Lidia Russell
No Comments

Pewnego razu w Sudbury

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

29-1
Za oknami śnieży tak, jakby już nie miało przestać; wiatr zanosi pokłady śniegu z jednego oblepionego soplami lodu dachu na drugi. W słuchawkach tymczasem: „One Autumn night… in Sudbury town…”. Zastanawiam się, jak teraz wygląda młyn w Sudbury – pewnie równie fotogenicznie, jak jesienią.

 

8-3

 

One Autumn night, in Sudbury town,
Across the meadows bare and brown,
The windows of the wayside inn
Gleamed red with fire-light…

Tak, jesienią kolory w Sudbury są jaskrawe, na rozgrzanie zdjęcia, a po okolicach przydrożnego zajazdu (w polskich przekładach zwanego gospodą czy też oberżą) przechadza się dorodny kasztanek. Jesteśmy w Wayside Inn. W Nowej Anglii każda pora roku jest bardzo intensywna – także jesień.

 

3-15

 

20-1

 

Proszę nie wierzyć, że mamy tu tylko dwie pory roku: cztery miesiące lata i osiem zimy, ta plotka sprawdza się wyłącznie, jeśli chodzi o ostatnie trzy lata.

 

26-1
W owej przydrożnej gospodzie w miasteczku Sudbury, ulubionym miejscu spotkań towarzystwa z Harvard College, pewnej jesiennej nocy zebrało się wokół ognia kilku panów, którzy do złudzenia przypominali kilku bostońskich brahminów. W grupie znaleźli się: skrzypek o urodzie rafaelickiego anioła, student, który „nigdy nie uważał najlepszego za zbyt dobre”, sycylijski wielbiciel „Decamerona”, hiszpański Żyd o tajemniczym spojrzeniu (znawca Kabały), teolog z Cambridge oraz poeta, który nikomu nie zazdrościł sławy.

 

14-1

 

Za oknami już kolejny dzień pada, panowie umilają więc sobie pobyt w gospodzie storytellingiem. Każdy z podróżnych, oraz właściciel zajazdu, opowiada wierszem historię, trochę tylko wzorując się na pielgrzymich „Opowieściach kanterberyjskich” Chaucera, a wszystkie razem tworzą poetycką opowieść szkatułkową Henry Wadsworth Longfellowa „Tales of a Wayside Inn”, jedno z największych osiągnięć dość słabo w Polsce znanego jednego z największych amerykańskich poetów.

Mieszkać pod Bostonem i nie znać “Tales of a Wayside Inn” to tak, jak interesować się storytellingiem i nie znać „Tales of a Wayside Inn”. Nie wypada jeszcze bardziej niż mieszkać pod Bostonem i nie wiedzieć nic o „The Moth” (wciąż interesując się storytellingiem). „Tales…” to lokalna legenda, choćby za sprawą poematu o Paulu Revere, który w 1775 roku odbył podróż z Bostonu do Lexington, którą to opowieść zna każde amerykańskie (oraz polsko-amerykańskie) dziecko z Massachusetts. Zajazd dziś znany jest jako Longfellow’s Wayside Inn – na pamiatkę opublikowanych w 1863 r. opowieści. Poeta rzeczywiście odwiedził to miejsce rok wcześniej, w 1862 r. Wówczas nosiło ono nazwę Howe’s Tavern. Zajazd jest najstarszym w Ameryce hotelikiem; działa do dziś od 1716 r.

 

34

 

15-1

 

17-2

 

Ostatnim prywatnym właścicielem Wayside Inn był Henry Ford – tak, ten Ford. Kupił zajazd w 1923 r. wraz z kilkoma tysiącami akrów ziemi, by stworzyć tam historyczną wioskę i muzeum. Plany ostatecznie zrealizował w Michigan, ale w Massachusetts zostawił organizację non-profit, która opiekuje się zajazdem, muzeum i młynem wodnym, który tam postawił, podobnie jak biały kościółek Marii i Marty (od imion matki i teściowej przedsiębiorcy).

 

6-7

 

28

 

Pierwszy nakład „Tales…” rozszedł się w ciągu jednego dnia. Także dlatego, że bohaterowie storytellerzy mieli swoje rzeczywiste odpowiedniki wśród przyjaciół autora i dobrze znanych w harvardzkich kręgach postaci. „Opowieści z przydrożnej gospody” spolszczył Juliusz Żuławski, syn autora „Na srebrnym globie”, ale do tego tekstu nie udało mi się dotrzeć. Stąd oryginał w formie audiobooka, którego słuchanie (tekst jest tak melodyjny, że brzmi jak muzyka) przerywa nam zimowa wycieczka dzień po kolejnej śnieżycy (i kilka dni przed następną) do Longfellow’s Wayside Inn.
27

 

33

 

Kto nie wierzy, że zima jest piękna? W tym najnowsza „zima stulecia” w Massachusetts. W dniu, w którym po raz pierwszy w tym roku stanęło nawet MBTA, autostrada i boczne drogi do Sadbury okazały się całkiem przejezdne. Problemy można było mieć wyłącznie ze spacerem poboczami (góry śniegu) czy z dostaniem się do malowniczego młyna, o którym za chwilę, ale odrobina uporu i ducha przygody obejdzie się nawet bez wysokich butów.

 

30

 

31

 

Młyn przemielił pierwsze ziarna w Święto Dziękczynienia w 1929 r. Przez wiele lat dostarczał mąki zajazdowi i Wayside Inn Boys School, którą również utworzył i którą zarządzał Henry Ford. Była to szkoła dla ubogich młodych chłopców, głównie sierot, pracujących na rzecz szkoły i zarabiających w ten sposób na swoje ubrania i edukację. Szkoła zakończyła działalność po śmierci Forda; ostatni absolwenci opuścili ją w 1947 r.

 

32

 

Potem byli inni beneficjenci młyna, np. Pepperidge Farm (całkiem dobry chleb) czy mąka King Arthur. Dziś korzystają z jego pracy lokalne wypieki w zajeździe, a młyn można ponadto zwiedzać od kwietnia do listopada. Warto odwiedzić to miejsce nie tylko ze względu na miłość do chleba, poezji albo motoryzacji czy też na walory historyczne, ale także – na zjawiskowo piękną przyrodę, zwłaszcza jesienią. W okolicach zajazdu dla romantyków jest także różany ogród i piękne jezioro.

 

5-6

 

10-1

 

11-1

 

17-2

 

Zajazd wciąż nosi imię Longfellowa, ale jako że dzisiejszej publiczności ta sława może nie wystarczać, reklamuje się również np. poprzez duchy. Podobno pokoje 9 i 10 nawiedza tajemnicza obecność (o czym wiadomo za sprawą odgłosów kroków, muzyki i niezidentyfikowanego zapachu perfum) kobiety, która umarła w 1842 r., siostry pierwszego właściciela. W wielu szufladach w pokojach hotelowych znaleźć można również ponoć listy i notki członków Towarzystwa Tajemniczej Szuflady. Więcej nie napiszę, bo przestanie być tak tajemniczo.

 

25

 

15-1

 

Tajemnicą także najprawdopodobniej pozostanie, dlaczego jesienią nad drzwiami zajazdu powiewa amerykańska flaga, a zimą – brytyjska… Może dlatego, że Elizabeth Haddon, która bardzo lubi śnieg, była Brytyjką?

Właśnie. Wśród opowieści najbardziej odpowiednią na okolice Walentynek zdaje się historia o Elizabeth, kwakierce i farmerce, zakochanej w dawnym znajomym z Londynu. Jej ojciec kwakier z Wielkiej Brytanii kupił ziemię w Nowej Anglii, by przenieść się tam i uniknąć prześladowań na tle religijnym, ale podróż ostatecznie odbyć mogła tylko córka. W Nowym Świecie Elizabeth uczy się od Indian zielarstwa i uprawia ziemię.

Teraz jest zima i mało kto wybiera się w dalekie podróże, ale Elizabeth ufa Bogu, więc w jakimś sensie spodziewa się gościa, którego przywiezie ze sobą tego dnia służący. John Estaugh nie zostanie na długo, a gdy powróci za rok w maju i Elizabeth wyzna mu miłość (tak, to ona mu się oświadczyła), on odpowie, że nie miał jeszcze znaku od Pana. Kobieta jest pewna, że John wróci ponownie, postanawia więc cierpliwie czekać. Wszyscy jesteśmy niczym statki mijające się nocą na oceanie życia, a ona czeka i czeka (w wersji Longfellowa w dużo ciekawszych słowach), pracując na rzecz innych, bez skargi i bez myśli o sobie, z lekkim sercem, mijają lata, aż wreszcie:
(…)came the voice, imperative, questionless, certain.
Then John Estaugh came back o’er the sea for the gift that was offered,
Better than houses and lands, the gift of a woman’s affection.
And on the First-Day that followed, he rose in the Silent Assembly,
Holding in his strong hand a hand that trembled a little,
Promising to be kind and true and faithful in all things.
Such were the marriage rites of John and Elizabeth Estaugh.
Prawda, że ładne? Tak po prostu. True story.

 

2-7

 

Niektórzy autorzy, nawet tzw. romantyczni, konsekwentnie unikają w swojej twórczości na szczęście nadmiernego dramatu. Może dlatego, że gdy życie naprawdę nas nie oszczędza (tak, jak w przypadku Longfellowa), przestajemy dorzucać do dramatów darowanych nam przez los własne namiętności i wybryki.

Prawdziwi Elizabeth i John nie mieli dzieci, ale wychowali razem dziecko z rodziny. Oboje mieli ponoć również bardzo dobre relacje z lokalnym plemieniem Native Americans, niezwykłą wiedzę zielarską i zdolności uzdrawiania…

 

23

 

Motyw śniegu pojawia się w jeszcze jednej romantycznej historii opowiadanej podczas burzy w Wayside Inn – legendzie karolińskiej o Emmie i Eginhardzie. Tu jest nieco bardziej dramatycznie (np. Emma niesie swojego wybranka przez śniegi), ale wszystko także kończy się tak, jak przystało na twórcę opowieści z Sudbury.

 

4-5

 

 

Walt Whitman, późniejszy przyjaciel bramina, z którym początkowo Longfellow miał trochę „na pieńku”, o autorze „Tales of a Wayside Inn” pisał tak: „On nie przynagla ani nie chłosta. Jego wpływ jest jak dobry napój lub jak powietrze. Ani nie jest letni, ale zawsze żywotny, pełen aromatu, ruchu i wdzięku. Utrafia w znakomitą przeciętność, nie opiewa wyjątkowych namiętności czy wybryków natury ludzkiej. Nie jest rewolucyjny, nie przynosi niczego napastliwego ani nowego, nie wymierza twardych ciosów. Przeciwnie, jego pieśni łagodzą i leczą, a jeśli podniecają, jest to zdrowa i przyjemna podnieta. Nawet jego gniew jest delikatny…”.

Tyle amerykańscy poeci. Za oknami tymczasem sypie coraz mocniej – zbliża się zapowiadany na niedzielę rano blizzard. Deszcz czy śnieg, opowiadanie historii dobre jest na każdą pogodę. Jeśli nie robimy tego sami, nie mamy wśród znajomych żadnych opowiadaczy, a radio nie łapie nam „The Moth”, można je sobie teraz zafundować w formie audiobooka, np. z „Tales of a Wayside Inn” H.W. Longfellowa. „Listen, my children, and you shall hear…”

 

Tekst i zdjęcia: Lidia Russell

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *