DPS

“Odłamki”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

odlamki

Czy spisują Państwo językowe brylanty swoich pociech? Szlachetne kamyczki typu: „Dziecko płaka”, „Samoloty przelatają nad głowami”, „Spociłam się, ale już się odpociłam”? Ja zapisuję do dzisiaj i niemal boleję nad tym, że z biegiem czasu jest ich coraz mniej… Mam do nich sentyment nawet większy, niż do albumów ze zdjęciami.

Porządkowałam (wiosennie) gabinet i wpadł mi w ręce kartelusik, którego jakimś cudem nie zakatalogowałam. Zapisek pochodzi sprzed prawie dwóch lat i dotyczy wyjaśniania – jak się okazuje – sobie nawzajem pojęć „zaleta” oraz „wada”.

Ja: Rozumiesz, co to są zalety?
Młodsza (8 lat): To jest coś, co komuś zalecasz. Na przykład on idzie do sklepu, a ty mu zalecasz co ma kupić. Co jest do kupienia dobre.
Ja: A co to są wady?
Młodsza: Nie mam pojęcia. Nigdy ich nie widziałam…

Pamiętam skąd wziął się temat rozmowy – tradycyjnie wyszedł przy okazji głośnego czytania. Nawet, jeśli córka się nie zatrzymuje, wychwytuję wahanie w jej głosie i interweniuję. Słowo stoi w kontekście i wyjaśnić jego znaczenie jest wówczas prościej, niż gdyby pojawiło się w rozmowie, lub – w czym dzieci nie mają sobie równych! – strzeliło w nas z przysłowiowego „nikąd” w przysłowiowym „najmniej odpowiednim momencie”. Pamiętam jak wczoraj, w pewien ciemny, zimowy, weekendowy poranek, słodką świadomość, że nigdzie nie muszę się przedwcześnie zrywać, ani wyprawiać, i przecinający miąższ tego błogostanu niczym sztylet przejęty głosik trzylatki: „Mama, a cio to naci „dinda”? „Dyndać”, wymamrotałam półprzytomna, można na przykład ręką lub nogą, o tak. Dokonałam anemicznej prezentacji. Trzylatka ochoczo podjęła zabawę i przez następne pół godziny bawiła się w „dyndanie” moich kończyn. Zegarek pokazywał szóstą. Szóstą rano w ciemny, zimowy, sobotni dzień.

Stara lekcja z wad i zalet została przyswojona, bo gdy niedawno przy okazji ćwiczeń z podręcznika do polskiego temat znów wynikł, rozmowa wyglądała zgoła inaczej:

Młodsza: Uczciwość to na pewno jest „zalet”, to zapiszę ją po prawej.
Ja: Mówi się „zaleta”, to jest rodzaj żeński. Popatrz, a tutaj musisz dokończyć zdanie: „Moją największą wadą jest…”
Młodsza: Hm, ja nie mam wad.

Porzuciłyśmy ćwiczenia z książki i zaaranżowałam autorską lekcję z innych trudnych słówek takich jak: „skromność”, „przyzwoitość” oraz „charakter”.

Jeżeli chodzi o język jestem „przewrotną matką na wyrost”, zwolenniczką teorii, że lepiej rzucić dziecko na głęboką wodę i zobaczyć jak sobie radzi, niż na odwrót. W rozmowie dość często celowo używam słów, których moje córki nie znają (i niekiedy doznaję „zawodu”, gdy okazuje się, że gąbka dziecięcego umysłu już dawno je wchłonęła i odpowiednio zakatalogowała!)

– To fajna dziewczyna, ale dlaczego ma takie pejoratywne nastawienie do świata? – mówię na przykład do Starszej przy okazji rozmowy o jakiejś sytuacji w szkole.

– Mamo, wyrażaj się! – reaguje ze zgorszeniem. Już mi wykwita na twarzy profesorski uśmieszek i zacieram w duchu ręce na myśl o małym wykładziku, gdy córka dodaje: – To poza. Ona myśli, że jak będzie narzekać zamiast, jak reszta, na okrągło bez sensu chichotać, to ludzie będą na nią zwracać uwagę i ją szanować.

Wizja wykładziku odpływa chmurką w kierunku kominka, by polec tam śmiercią tragiczną w płomieniach. Od smutnego końca ratuje ją jednak Młodsza, wystawiając głowę znad fortu z poduszek za kanapą i pytając znienacka:

– A co to znaczy: nastawienie do świata?

– Chwileczkę, a wy wiecie co to znaczy pejoratywne? – odpowiadam w szoku.

– Oczywiście – spieszy z odpowiedzią Młodsza. – Zaraz ci powiem, tylko to wymyślę.

Rzucam się na poszukiwania karteczki, żeby utrwalić sytuację, nim mi umknie.

– Proszę – Starsza usłużnie podje mi kartkę ze swego szkolnego notesu, tradycyjnie przewracając oczami (obowiązkowy atrybut nastolatka) i wzdychając jak hipopotam (też obowiązek). – Naprawdę nie wiem, o co ci chodzi z tym ciągłym zapisywaniem, ale skoro musisz…

Czy muszę … Nie muszę. Chcę. W dwujęzycznym domu życie tak bardzo kręci się wokół języka, że odnoszę czasami wrażenie, iż jest przede wszystkim językiem, nim jest czymkolwiek innym. To nie truizm, że sposób, w jakim opisujemy świat jest nie tylko odbiciem naszego „nastawienia” do tego świata, ale to nastawienie kształtuje: z czego się śmiejemy, co nas smuci, co porusza. Rozkoszne pomyłki, niewinne potyczki, niezamierzone (ekhm, czasem bardzo zamierzone) gry słowne, cały ten dzban wiedzy i umiejętności napełniający się od pustego po coraz pełniejszy, są niczym lusterko na ramieniu, zwrócone do tyłu i pokazujące przebytą wspólnie drogę, wyjaśniając przy okazji, dlaczego jesteśmy, jacy jesteśmy. Niektóre „cudowne cudaki” pewnie pamiętałabym i bez zapisków, tym bardziej, że pamiętają je same dzieci i czasem nawet wciąż używają, np. „śmierdziarówka” zamiast „ciężarówka” lub „wolny jeźdźnik” jako ksywka dla samochodu poruszającego się po drodze dużo poniżej dozwolonej prędkości. Ale na przykład …

– Budziowy. Pamiętasz, co to jest „budziowy”? – pytam Młodszą przyglądając się palecie farbek do malowania gipsowych figurek, które rozłożyła na stole.

– Nie – podnosi na mnie zdumione oczy.

– To twój własny kolor. Wymyśliłaś go.

– Tak? – dziwi się szczerze. – A jaki to?

– Naprawdę nie pamiętasz? Podobno krzyżówka różowego i fioletu.

– Ma sens – kiwa głową. – To kolor wiśniowego budyniu, mojego ulubionego. Budyń budziowy. Wow, ale jestem geniuszowata!

Geniuszowata… no właśnie. Moda na dostawki „-ata” do dowolnych wyrazów wciąż mocno się w naszym domu trzyma.

Osobiście czuję się mało „geniuszowata”, gdy w czasie rozmowy z sąsiadką nie potrafię powiedzieć, co dokładnie Młodsza przerabia w danym momencie z matematyki. Bąkam mało składnie, że mamy w domu podział rodzicielskiego nadzoru, ja z dziećmi czytam, matematykę sprawdza ich tata. Lecz, że nie będzie mi żadna sąsiadka wytykać rodzicielskiego bumelanctwa, to gdy tylko Młodsza wraca ze szkoły, pytam z miejsca:

– Co macie na matematyce?

Młodsza zdumiona, ale posłusznie melduje:

– Dodawanie odłamków.

Za plecami coś się wije ze śmiechu. To Starsza siedzi na podłodze i trzyma się za brzuch.

– Mu…musisz to zapisać, bo ja wiem, że do końca świata jak sobie to przypomnę, to będę miała z miejsca lepszy humor – jęczy w konwulsjach, dodatkowo bawi ją mina siostry, klasyczny szok, że w nudnej z reguły matematyce potrafi być coś aż tak zabawnego …

Eliza Sarnacka-Mahoney

One Response to “Odłamki”

  1. Ela May 30, 2014 at 9:06 pm

    Niby mam zeszyty wszędzie, ale nie wszystko mam zapisane… Dzisiaj u nas – Alicja, 2 lata: maż mówi: “zapisz “muwka!”” – ja “Niby co?” “Jak to co… – KROWA!!” 😉

    Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *