęła sięgać po polskie. Motywował ją także szkolny „dzienniczek lektur”, zeszycik, który dostała od nauczycielki, żeby pisać w nim streszczenia przeczytanych książek. Choć dodam, że z każdą wizytą męża (dobił do nas dwa razy i został na miesiąc za każdym razem), musiałam walczyć z sabotażem, bo zmanipulowny telefonicznie przemycał do szuflady Starszej angielskojęzyczną literaturę.

Młodsza, wówczas niespełna 5-latka, skorzystała na nauce polskich przedszkolnych wierszyków oraz piosenek, miała też swoje pierwsze doświadczenie z folklorem, gdy jej przedszkolna grupa została wytypowana do występu tanecznego w strojach krakowskich podczas obchodów dni miasta (nota bene skąpanych w deszczu i błocie, lało bez przerwy przez trzy dni!). Także wtedy, podczas pobytu w Polsce, zaczęła wymawiać polskie „r” i głoski szeleszczące, choć nie wiem czy zadziałało środowisko, czy po prostu przyszedł „ten czas” w rozwoju jej mowy. Zauważyłam bowiem, że spora część jej monolingwialnych, polskich rówieśników wciąż „walczyła” – niektórzy pod okiem przedszkolnego logopedy – o prawidłową wymowę.

Czy więc było warto, nasuwa się oczywiste pytanie i wiem, że bardzo chcieliby państwo usłyszeć jakąś jednoznaczną opinię. Mając w tym miejscu na uwadze także fakt – bardzo znaczący – że przeprowadzka pociągnęła za sobą spore koszty finansowe.

Pierwsza konkretna odpowiedź brzmi: korzyści językowe dla dzieci okazały się zdecydowanie mniejsze niż zakładałam.
Druga odpowiedź brzmi: było warto, choć z zupełnie innych przyczyn, niż te, o jakich wstępnie myślałam.
Więcej – potrzebowałam czasu, by sobie te „inne” korzyści uświadomić. Przed wyjazdem, a i w czasie samego pobytu w Polsce, mój wewnętrzny radar tak bardzo nastawiony był na wychwytywanie kolejnych „najważniejszych spraw do załatwienia” oraz boksowania się z myślami, czy dobrze postąpiłam fundując rodzinie egzystencjonalne trzęsienie ziemi, że o szerszej perspektywie i dystansie do tego, co przeżywaliśmy, nie było mowy.

Dlaczego było warto? Bo przeprowadzka do Polski obudziła w moich córkach, zwłaszcza starszej, społeczną świadomość.
Małe miasteczko w Polsce, bo w takim mieszkałyśmy, to, pomimo wielkich przemian, jakie i w nich się dokonały pod względem infrastruktury i zaplecza komercyjno-kulturalnego, wciąż zupełnie inna bajka niż Warszawa, Gdańsk czy nawet miejscowości rozwijające się dzięki atrakcyjnej lokalizacji turystycznej. Polska prowincja różni się od prowincji amerykańskiej jak dzień i noc. Kipi dramatycznymi kontrastami, biedą, patologią lub na odwrót – ostentacyjnym bogactwem. Wakacje nie zawsze sprzyjają oglądaniu jej w prawdziwych barwach. Można rzec – gdy wysycha błoto, do pewnego stopnia wysychają i te kontrasty. Zieleń przyrody zasłania brzydkie zaułki i wstydliwe, społeczne sekrety. Latem trudno odgadnąć, czy biegające po podwórku dzieci mają w szafie buty i kurtki na zimę. Albo plecaki do szkoły. Albo rodziców, którzy je do tej szkoły odprowadzą. I będą trzeźwi.

Starszej po dziś dzień – po pięciu latach – w charakterystyczny sposób tężeje twarz, gdy mówi o kolegach z polskiej klasy, których – słowa pani nauczycielki – „nikt nie chciał”. Inne dzieci dzieliły się z nimi swoimi kanapkami, czasami za prośbą samej nauczycielki. Było powszechnie wiadome i, cóż, akceptowane, że chłopcy wychowywali się w pijackich, patologicznych rodzinach. Dlaczego nikt tym dzieciom nie pomoże, może byłyby dla nich jakieś rodziny zastępcze? – pytała córka i otwierała puszkę Pandory, której na imię „alkoholizm a rodzina w Polsce”. Inna puszka Pandory, wszechobecna w Polsce właśnie w małych miasteczkach, to wychowywanie dzieci przez dziadków (o bardzo różnym, niestety, stopniu zdolności do pełnienia funkcji wychowawczych), podczas gdy rodzice pracują za granicą.

Wieczorem Starsza przychodziła do mojego łóżka, zrobiłyśmy z tego codzienny rytuał, i rozmawiałyśmy o tych wszystkich sprawach. Co się dzieje, gdy bezrobocie w mieście wynosi 30%? Jakie wymusza na ludziach decyzje, postawy? Co to znaczy: najlepsze z najgorszych rozwiązań i jak nieobecność rodziców może być dla dziecka „najlepsza”? Czy można umrzeć od tego, że się w niedzielę opuści mszę świętą? Bo siostra zakonna prowadząca w szkole katechezę mówi, że to grzech śmiertelny, gdy odpytując w poniedziałek rano z „obecności na mszy” natknie się na „opuszczalskiego”… Ile należy dać pieniążków rumuńskiej żebraczce pod kościołem? Czy jej dziecko chodzi do szkoły? Pytania podobnej natury mnożyły się z prędkością światła. W naszej czystej, wygodnej, uprzątniętej z trudnych obrazków codzienności w Ameryce (i podczas wakacji w Polsce) nie było okazji, by je zadawać. Z otwartą buzią rozmowom przysłuchiwała się Młodsza, dorzucając swoje pięcioletnie trzy grosze. Obie przechodziły bardzo przyspieszony kurs społecznego dojrzewania.

Wreszcie – aspekt samodzielności polskich dzieci, który odegrał w tym dojrzewaniu, wielką, może najważniejszą rolę. Córki miały kontakt z dziećmi młodszymi od Starszej, które chodziły z kluczami na szyjach i były zaradne
w sposób, jaki w Ameryce jest nie do pomyślenia. Za zostawienie w domu bez opieki siedmioletniego dziecka można w USA zarobić utratę praw rodzicielskich. Tymczasem polski siedmiolatek – odkrywały ze zdumieniem – robił zakupy, samodzielnie poruszał się po mieście, opiekował się na podwórku młodszym bratem lub siostrą!
Korzystał (a wcale jej nie nadużywał!) z wolności, jakiej dzieciom w Ameryce z wielu przyczyn brakuje. Dzieciństwo amerykańskiego małolata upływa dziś przecież pod znakiem tylnego siedzenia w aucie rodzica, bo sparanoidowani, i nie bez przyczyn przecież, ograniczyliśmy mu samodzielne wyjścia dokądkolwiek poza najbliższe sąsiedztwo.

W Polsce zaczerpnęłam głęboko powietrza i „rzuciłam” Starszą na łup otaczającej rzeczywistości i obyczajowości. Też zaczęła samodzielnie chodzić na basen, do kina, do biblioteki, do koleżanek. Wkroczyła w ten nowy wymiar
z radością i dumą, jakiej u niej wcześniej nie widziałam. Wymagało to i od niej, i ode mnie pewnego specyficznego rodzaju wiary, która we współczesnej Ameryce po prostu nie ma racji bytu. Wiary, że otaczający świat cię nie zawiedzie, w razie potrzeby – pomoże, bo istnieje między jego członkami pewna umowa, kredyt zaufania, jakim darzą się nawzajem ludzie. W myśl tej umowy istnieje więc głęboki sens i w codziennym, zakrawającym wręcz na “mechaniczne” zainteresowaniu jednych dla drugich (a skąd to wracasz, dziecko? – pytanie sąsiadki, które przez długi czas bardzo Starszą denerwowało, nie rozumiała, dlaczego kogoś mogłoby to w ogóle obchodzić!),
i w szczerości, czasem aż niewygodnej, kontaktów międzyludzkich (Dlaczego ta pani opowiada ci w szczegółach
o swojej babci, przecież ledwie się znacie! – kolejne zdumienie). Jest wartość nawet we „wścibskości”, choć ta cecha do dziś pozostaje dla Starszej naczelną „wadą” narodową Polaków. To bowiem dzięki tej pajęczynie społecznej troski i zależności możliwa jest rzecz, której w stechnicyzowanej, indywidualistycznej Ameryce dziś już prawie nie ma, i jaka szkoda! – poczucie bezpieczeństwa jednostki w konfrontacji z grupą i akceptacja tej grupy. Myślę, że w pewnym sensie moje dzieci doświadczyły tego samego poczucia przynależności do wspólnoty, jakie charakteryzowało i moje dzieciństwo w Polsce.

„Nigdy nie jesteś sama, jeśli są wokół ciebie ludzie, w razie czego pomogą” – pamiętam, jak mówiła moja mama. Musiałabym być szalona, gdyby powtarzała to samo moim dzieciom w Ameryce. Do otaczających mnie społeczności w Ameryce, prócz najbliższych sąsiadów, jestem nastawiona standardowo – dominuje ostrożność, aprioryczne założenie, że inni ludzie mają wartości i cele całkiem różne od moich.

Czy znów bym wyjechała? Tak, chociaż kilka aspektów wyjazdu załatwiłabym dzisiaj inaczej.
Co i dlaczego? O tym za dwa tygodnie w drugiej części opowieści o przeprowadzce do starej ojczyzny.

Eliza Sarnacka-Mahoney

2 Responses to “A więc twierdzicie, że chcielibyście pomieszkać trochę w Polsce”. Cz. 1

  1. ania March 29, 2014 at 5:09 am

    Pytanie – mam dwie corki, 12 i 10 lat, obie urodzone w US. Moj maz jest stad I nie mowi po polsku. W domu zawsze mowimy po angielsku I moje dzieci prawie w ogole nie mowia po polsku. Jezdzimy czasem do Polski gdzie spedzamy czas z moimi rodzicami ale dzieciom jest trudno. Chca sie uczyc polskiego, ale rzadko nam aie udaje. Teraz zaluje bardzo ze nie mowilam do nich po polsku od malego. Czy juz za pozno? Czy ma sens zaczac teraz? Polski jest taki trudny dla nich a ja jakos nie mam dyscypliny..Szukam porady. Dziekuje!

    Reply
  2. ania April 3, 2014 at 9:41 pm

    Dziekuje za odpowiedz. Zaczelam regularne lekcje w domu z dziecmi I odbywa sie to wlasnie w taki sposob. Mamy ksiazki do polskiego I literature. Co ciekawe, dzieki temu wiecej do nich mowie po polsku poza lekcja. Dziekuje za dodanie otuchy I czekam na felietony.

    Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *