DPS

“Metafory codzienności”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Wyrwane y Przemijania Elzbieta Kulec

Czy prozę życia da się opisać poezją? Jak najbardziej. Zwłaszcza, że pod piórem Elżbiety Kulec wszystko, co zwyczajne, zmienia się w niezwyczajne, a nawet nadzwyczajne. I to jest właśnie siła jej liryki.

Wyrwane z przemijania (Rescued from the Lapse of Time) – dwujęzyczne wydanie poezji Elżbiety Kulec w bardzo dobrym przekładzie na angielski Marian Polaka, z balansującymi na pograniczu symbolizmu i surrealizmu ilustracjami Rafała Olbińskiego przenosi nas w baśniową codzienność. Albo – jak kto woli – w codzienną baśń.
Bo to właśnie codzienność – we wszystkich jej przejawach – jest głównym bohaterem wierszy zebranych w tym tomiku. Ale nie dajmy się zwieść; ta codzienność bywa również niecodzienna. A wszystko za sprawą podwójnej perspektywy, jaką przyjmuje podmiot liryczny. Jest nią perspektywa kobiety i poetki.

Wyrwane z przemijania to poezja intelektualna, okraszona ciepłą ironią przywodząca na myśl poezję Wisławy Szymborskiej, ale też niosąca ze sobą dziecięcą wiarę w możliwości kreacyjne słowa. Elżbieta Kulec dzieli z naszą noblistką „Radość pisania”. Nie tylko w przenośni, ale i dosłownie, a to za sprawą wiersza, który nosi taki sam tytuł, jak utwór Szymborskiej: „Z kartką papieru dogadać się łatwo./Litery są cierpliwe. (…) Ludziom jest trudniej/wsłuchać się w czyjś dramat. (…) A litery – słuchają. W smętnym pąsie z myślami rzeźbą poetyckie zwroty,/szepczą jakieś zaklęcia,/pieszczą nadzieję./Nawet jeśli to tylko miraże,/chce się je kochać./ Są przecież elementami słowa./A od niego wszystko się zaczęło.” Wiara w siłę (poetyckiego) słowa jest tu bardzo wyraźna. Poetka zdaje sobie z tego sprawę zarówno wtedy, kiedy „buja w obłokach”, tworząc na poły dziecięce fantazje
(„A litery – słuchają” porównywalne do „Nad białą kartką czają się doskoku/litery” i „na zawsze, jeśli każę, nic się tu nie stanie” z wiersza Szymborskiej), jak i wtedy, kiedy podziela z noblistką wiarę w „możność utrwalania”, skoro tytuł jej wiersza (i całego tomu) brzmi „Wyrwane z przemijania”.

W centrum poezji Elżbiety Kulec – prócz refleksji nad codziennością – znajdują się także rozważania nad upływem czasu, jak również możliwość utrwalania chwil za pomocą słów. Przemijanie jako zasada niezmienna i człowiek bezradny wobec tajemnicy życia – to tematy, które przewijają się przez cały tomik, nadając refleksyjny ton poszczególnym wierszom. Jak ma to miejsce chociażby w wierszu „Wokół”: „Niepoznany do końca świat,/nieodgadnione wnętrze duszy,/niedościgła myśl (…)/I jedna tylko pewność, w tym oceanie bulgocącym znakami zapytania./Pewność, że Ktoś chce,/żebym z tego wszystkiego zdawała sobie sprawę.” Albo w wierszu „Szkoła życia”: Coraz trudniejsze twierdzenia./Coraz więcej możliwości./Cenzurek nikt już nie wręcza, a od ocen aż roi się”.

Ta głęboka samoświadomość pozwala na głębszą refleksję i mocniejszą emocję związaną z doświadczaniem rzeczywistości. Nawet jeśli doświadczenie to niesie ze sobą zwątpienie. Podmiot liryczny pozwala sobie jednak na przyznanie się do słabości, jaką jest poczucie zagubienia we współczesnym świecie: „Posiada swój papierek lakmusowy.(…)/ A papierek lakmusowy zawieruszył się./ On jeden zna prawdę („Nasza wrażliwość”).

Kiedy brak odpowiedzi na nurtujące pytania, nie pozostaje nic innego jak przyjąć zastany stan rzeczy i zapamiętać, że nie da się schować życia na zapas: „Jutro – rzadko znaczy dwadzieścia cztery godziny./Często brzmi jak wykręt,/jeszcze częściej jak marzenie. (…) A potem … tylko zachwyt albo przerażenie” („Jutro”). To prawda stara jak świat, ale najwyraźniej wciąż domagająca się powtórzenia. Nie jest to zresztą jedyna prawda domagająca się przypomnienia: „Zapanowała moda na powszechna tolerancję./Ale milcz!/ Wewnętrznego niepokoju i tak nie zagłuszysz,/a perfidię… chyba o wiele trudniej się rozgrzesza/i tu, /i TAM („Nowomoda”).

Wiersze Elżbiety Kulec przypominają także o tym, że jesteśmy – powtarzając za Pascalem – „trzciną najwątlejszą w świecie”, mającą jednak wpływ na swoją drogę życiowa, jak widać to choćby w wierszu „Carpe diem”:
„W zbiorowym heppeningu,/grasz epizodyczną rólkę/A życie to coś więcej niż teatr./Nie potrzebujesz ani reżysera, ani suflera,/choć pełno ich wokół”.

Nie zawsze są to łatwe do przyjęcia prawdy, ale w ostatecznym rozrachunku mamy w poezji Kulec do czynienia
z łagodną rezygnacją, a właściwie ze świadomym pogodzeniem się z tym, co nieuniknione albo niepoznane,
a wszystko z przekonaniem, że nie wszystkie karty, które rozdaje los, mogą albo powinny zostać odkryte:
„… Może dlatego, że to wszystko już wiem,/moja wiara nie jest ani silna, ani słaba,/tylko głęboka” („Głęboka wiara”). Ważne jest to, by swój egzamin z życia zdać po swojemu. Najlepiej jak się umie, nie zawsze perfekcyjnie, ale po swojemu, bo tutaj nie ma przyjętych a priori dobrych albo złych odpowiedzi: „Ten egzamin jest powszechny, przewlekły
i bardzo nieklarowny.(…) Wiesz, że prawidłowa odpowiedź na to samo pytanie/dla każdego zdającego może być nieco inna” („Koniec drogi”).

Równocześnie jest poezja Elżbiety Kulec liryką bardzo intymną. Z jej wierszy wyłania się złożony portret kobiety łączącej w swoim życiu różne role, w tym także rolę poetki. Kulec przeprowadza czytelnika przez kobiecą codzienność, raz okraszając swoje spostrzeżenia łagodną ironią, to znowu zabarwiając je gorzką refleksją.

Niezwykły to portret kobiety. Kobiety rozpiętej między rzeczywistością empiryczną a tą dostępną jedynie dzięki sile własnej wyobraźni. Wydaje się jednak, że nie mamy tu do czynienia z dramatycznym rozdarciem między powinnościami kobiety wynikającymi z przyjęcia rozmaitych ról, ale ze świadomym rozdwojeniem na dwie zupełnie różne role. Role, które się wzajemnie przenikają, skoro podmiot liryczny bez kłopotu umie znaleźć w codzienności przejawy poezji, a jeśli jej mu mało, decyduje się na porwanie przez „złą wróżkę” utożsamioną z fantazją, poezją albo weną, która może być zła jedynie dla skrzeczącej pospolitości, nieznającej smaku porywów fantazji.

Kobieta z wierszy Elżbiety Kulec na przemian odrywa się od ziemi i zostaje na nią sprowadzona: „Łatwiej być od rana do wieczora/tak po prostu żoną i matką./Wykonywać codzienne obowiązki./Zdążyć ze wszystkim na czas i nie rozdzielać włosa na czworo./Niestety zła wróżka porywa mnie codziennie,/i nie wiem, za jaką karę/ciągnie w górę tak długo,/aż głową przebiję chmury./Wtedy wróżka znika, a ja zapominam o bożym świecie./Zaczynają się dziać wówczas dziwne rzeczy. (…) Pot z czoła ocierają mi muzy (…)/a zegar słoneczny tak oślepia swym blaskiem,/że nie widzę wskazówek./I gdy zła wróżka strąca mnie nagle na ziemię,/mój kuchenny zegar zaczyna złośliwe gderanie: Tik – tak, tik – tak, a – o bia – du zno –wu brak” („Ja, matka w chmurach”).

A właściwie kobieta ta sama się sprowadza na ziemię, zachowując arystotelesowski złoty środek między poezją
a prozą życia. To łączenie rozumu z intuicją i emocją odbywa się bez dramatycznych wyborów, co sprawia, że nie mamy tu do czynienia z balansowaniem na pograniczu poetyckiego szału uniesień i gwałtownego zderzenia
z prozą życia, ale z umiejętnością rezygnacji z siebie przy równoczesnej rezygnacji na rzecz siebie samej po to, by odkryć „Radość obcowania” („Oto dwóch kompozytorów/pisze jednocześnie tę samą partyturę”) i przyznać się „Zamiast przeprosin”: „Jeśli nie podam ci obiecanej kawy,/jeśli niegościnnie zapomnę powiedzieć ci „smacznego”,/jeśli zgubię wątek/i popełnię masę niezdarności,/to tylko znaczy,/jak bardzo się cieszę,/że tu jesteś”.

Wyrwane z przemijania Elżbiety Kulec to pamiętnik kobiety, która znalazła pomost między poezją a prozą życia. Wyczarować z okruchów codzienności niecodzienność – to wielka sztuka. Jeszcze większa – zatrzymać czas. Elżbiecie Kulec się to udało. I to znakomicie.

Karina Bonowicz

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *