DPS

“Zagraniczny ojciec polonijny”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

dzienOjca

Na początku bajki, która w normalnych bajkach jest końcem zwieńczonym urzekającym stwierdzeniem, że „żyli długo i szczęśliwie”, ani ja, ani mój niepolskojęzyczny mąż nie mieliśmy pojęcia jak będzie wyglądało nasze życie jako rodziny dwujęzycznej. Wiedzieliśmy tylko tyle: będziemy żyć długo
i szczęśliwie.

Zgodziliśmy się jedynie, że nasze ewentualne przyszłe dzieci otrzymają imiona, które posiadają jednakowe brzmienie i w polskim, i w angielskim, oraz, że będę się starała mówić do dzieci wyłącznie po polsku. Po tym wysiłku koncepcyjnym na dobre jednak przestaliśmy zaprzątać sobie tematem głowę, przyjechaliśmy do Ameryki i byliśmy całkowicie przekonani, że termin „rodzina dwujęzyczna” nie będzie nas dotyczył dopóty, dopóki na świecie nie pojawią się te „ewentualne dzieci”.

Było to, oczywiście, myślenie skrajnie naiwne, bo w związku, którego członkiem jest imigrant, nawet jeszcze bez dzieci, od zagadnień dwujęzyczności uciec się nie da. Jest kwestia „języka, który tworzy fundamenty osobowości”, a także kwestia mutacji tej osobowości pod wpływem nowej kultury i języka właśnie.
Nie uda się to nawet wtedy, jeśli w nowym kraju imigrant świadomie przestanie się swoim macierzystym językiem posługiwać. Stawiam tezę, że dylemat „znaczenia dwujęzyczności” w życiu rodziny takiego imigranta wróci do niego szybciej, niż usiłuje on od niego uciec. Dwujęzyczna rodzina zaczyna się na długo przed pojawieniem się w niej dzieci. Miałam to rychło sprawdzić na własnej skórze.

Po przeprowadzce nad Zatokę San Francisco szybko poznałam grono miłych polskich znajomych i szybko zaczęliśmy się z mężem towarzysko w tym gronie udzielać. Gwoli wyjaśnienia: na studiach koło naszych wspólnych znajomych było wyłącznie anglojęzyczne, a przed przenosinami do USA mąż dwa razy odwiedził Polskę. W czasie tych wypraw pełniłam rolę przewodniczki i tłumaczki.

Moje pierwsze odkrycie odnośnie tzw. „funkcjonowania rodzin dwujęzycznych”
w dwujęzycznym środowisku było … średnio inspirujące.

Po pierwsze nie spotkałam ani jednej rodziny, w której dziecko w wieku szkolnym, mając nawet oboje rodziców Polaków, rozmawiałoby z nimi po polsku. Uzyskanie od polonijnego dziecka polskiej wypowiedzi zakładało próby
i podchody, nawet przekupstwo. Rodziców ten stan rzeczy generalnie nie martwił, woleli chwalić się świetnymi wynikami dziecka w amerykańskiej szkole. Wiem, pewnie źle trafiłam. Ale tak trafiłam i takie było to doświadczenie.

Po drugie zaczęło do mnie docierać do mnie, że nasze własne „funkcjonowanie” w mieszanym gronie było dla mnie … uciążliwe! W jakimś stopniu zawsze czułam się głupio, a nawet nie fair, ucinając sobie lotne pogawędki w języku, którego mój mąż przez pierwsze lata naszego małżeństwa nie pojmował wcale. W czasie przyjęć, a choćby i tylko wypadów z polskimi znajomymi do restauracji, dobrowolnie i z wielkim oddaniem przyjmowałam więc na siebie rolę strażnika jego dobrego samopoczucia. Czy aby ma z kim rozmawiać? Czy rozumie,
o czym ta dyskusja? Czy już mu iść w sukurs, czy jeszcze trochę poczekać?
I czy naprawdę nie czuje się poirytowany, że nie znając języka, ani tym bardziej realiów kulturowo-obyczajowych przez ten język kodowanych, musi tu siedzieć już drugą godzinę i sprawiać tzw. „dobre wrażenie”? To prawda, miłość potrafi czynić cuda, ale i na cuda jest w małżeństwie jakiś limit. Prawdy na pewno dowiem się dopiero w domu.

Nigdy nie udało mi się tej „prawdy” od męża usłyszeć, mimo to wciąż trwałam czujna i w pełnej gotowości przekładać mu na poczekaniu najbardziej zawiły wywód o postawie Solidarności w czasie Okrągłego Stołu czy strategii terytorialnej Mieszka I. Nie zdawałam sobie wtedy z tego sprawy, dziś widzę to w pełnej odsłonie, że sposób, w jaki pojmowałam wtedy życie w wymiarze dwujęzycznym czyniło ze mnie, jako osoby posługującej się w naszej rodzinie obydwoma językami, swoistego sierżanta. Wystarczył dźwięk polskiego słowa,
a już zrywałam się mentalnie na baczność i czyniłam moją translatorską powinność, nawet, jeśli nurzałam w tym czasie pięty w białych piaskach rajskiej plaży przy relaksującym szumie palm nad głową (wakacje w Cancunie). Poczucie relaksu było mi wtedy tak dalekie jak zostawione o kilka godzin lotu samolotem ośnieżone wierzchołki Gór Skalistych.

Idiotyzm – nie waham się użyć tego słowa – sytuacji potęgował fakt, że w tym samym czasie mąż, choć doceniał moje wysiłki, czynił szczere próby by mnie w moich translatorskich zapędach hamować. Powtarzał, że jeśli czegoś nie rozumiał, nie wychwycił, wypadł z rozmowy, bo polskie towarzystwo w ferworze jakiejś wyjątkowo ciekawej dyskusji przeszło całkowicie na polski, nie stanowiło to dla niego żadnego problemu. Więcej – że sam sobie jest winien. Powinien się bardziej do polskiego przyłożyć, praca leży po jego stronie. Jeśli dzieli się życie z osobą z innego wymiaru językowego, trzeba się liczyć z faktem, że ten wymiar będzie już zawsze obecny i w twojej przestrzeni.

– Naprawdę, po prostu sobie tutaj posiedzisz, podczas gdy ja poplotkuję ze znajomymi? – pytałam nieustannie. Z niewyczerpywalnymi pokładami podejrzliwości i nieufności.

– Naprawdę – odpowiadał. – Idź. Ja sobie poradzę. Wziąłem mini słowniczek polskiego, widzisz? – wyciągał z kieszeni żółtą książeczkę – Spędzę czas pożytecznie, powtórzę nieregularne czasowniki!

Przyjemnie było słyszeć takie zapewnienia, tylko, że wciąż nie do końca w nie wierzyłam.

Może to zwykły przypadek losu, a może po prostu los wie, komu i w jakiej postaci się objawiać, by wyprostować to, co niepotrzebnie się skręciło? Czas oczekiwania na powiększenie rodziny był dla mnie okresem sporych wyzwań zdrowotnych. Choć dalej odwiedzali nas znajomi, a i my, w miarę możliwości, meldowaliśmy się na ich imprezach i spotkaniach towarzyskich, zarzuciłam moją translatorską czujność i językową obsługę niepolskiego męża, bo nie miałam na to siły, ani ochoty. Cóż, kobiety w ciąży robią się egoistyczne i skupione wyłącznie na sobie, takie ich prawo i błogosławiony wdzięk.

Jak przyjął to mój mąż? Twierdzi, że dobrze. Ja tego szczerze nie pamiętam, bo cała pierwsza ciąża i pierwsze miesiące po narodzeniu Starszej egzystują w mojej pamięci jako zlepek kilku podstawowych uczuć: strachu, radości, niecierpliwości, wielkiego zmęczenia.

Świetnie natomiast pamiętam wszystko, co zdarzyło się potem. Bo to, co się zdarzyło to był proces wykluwania się w naszym domu prawdziwej dwujęzyczności.

… gdy Mąż dalej powtarzał, że nie muszę mu wszystkiego tłumaczyć, mam do dziecka spokojnie mówić po polsku i absolutnie niczym się nie przejmować, a ja w końcu uwierzyłam, że nie mówi tak dlatego, by zrobić mi przyjemność, lecz ze szczerym przekonaniem. Bo życie w dwujęzycznej rodzinie nie jest i nie musi być językowo symetryczne. Języki nie muszą się w nim stale bilansować.

… gdy na pytania znajomych, szczególnie anglojęzycznych krewnych, o co chodzi z tymi językami, jak to tak, że można nie rozumieć, o czym mówi twoje własne dziecko, Mąż odpowiadał niestrudzenie: na tym polega dwujęzyczne wychowanie. I dodawał: gdybym żądał translacji każdego zdania w każdej sytuacji byłoby to nie tylko męczące i nienaturalne, ale ze szkodą dla rozwoju polskiego u naszej córki.

… gdy czasami było Mężowi trudno, przykro, gdy czuł się odstawiony na boczny tor domowej rozmowy, gdy dopadała go bezsilność, jeśli w sytuacji kryzysowej zaistniałej po polsku, nie mógł zareagować i pomóc natychmiast, bo nie wiedział o co chodzi.

… gdy do wieku przedszkolnego obie nasze córki chętniej i lepiej posługiwały się językiem polskim, a tzw. „ciotki dobre-rady” poszeptywały mu na ucho, bacząc zawsze bym tego nie słyszała, że co to, kurza stopa za porządki. U Jonesów czy Brownów też matka zagraniczna jest, a w domu mówią normalnie, po angielsku, przecież dzieci za chwilę pójdą do szkoły, jak sobie dadzą radę takie „niedociągnięte” w angielskim? I jak Mąż dzielnie puszczał te uwagi mimo ucha, a czytał za to sumiennie wszystkie materiały, jakie mu o dwujęzyczności i multilingwialnych rodzinach wpadały w ręce, douczając niekiedy i mnie samą.

… gdy usiłując w pewnym momencie mówić do Starszej po polsku (miała około 3 lat) usłyszał od niej, że „nie ma prawa”. Prawo do polskiego miałam w mniemaniu córki tylko ja. Był to przełomowy moment i dla córki, i dla nas. Dziecko zdało sobie sprawę ze swojej dwujęzyczności i zasygnalizowało nam, w jaki sposób ta dwujęzyczność funkcjonuje w jej świecie, my dostaliśmy namacalny dowód na to, że przyporządkowywanie rodziców poszczególnym językom to proces naturalny, wszystko jest jak być powinno i dla dobra samego dziecka lepiej tego nie burzyć i nie zmieniać.

… gdy rozumiejąc jak wielkie znaczenie mają dla dzieci i dla mnie wakacyjne podróże do Polski co roku na lotnisku dyskretnie wycierał w rękaw twarz. Przystał na to, że wakacje w dwujęzycznej rodzinie to nieustanne kompromisy.

… gdy po latach, bez podręczników i kursów, Mąż siłą rzeczy na tyle wyrobił sobie do polskiego ucho, że wszyscy ze wszystkimi świetnie się dzisiaj rozumiemy i dogadujemy, w obu językach.

Dwujęzyczność naszych córek to kumulatywny efekt naszej wspólnej pracy. Byłam i pozostaję najważniejszym nauczycielem polskiego naszych dzieci, ale sukces nie byłby możliwy bez ich wspaniałego, niepolskiego ojca, bez jego wsparcia, zrozumienia, pomocy i zaangażowania w cały ten proces. Dwujęzyczność naszych córek nie wydarzyłaby się bez zaufania, jakim obdarzył i mnie, i cały kraj, o którym ledwie kilkanaście lat wcześniej nie wiedział prawie nic.

Z okazji zbliżającego się Dnia Ojca po tej stronie Atlantyku chciałabym podziękować Mojemu Mężowi i wszystkim Zagranicznym Ojcom Polonijnym na całym świecie za to, iż wychowują wraz z nami polonijne dzieci. Nawet, jeśli nie mają polskiego obywatelstwa, i tak są honorowymi obywatelami Polski.

Czy ty, Polsko, wiedziałaś, że masz i takich synów?

Eliza Sarnacka-Mahoney

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *