DPS

Polskie serce w rozterce

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Fot. Robert Skupiński

Dominika Krysa. Fot. Robert Skupiński

Śmiać mi się chce, kiedy słyszę, że emigracja dla dzieci nie jest traumą. Dla mnie w każdym razie była.

Mimo że stanowiliśmy szczęśliwą rodzinę, a rodzice od początku mieli pracę. Mimo że nie zostawiłam w Polsce bliskich przyjaciółek, bo byłam za mała na przyjaźnie.

Oto wspomnienia Dominiki Krysy.

Kiedy przyjechałam z rodzicami do Austrii, miałam osiem lat i nie znałam ani słowa po niemiecku. Była wiosna i właściwie rok szkolny się kończył. Ale do szkoły poszłam. Moja pierwsza nauczycielka, mimo że sama była Włoszką, nie lubiła cudzoziemców i nawet otwarcie to mówiła. Nie pokwapiła się, żeby mi jakkolwiek pomóc, raczej od początku odstawiła mnie na boczny tor. Prowadziła lekcję dla innych dzieci, a mnie kładła na przykład jabłko na pulpicie i mówiła: pisz teraz przez godziny: das ist ein Apfel. Rodzice nie mówili po niemiecku, na wywiadówki chodzili z tłumaczem, pomóc mi w lekcjach też nie mogli. Pierwszą klasę musiałam powtarzać, że niby wtedy się lepiej języka nauczę. A prawda była taka, że ta nauczycielka chciała się mnie pozbyć.

Zamilkłam na pół roku

Jesienią przestałam w ogóle mówić. Nie mówiłam ani po polsku, ani po niemiecku. Dziś myślę, że szok, jakim dla mnie była emigracja, nie pojawił się u mnie nagle, tylko raczej codzienne przeżycia tak się nawarstwiały i coraz bardziej mnie kneblowały. Buzia zamknęła mi się na pół roku po następującym zajściu: niedaleko naszego domu był mały sklepik, do którego mama wysyłała mnie i siostrę po zakupy. Ponieważ wtedy jeszcze ledwo co mówiłyśmy po niemiecku, więc rodzice nam przykazali, że jeśli ktoś nas zagadnie na ulicy, to mamy powiedzieć : Tschuldigung, nichts versteh’n. Dziś widzę, że to był trochę niefortunny pomysł, ale rodzice myśleli, że w ten sposób uchronią nas od nagabywania przez obcych. Szłyśmy więc z siostrą, aż tu nagle jakaś starsza babcia nas zaczepiła, coś zaczęła do nas mówić, pewnie spytała, gdzież to idą takie dwie małe, słodkie dziewczynki, ale myśmy oczywiście nic nie rozumiały i zareagowały tak jak rodzice kazali, czyli wyuczoną frazą. Wtedy ta początkowo miła babcia zmieniła się na twarzy i zaczęła bluzgać i wyzywać. Z tonu jej głosu, z grymasu, można było wyczytać agresję i niechęć wobec nas. I wtedy właśnie zamilkłam na pół roku. Usta otworzyłam dopiero wtedy, kiedy uznałam, że mogę się wysłowić.

Słownik na dobranoc

Zaczęłam spać ze słownikiem pod poduszką. Co wieczór przed snem uczyłam się sama. Cóż miałam robić? W szkole nikt mi nie chciał pomóc, a rodzice nie mogli, bo sami nie umieli. Otwierałam więc sobie słownik na chybił trafił i czytałam, co mi akurat wypadło, albo jakie słówko mi się spodobało i zapamiętywałam. Stopniowo nabrałam pewności siebie, czułam, że nawet kiedy się zdenerwuję, to nie powiem źle, nieskładnie, tak że ktoś mnie z tego powodu mógłby zaatakować, że ktoś mnie zdemaskuje jako cudzoziemkę. Bo dla mniej było prościej wcale się nie odzywać, niż narazić się na złe traktowanie. Do dziś pamiętam twarz i głos tej starej kobiety, która na nas krzyczała.

Język polski na drugim planie

Potem zrobiło się łatwiej. Wtopiłam się jakoś w klasę. W tamtych czasach na prowincji dolnoaustriackiej prawie nie było cudzoziemskich dzieci w szkole, a jeśli były, to głównie Turcy i Jugosłowianie. Ich problemy integracyjne nie miały z moimi, polskimi, wiele wspólnego. Zazdrościłam im dodatkowych zajęć w ich ojczystym języku i odrębnych lekcji religii. Razem z austriackimi dziećmi zazdrościłam im też wolnych dni w ich święta. Z czasem zaczęło nam z siostrą być wstyd przed koleżankami mówić po polsku. W dodatku nasi rodzice, którzy nigdy nie ukończyli żadnego kursu i niemieckiego nauczyli się po prostu w praktyce, w codziennym życiu nalegali, żeby mówić po niemiecku, bo chcieli w domu dalej szlifować język, który był im potrzebny w pracy. I tak mówiliśmy coraz rzadziej po polsku, a moja polszczyzna zatrzymała się na poziomie ośmioletniego dziecka. Stopniowo zapominałam różne słowa. Na przykład nie wiedziałam, co to jest rodzeństwo, i usłyszawszy od kogoś, że nie ma rodzeństwa, pytałam dalej, czy ma brata albo siostrę.

Polska jest we mnie

Przychodzi czas, że zaczynasz interesować się płcią przeciwną. Poznajesz chłopaków i wtedy widać, jak bardzo różnimy się od Austriaków: w podejściu do życia, w zachowaniach, w reakcjach. Nie mogłam się w tym odnaleźć. Mimo to mój pierwszy mąż był Austriakiem. Streszczę ten ledwie dwuletni związek jednym słowem: tragedia. Do Polski w ogóle nie chciał jeździć, uczyć się polskiego też nie. Cały czas musiałam wszystko tłumaczyć: i w dosłownym, i w przenośnym sensie. Bo raz byłam tłumaczką, gdy ktoś przyjechał do nas, a mówił tylko po polsku, a dwa – on po prostu na co dzień nie rozumiał mojego polskiego sposobu rozumowania i odczuwania. Ileż razy słyszałam: ty tego nie rozumiesz, bo ty jesteś Polką. Jest tyle dobrych polskich piosenek, takich z fajnym sensem. Zawsze ich chętnie słuchałam, ale nie mogłam się z moim austriackim mężem podzielić odczuciami, zapytać: Podobała ci się ta piosenka? Fajny tekst, nie? Bo najpierw musiałabym przetłumaczyć. A najgorzej cierpiałam w święta u teściów: sznycel z ryżem i gotowe! Austriacy w ogóle nie umieją świętować. Tu nie ma odpowiedniej atmosfery. Dlatego na święta trzeba pojechać do Polski. Do karpia w wannie, do lepienia uszek i barszczyku, do domowych sałatek. No i na polską pasterkę. Dla mnie to chyba nawet ważniejsze niż sylwester. W ogóle uwielbiam jeździć do Polski. Już jak widzę pierwsze polskie szyldy na autostradzie, a w radio słyszę polskich spikerów, to od razu mi się robi lepiej. Oddycham pełną piersią. W drugim związku jestem z Polakiem. I teraz jestem szczęśliwa.

Polski sklep w Tulln

W Austrii skończyłam Fachschule für Wirtschaftliche Berufe i zaraz po ukończeniu szkoły znalazłam pracę w dużej firmie ubezpieczeniowej. Tam pracowali też Słowacy, Czesi i Chorwaci. Już wtedy nosiłam się z pomysłem na polski sklep. Byłam raz czy drugi w chorwackim klubie w Tulln z kolegami i koleżankami z pracy i już wtedy sobie myślałam: dlaczego Chorwaci mają swoje miejsce, a my nie? Marzył mi się taki sklep nie tylko jako punkt, gdzie można kupić polskie jedzenie, ale też jako miejsce spotkań, gdzie można porozmawiać, skrzyknąć się z innymi. Choćby w sprawie lekcji polskiego dla dzieci, bo tu, w Tulln, była wtedy taka możliwość, ale warunkiem było utworzenie grupy minimum dwanaściorga dzieciaków. Walczyłam o to, żeby moja córka chodziła na lekcje polskiego. Wtedy, przed laty, mój sklep nie wypalił, bo nie znalazłam odpowiedniego lokalu. Ale po latach, już po urodzeniu mojego synka, wróciłam do tego pomysłu. Tym razem znalazłam lokal szybko i to w świetnym punkcie: przy samym rynku w Tulln. Prowadziłam ten sklep cztery lata, interes bardzo dobrze się rozwijał, ale zrezygnowałam ze względu na dzieci, które popołudniami albo były same, albo goniły po sklepie. Co to za życie rodzinne? Bo po zamknięciu sklepu trzeba było jeszcze posprzątać, nowy towar przywieźć, poukładać, prowadzić księgowość.

Osoba „pomiędzy”

Czy miałam żal do rodziców? Miałam i mam do dzisiaj. Gdziekolwiek jestem – nie jestem u siebie. Tu wystarczy, że pokażę dokumenty, austriackie wprawdzie, ale z polskim miejscem urodzenia, i już czuję, że jestem odbierana jako obca. W Polsce z kolei robię błędy językowe i właściwie nie znam nikogo poza rodziną. Z początku, gdy jechaliśmy do Polski na austriackich rejestracjach, to zdarzało się, że nam chuligani dewastowali samochód, krzycząc: uciekajcie do siebie, wynoście się stąd! Przyjeżdżaliśmy do Polski, czyli przecież do domu, a byliśmy traktowani jako obcy. Polak, jak popatrzy na mnie, to mi powie: nie jesteś Polką, bo nie wychowałaś się wśród nas, nie chodziłaś do polskiej szkoły, nie masz tych doświadczeń, co my. Nie wiesz, co to znaczy żyć w Polsce. Austriak powie ci: nie jesteś Austriaczką, bo nie urodziłaś się tu, masz obcych rodziców, którzy wychowali cię w obcej nam tradycji. Wrócić do kraju? Do czego? Co ja bym tam robiła? Przecież ja nawet nie umiem ortograficznie pisać po polsku. Nie mam takiego zasobu słownictwa jak w języku niemieckim. Moja polszczyzna jest kulawa. Nie chodziłam przecież nigdy do polskiej szkoły. Jaki zawód miałabym wykonywać? Będę już zawsze osobą „pomiędzy”. Nie mam zakotwiczenia. Nie należę ani do jednej, ani do drugiej nacji.

Polskie serce

Ta sytuacja z dzieciństwa z krzyczącą na mnie i na siostrę staruszką przypomina mi się często, kiedy pomagam rodakom źle mówiącym po niemiecku i z tego powodu bezradnym w austriackich urzędach. Dzwonię w ich imieniu, bo urzędnik austriacki, kiedy usłyszy łamaną niemczyznę, to się zaraz nastroszy i tylko będzie piętrzył trudności. Mogłabym tu wymienić całą litanię przykładów. Nieraz proszono mnie o pomoc w sprawach niby nie do załatwienia, a ja to załatwiałam w pięć minut tylko dlatego, że potrafię dobrze zagadać dolnoaustriackim dialektem. Tak, dziś mówię bezbłędnie. W firmie, w której pracuję, jest to ważne, bo w ten sposób zdobywa się zaufanie klienta. Żaden Austriak słysząc mnie nie domyśliłby się, że nie urodziłam się w Klosterneuburgu albo w Tulln i że moja rodzina pochodzi z Sandomierza. Specjaliści podkreślają, jak ważne dla integracji jest opanowanie języka używanego w kraju, do którego się emigrowało. A tymczasem ja już jako mała dziewczynka starałam się, jak mogłam najlepiej, nauczyć niemieckiego, właściwie przede wszystkim dlatego, żeby nikt nie poznał, że jestem inna. Mój perfekcyjny austriacki dialekt jest moją ochronną barierą. Rodzajem zbroi, pod którą ukrywam moje bezbronne, zagubione, bardzo polskie serce.

Dorota Krzywicka-Kaindel
Artykuł ukazał się na zaprzyjaźnionym portalu Polonii w Austrii Polonika

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *