DPS
No Comments

Z podróży po Indiach, czyli Sai ram Indie Cz. III. – W drodze

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Dni płynęły znowu powoli i spokojnie. Przyzwyczaiłam się do rytmu życia odmierzanego nasileniem słońca. Każdego poranka piłam kawę i jadłam soczyste owoce przyniesione z targu.

Porę sjesty łatwo było rozpoznać po opadniętych do połowy kratach w sklepach. Początkowo dziwiłam się temu zwyczajowi, szczególnie gdy ciekawa co jest po drugiej stronie kucałam i moim oczom ukazywała się śpiąca bezpośrednio na podłodze postać. Jednak koło południa, konsekwentnie palona żarem rozgrzanego betonu, poruszając się wśród gęstego powietrza – leniwie, niczym stara oliwa – doszłam do wniosku, że takie zachowanie ma sens. Wycofane życie, ukryte w zakamarkach swoich biznesów, pomagało przetrwać najgorsze nasilenie słońca.

Po trzech tygodniach odczułam przemożną potrzebę zmiany. Był to czas, kiedy w Puttaparthi rozpoznawałam już niemal każdego przechodnia.
Indie nie kończą się na stanie Andra Pradesz – pomyślałam – i z zamkniętymi oczami wodziłam palcem po mapie.
Wybrałam…

…Mysore – leży sto trzydzieści pięć kilometrów od Bangalore, w stanie Karnataka. Miejsce to znane jest ze swych niewiarygodnych pałaców, zwłaszcza pałacu maharadży Maisuru oraz licznych świątyń.

Już następnego dnia znalazłam biuro podróży i kupiłam bilet do przygody, którą zamierzałam odbyć w klimatyzowanym autobusie o obiecującej nazwie; Wolwo. Co więcej doszłam do wniosku, że skoro decyduję się na wyjazd, to pojadę też do Amritapuri, a stamtąd do Vivekanandy, na Kanyakumari (na sam koniuszek Indii): do miejsca w którym Vicekananda doznał olśnienia / czy jak kto woli oświecenia.

Kupiłam bilet łączony. Trzy noce w Mysorze, tydzień w ashramie u Ammy a stamtąd prosto na Kanyakumari. Plan był dobry, prosty i bezpieczny.

Obudziło mnie palące gorąco. Całe ciało piekło mnie jakbym miała oparzenie słoneczne. Tego dnia wyjątkowa duchota wisiała w powietrzu zapowiadając monsun, który mimo wszystko i na szczęście się opóźniał.

Zjadłam śniadanie i powoli zaczęłam się zbierać. Co prawda miałam jeszcze dwie godziny do planowego przyjazdu Wolwo, ale na wszelki wypadek wolałam czekać na autobus na stacji, niż żyć nadziejami, że on w razie czego poczekałby na mnie.

DSC04080

Dworzec był paskudny, to znaczy wcale nie obskurny, czy zniszczony, raczej już bardzo dawno nie sprzątany. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Hindusi nie odczuwają potrzeby życia w sterylnych pomieszczeniach i nie do końca rozumiałam jak można nie zauważyć, na przykład, krowiej kupy na środku drogi, jednak po Waranasi, Puttaparthi uznałam za jedno z najczystszych miejsc, jakie w Indiach zwiedziłam (to już jest osobna historia).

Patrząc na autobusy – szare, wypchane po brzegi ludźmi, odliczałam minuty do przyjazdu mojego i trzymałam kciuki, aby okazał się lepszym, od tych, które parkowały na poszczególnych peronach.

Przyjechał o czasie. Był niebieski, bardzo porządny to znaczy typowo europejski, odróżniający się od pozostałych staroci.

Pamiętam, że zbliżając się już do Mysore obawiałam się, że znów wjeżdżam do małej miejscowości pełnej ludzkiej nędzy. Pejzaż przedmieścia przypominał smutny obraz skrajnego ubóstwa a nie bajkowych pałaców, na które z utęsknieniem czekałam. Z ambiwalentnymi uczuciami przyglądałam się domom wykonanym najczęściej z bambusowych liści i gliny albo jeszcze prostszej konstrukcji: czterech kijach wbitych w ziemię nakrytych plastikową ceratą. Na szczęście im bliżej centrum, tym widok stawał się coraz bardziej subtelny, spokojny i wdzięczny.

Udało się, w końcu wjechaliśmy do cywilizacji…

DSC04098

DSC04112

Z większa grupą podróżnych wysiadłam na końcowej stacji, chyba głównej. Otaczało nas wiele peronów, na których co parę chwil zatrzymywał się kolejny autobus. Patrzyłam na życie, każdy coś dźwigał, gdzieś się spieszył z kimś rozmawiał. Kurz i cuchnący dym starych rur nie przeszkadzał nikomu, nie było gdzie się przed nim schronić. Tuż przy dworcu usytuowane było wielkie rondo, na którym auta trąbiąc głośno wymijały się pospiesznie. Niedaleko, przy zakorkowanej ulicy, kobiety handlowały owocami i warzywami, a sprzedany towar zawijały klientom w codzienną gazetę. Otumaniona spalinami, z walizą w ręce stałam, zapewne z głupią, zagubioną miną, bowiem nagle ktoś mnie zaczepił.

– Madam, madam riksza?
– Za ile do najbliższego hotelu? – zapytałam czujnie.
Bardziej ciemny od tych z którymi do tej pory miałam kontakt Hindus ze zdziwieniem podrapał się po głowie. Zastanawiał się pewnie na ile dam się naciągnąć.
– 50 rupi Madam. Dobra cena, specjalnie dla przyjaciół z zachodu Madam.
– Zatem 30 rupii i jedziemy.
– 45 Madam!
– 30 rupii, a jak nie to idę do hotelu na nogach.
– Za daleko Madam, z walizą niewygodnie będzie, a ja pod same schody podwiozę.

DSC04127

Nie chciało mi się brać udziału w spektaklu, w którym nie z własnej winy stałam się głównym aktorem, więc chwyciłam walizkę i nerwowo zaczęłam się wycofywać.
– Dobrze, 30 rupi niech będzie Madam!

Dojechaliśmy do celu po paru minutach. Ponieważ standard miejsca przypominał średniej klasy polski hotel zdecydowałam się „zaszaleć” i za 300 rupii za noc, wypocząć. Oczywiście cenę musiałam długo negocjować, ale ostatecznie stanęło na tej kwocie. W jednym z pobliskich jadłodajni na kolację zamówiłam pokrojony w kostkę paneer cheese zanurzony w mało wyrazistym kremie ze szpinaku z wielką chrupiącą dosą.

Tej nocy spałam jak niemowlak.

Mysore pomimo ciągłego, namolnego nalegania rikszarzy o to aby skorzystać z ich usług, zwiedziłam piechotą. Pragnęłam poznać klimat miasta, wejść w środowisko lokalne i dotknąć realnego tubylczego życia.

Z wiadomości zaczerpniętych z przewodnika, wiedziałam, że nieopodal w południowo wschodniej części miasta wznosi się wzgórze Camundi z pięknym widokiem na miasto i okolice, poza tym praktycznie na każdym kroku byłam przymuszana przez taksówkarzy i rikszarzy, aby udać się z nimi właśnie w to niezwykłe miejsce. Ostatecznie wybrałam chodzenie z mapą w ręce po mieście i częste gubienie się w zakamarkach targowych ulic. Najczęściej mijałam stare budynki, niestety pozostawione na działanie bezdusznego czasu. Smutne szkielety strasząc przechodniów przypominały lata świetności dawnej stolicy indyjskiego bogatego księstwa. Apartamenty usytuowane bliżej centrum, w połączeniu z biedakami koczującymi na chodniku i załatwiającymi swoje potrzeby gdzie popadnie, wywoływały ekstremalne wrażenia nieporównywalne z dotychczasowymi atrakcjami. Czułam wtedy, że wkroczyłam w inny wymiar, do którego faktycznie pasuje krowa wpatrująca się w swoje odbicie w lustrze w salonie jubilerskim, pies wylizujący resztki kokosa i koza z radością wyjadająca skórki po bananach na ruchliwej ulicy.

Przestały mnie już też intrygować lungi, czyli spódnica męska w której namiętnie chodzili w Indiach mężczyźni, choć początkowo to ona wywoływała we mnie najwięcej emocji. Zrozumiałam bowiem, że miękka bawełna nie krępuje ruchów i umożliwia wietrzenie zmęczonych upałem wysuszonych ciał. Podczas dokuczliwych upałów mężczyźni często chwytali dolną część spódnicy, zgrabnie podnosili ją do góry i wsuwając za pas tworzyli strój do kolan.

DSC04095

DSC04100

Spacerując pomiędzy ciasnymi uliczkami, zaopatrzona w pyszne słodkie ciasteczka, dotarłam między innymi do miejskiego targowiska. Poznałam na nim młodzieńców, którzy prowadzili rodzinny biznes olejków zapachowych i ręcznie robionych kadzideł. Doświadczyłam przyjemności formowania kadzidła z miodu i sama nie wiem czego jeszcze, które zresztą po wypiciu wspólnego Czaja (herbaty z mlekiem)z chłopakami, kupiłam.

Kolejnego dnia dałam w końcu zarobić taksówkarzowi, który zawiózł mnie do pałacu Maharadży. Nie spodziewałam się, że wywrze on na mnie, aż tak duże wrażenie. Budowla w stylu mongolskim, indyjskim i europejskim przeniosła mnie bowiem do baśni z tysiąca i jednej nocy. Urocze kopuły, łuki, wieżyczki, ozdobne marmurowe balustrady, pięknie rzeźbione drzwi z drzewa sandałowego, kryształowe lustra wiszące po obu stronach korytarza w których odbijała się nieskończoność, piękne żyrandole, witraże, płaskorzeźby. Przepych na każdej ścianie, w każdym zakamarku pałacu przypominał, że jestem w miejscu niezwykłym, wyjątkowym. Dodatkowo majestatyczne postaci na portretach rodzinnych nie spuszczały z turystów oczu, gdy przechodzili miedzy ich komnatami, jakby w obawie, że mogliby coś zarysować czy coś przestawić. Byłam zachwycona…

Najmniej przyjemny z całego pobytu w pałacu był cennik przed wejściem na jego teren. Tubylcy za wstęp płacili dwadzieścia INR a pozostali (biali) dwieście INR. Cóż w Indiach panują proste, surowe zasady- płaci się tu za kolor skóry nie za cenę towaru i trzeba się z tym pogodzić.

… cdn.



Tekst i zdjęcia: Jagoda Sobczyńska-Pruszko

Jagoda Sobczyńska-Pruszko

Jagoda Sobczyńska-Pruszko

Jagoda Sobczyńska-Pruszko (pseudonim artystyczny Mar Zella) – podróżniczka i dziennikarka prasowa, autorka „Hiszpańskiego pogrzebu” w którym pokazuje podróż do słonecznej Hiszpanii, miłość i konflikt wewnętrzny powstały poprzez zestawienie przeszłości z teraźniejszością. Jej życiowe motto: „Nigdy nie pozwalaj sobie na smutek lub przygnębienie. Depresja jest zła, ponieważ zaraża innych i sprawia, że ich życie staje się jeszcze trudniejsze, a nie masz żadnego prawa tego czynić. Dlatego jeżeli kiedykolwiek poczujesz się przygnębiony, postaraj się to zwalczyć”. Swoje podróże i obserwacje opisuje na autorskim blogu www.marzella.pl

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *