DPS
No Comments

Kykuit

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Odcinek 294

Drobne listki akacji wirują na wietrze. Złote konfetti spada pod nogi. Mały Japończyk z wielkim aparatem zrywa się do walki. O unieruchomienie czasu. Złapanie chwili w klatkę pikseli. Kieruje w niebo czarną, długą lufę. Namierza piękno. Zanim zgaśnie. Terkocze migawka. Karabin maszynowy. Do zabijania wspomnień. Bo potem pamięta się tylko to, co na zdjęciach. A zapomina wszystko inne. Smak. Zapach. Wytłoczone w materii czasu emocje.

01

02

*

Stoimy przed posiadłością Rockefellerów. Pani przewodnik ma na imię Conny, dużą nadwagę i usta układające się w serduszko. Mówi powoli i wyraźnie. Ale tylko kilka osób w grupie reaguje na jej żarty. Reszta albo nie mówi po angielsku, albo nie słucha. Ja też mam problem z koncentracją. Rozglądam się. Wiercę. Chciałabym już iść dalej. Zwiedzać na własną rękę i oczy. Życie i praca potentata olejowego nie frapuje mnie tak bardzo, jak płonące jesienią ogrody, z których niczym kwiaty wyrastają przepiękne rzeźby i rozciąga się zjawiskowy widok na rzekę.

Odłączam się przy pierwszej sposobności. Bo źle mi w tłumie. Nie lubię wytyczonych tras. I anegdot powtarzanych tym samym, znudzonym głosem zblazowanego pilota wycieczek. Jak ta o puszce zupy Campbell, którą Rockeffeler Junior podparł źle osadzony telewizor, co miało dowodzić jego normalności i człowieczeństwa. O zainteresowaniach bogaczy i ich bujnym, wypełnionym filantropią życiu wolę poczytać w przewodniku. A na miejscu chcę poczuć atmosferę. Rozsiąść się. Umościć. W złotym, pachnącym wczesną jesienią popołudniu i niebieskościach prześwitujących zza konarów wielkich, starych drzew. Przejrzeć w oknach, przez które kontemplowano pejzaż doliny. Przysiąść na kamiennej ławie, pochylić nad bladą, kruchą różą, zanurzyć palce w źródełku. Nie lubię być poganiana. Przeganiana z miejsca na miejsce. Pędzona głównym traktem. Wolę boczne uliczki. Zaułki. Obcowanie z dziełem człowieka albo przyrody we własnym, nie narzuconym rytmie. K. żartuje, że jestem niesubordynowana.

Para emerytów z Nowego Jorku zwraca mi uwagę, kiedy robię zdjęcie w hallu (bez lampy) bo przecież przewodnik mówił, że nie wolno. Wyjaśniam grzecznie, że fotografuję park (za szybą) a kute drzwi stanowią tylko ornament. Jednak po minach widzę, że moje nieposłuszeństwo budzi dezaprobatę zarówno w rumianych Amerykankach jak i karnych, grzecznych Azjatach, którzy aparaty pochowali głęboko w kieszeniach kurtek. Próbuję, ale trudno się powstrzymać. Przed nęcącą obietnicą złowienia idealnego kadru. Światła wpadającego przez okno. Odbicia w lustrze. Nie interesują mnie bibeloty. Dzieła sztuki. Detale wnętrza. Szukam nastroju. Jakiejś prawdy. O miejscu i ludziach, którzy przed stu laty spędzali tu podobnie słoneczne, jesienne popołudnia. Robię ukradkiem kilka nielegalnych zdjęć i nie czuję wyrzutów sumienia. Raczej przyjemne ożywienie, które zwykle towarzyszy łamaniu zakazów. Fotograficzna rebelia. Jedyne ryzyko, na które mnie jeszcze stać.

03

04

*

Wyrywam do przodu zniewolona napierającym z każdej strony pejzażem. Niespokojna, łapczywie rejestruję widoki trzecim, mechanicznym okiem. A potem odkładam aparat i chłonę. Niskie, ciepłe słońce. Buchające kolorami drzewa. Wrzask dzikich gęsi wzbijających się do lotu. Szaro-niebieskie wody spokojnej, rozległej rzeki otoczonej niewielkimi wzniesieniami. Przestrzeń zasysa. Odurza. Złote promienie kapią do oczu jak miód. Stare, majestatyczne platany szumią opowieść o czasach amerykańskiej prosperity. Mam wrażenie, że od strony Domu Zabaw nadejdzie zaraz Leoardo DiCaprio w dwurzędowym garniturze i głosem Wielkiego Gatsby wygłosi słynne Hey, Old Sport.

Podekscytowana schodzę po kamiennych schodach w dół ogrodu z nadzieją, że za linią drzew objawi mi się kolejny, niecodzienny widok. Jednak na mojej drodze staje pan z plakietką i każe wrócić do grupy. No pasaran. Rozumiem, że każda samowolka burzy rytm wyznaczany przez kursujące co dwie godziny autobusy pełne głodnych doznań turystów ale jednocześnie buntuję się na myśl, że nie będzie mi dane nasycić oczu wszystkimi możliwymi widokami, nażłopać pejzażem do nieprzytomności, do cna.

05
*

Wracam zmęczona. Ululana jesienią. Od nadmiaru powietrza puchnie czoło. Pociąg kiwa się na boki. W oknie pocztówka: zachód słońca nad rzeką Hudson. W rękach kolorowy folder. Welcome to Sleepy Hollow. Zostawiamy za sobą krainę Jeźdźca Bez Głowy i Kykuit*, który od teraz już zawsze będziemy nazywać Kikutem.

* Kykuit (z holenderskiego: widok) nazwa posiadłości w Westchester należąca niegdyś do rodziny Rockefellerów (www.hudsonvalley.org/historic-sites/kykuit)

Tekst i fotografie: Weronika Kwiatkowska

Napisz do autorki: podwojne_zycie_weroniki@yahoo.com

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *