DPS
No Comments

Pożegnanie zieleni w Vermont

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

1-6

Pięć tygodni temu grzało się tu lato, dziś Zielone Góry w stanie Vermont są już w późnojesiennym nastroju. Kolorami przypominają październikowe Bieszczady.

Droga faluje i zwija się w coraz mocniejsze serpentyny, a w dodatku jest coraz węższa i coraz ciaśniej opasują ją wysokie skały. Klif ma ponad tysiąc stóp. Skalne bloki wyskakują zza zakrętu tuż po zjeździe ze stromego wzgórza, wrzucone na drogę lekką ręką olbrzyma. Dwie terenówki czy vany obok siebie na pewno się tu nie zmieszczą – ale to nie znaczy, że nie próbują! Skutkuje to porządnym skokiem adrenaliny, a w deszczu i po zmroku można przeżyć mały horror. Otóż to, Smugglers’ Notch. Przemytnicy przeciskali się pomiędzy skałami i znali przejścia między jaskiniami. Kiedyś było tu tylko przejście piesze i dla koni. Zimą droga jest zamknięta. Ciekawe, jak narciarze przedostają się do Stowe Mountain Lodge?

20

18.1

Embargo prezydenta Jeffersona na handel z Wielką Brytanią i Kanadą w 1807 r. oznaczało dla mieszkanców północnej części stanu ciężkie czasy. Montreal był bliżej niż jakikolwiek amerykański rynek, rozpoczął się więc nielegalny proceder. Bydło i inne dobra przeprowadzano przez przesmyk nazwany z tego tytułu Smugglers’ Notch. Później przesmyk stał się drogą ucieczki do Kanady dla niewolników, a w czasach prohibicji szmuglowano tędy alkohol. Nielegalny rozdział już skończony, ale emocje wciąż są obecne – tyle że dziś dostarcza ich wyłącznie natura.

26

5-4

Co prawda Trip Advisor wymienia tu tylko takie rozrywki, jak „jazda samochodem i oglądanie listowia”, a lokalni mieszkańcy stanu napotkani przy Tourist Center z pełną powagą uznają, że jeśli coś w okolicach Stowe trzeba zrobić, to pojechać na lody do Ben and Jerry’s Ice Cream Factory, ale mam wrażenie, że oferty te nie wyczerpują możliwości ani lasów Green Mountains, ani malowniczych terenów Parku Stanowego Smugglers’ Notch. Okolice nadają się doskonale do „hiking, biking, camping” i wielu rymujących się z nimi jesiennych aktywności, a Stowe wygląda jak pocztówka (w Mountain Lodge – z Alp). Mokre doliny usiane polnymi kwiatami pachną swojsko. Czerwone stodoły, znak firmowy okolic, mocnymi plamami znaczą pochmurny krajobraz Zielonych Gór. Jeśli tylko pominąć nieustającą ulewę, jest tu przepięknie. W deszczu jednak, jak się zdaje, pewne miejsca nabierają głębi.

13-1.1

7.1

A wielkie puste pole golfowe otoczone górskimi szczytami to również widok bezcenny.

W katalogu lokalnych restauracji i jadłodajni odkrywamy piekarnię The Bagel, w której, jak może niektórzy już się domyślili, sprzedają głównie popularne bagels. Czyli: pączek z dziurką – donut; duża bułka z dziurką – bagel. Bajgiel? Obwarzanek? Precel? Blisko. Ciasto na ten przysmak tradycyjnie jest gotowane, a potem dopiero pieczone i tak to się robi w Stowe. W każdym razie ceny w The Bagel w odróżnieniu od innych miejsc w Stowe mieszczą się w granicach rozsądku, a do bagel można wrzucić prawie wszystko, łącznie z łososiem w białym serku kremowym (całość pod ekscytującą nazwą The New Yorker), a do tego pieczony ziemniak i już mamy śniadanio-luncho-kolację. „Wnętrze: po amerykańsku – wspaniałe, po europejsku – okropne, ale podoba mi się, bo jestem w Ameryce” – jak pisze w swoich „Podróżach z filozofią w tle” Michał Heller.

16-1

2-4

Ksiądz profesor Heller, filozof przyrody, fizyk, astronom, matematyk, zajmujący się grawitacją i kosmologią relatywistyczną twórca Krakowskiej Grupy Kosmologicznej, odwiedzał Stany Zjednoczone ze znacznie bardziej uzasadnionych niż miłość czy turyzm powodów, m.in. ze względu na to, że był zagranicznym stypendystą oraz z uwagi na naukowe zjazdy, seminaria i odczyty (na przykład o czasie w kosmologii). W Vermont nie był (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), ale jego książka towarzyszy mi ostatnio w podróżach i wszystkim ją bardzo polecam. Zapiski profesora nadają się nie tylko na lekturę do pociągu, samolotu, autobusu czy do metra, ale i na każde deszczowe jesienne popołudnie. Trudno powiedzieć, czy rozważania o redukcji funkcji falowej w momencie powstawania Wszechświata (rzecz sporna, bo czy na początku Wszechświata istniał jakikolwiek obserwator?…) są tłem dla wizyty księdza kosmologa w Arizonie, czy na odwrót, ale lokalne bagles – wykonując ten karkołomny skok w czasie, przestrzeni i rejestrach kulturowych – jeśli nie są pyszne, to przynajmniej wydały nam się sycące.

15

11.1

Z tych kosmicznych wysokości zeszliśmy tak nisko, że teraz można się tylko wspinać. Pomysł zdobycia Mount Mansfield w ciągu pięciu godzin, które pozostały nam do odjazdu, uznaję za romantyczny i realistyczny zarazem. Wciąż jest zbyt pochmurno na wyciąg, ale przecież damy radę. Przekonując się o tym nawzajem za jakiś czas już na każdym kroku po skałach, wymieniamy po dwa słowa z innymi napotkanymi amatorami przygód we mgle na Long Trail. Na szczycie ponoć bardzo zimno i wszystko zasłaniają chmury, więc co drugi radzi nam się zastanowić.

Po zjedzeniu ostatniej z czterech kostek czekolady stanowiących nasz prowiant, bujając wśród rzadkich chmur na ławeczce nad przepaścią, postanawiamy zawrócić spod szczytu, bo i tak już niewiele widać, a spacer w chmurach, choć brzmi romantycznie, niekoniecznie jest bezpieczny. Wtedy na horyzoncie pojawia się tajemniczy młody turysta w indiańskiej przepasce i farmerskiej koszuli w kratę. Jakby właśnie skończył rąbać drwa. „Wreszcie ślady jakiejś cywilizacji!” wykrzykuje na nasz widok w manierze, która kojarzy mi się z moim wyobrażeniem o bitnikach. Może i tak, ale jakiej cywilizacji konkretnie? Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że jest boso, na brudnych i podrapanych stopach, i jako że nie ma żadnego tobołka czy plecaka, najwidoczniej taką właśnie niekonwencjonalną wspinaczkę uprawia. We mgle i zmęczeniu wyglada na kogoś, z kim lepiej nie wdawać się w przygodny hiking.

2-4

10.1

Bardzo szybko ruszamy więc w powrotną drogę. Starszy pan, z wyglądu 80-letni maratończyk, wyprzedza nas po krótkiej pogawędce, z której dowiadujemy się, że on właśnie od rana idzie Long Trail od drugiej strony, wspiął się na szczyt Mansfield, a teraz schodzi. Zdaje się, że dodał nam animuszu. Po ponad dwóch godzinach intensywnego marszu w dół jesteśmy przy samochodzie. Na parkingu znajomy bosy bitnik pozdrawia nas ponownie i wskakuje do załadowanej gratami terenówki. Co on tutaj robi?… Jak udało mu się nas wyprzedzić?… Przecież stamtąd jest tylko jedno zejście i nie minął nas po drodze?…

Pierwsze szlaki na Mount Mansfield pojawiły się wraz z przybyciem do Vermont alpejskich narciarzy. Civilian Conservation Corps utworzyły je w 1933 roku. W sezonie przybywają tu tłumy – na stokach Mount Mansfield i Spruce Peak szaleją już nie tylko snobistyczni narciarze z Nowego Jorku, Bostonu i Filadelfii, ale z całych Stanów.

Okolica – jak każda – ma swoje legendy. Już po powrocie do domu odkrywam jedną z Stowe. Miasteczko – w latach 50. i 60. jeszcze nieoszlifowany diament, nieogłoszony „narciarską stolicą Wschodu” – zamieszkiwało wielu ciekawych dziwaków, z których najbardziej znany był właściciel ekscentrycznego pieca, zamontowanego na samochodzie („The Smokey Stove”), z którego sprzedawał różne dobra jako uliczny handlarz, długonogi Henry Cornwall Hastings. Dużo mniej znaczącą, choć podobno również niezapomnianą postacią z tamtego okresu był Roger Elkins, właściciel baru Ladies Invited. Zanim został lokalnym biznesmenem, mieszkał w tipi i – uwaga – chodził boso, czy to po miasteczku, czy po górach, przez okrągły rok… hm, to wygląda już na zupełnie inną historię. O duchach w Vermont 


Tekst i zdjęcia: Lidia Gruse

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *